Związku typu LAT, czyli living apart together. Tłumacząc na język ojczysty – związki latające. Co to jest, skąd wzięło i czy takie relacje mają przyszłość?

Sama jeszcze do wczoraj nie miałam pojęcia, że światowi naukowcy, psychologowie i socjologowie wyróżnili takowy wzorzec budowania związków miłosnych. Człek to się jednak przez cały swój żywot kształci! Zrobiłam całkiem porządny risercz, z którego wynikają dość interesujące wnioski. Ciekawi, co kryje się pod pojęciem LAT? Może to rodzaj relacji szyty na Waszą miarę?

Na czym polega związek LAT?

Na początek kartka z historii. Definicja związku living apart together po raz pierwszy pojawiła się w 1978 roku, za sprawą holenderskiego dziennikarza – było mu Michiel Berkel. Jest to więc dość nowoczesny wymysł.

Wedle tego, co wyczytałam z artykułów napisanych przez mądre głowy, związki typu LAT można określić jako relacje, w których każdy z partnerów stacjonuje we własnym lokum. Jednocześnie oboje określają swoją zażyłość mianem bliskiej oraz intymnej. Co ważne, osoby takie są postrzegane jako para nie tylko własnymi gałkami ocznymi – za związek uznaje ich również otoczenie. LATający zakochańcy spędzają ze sobą weekendy oraz wakacje, ale już na noc, w tygodniu, każdy wraca do siebie. Ponoć tego typu relacje są zdecydowanie bardziej romantyczne, niźli małżeńska jedność pod wspólnym dachem. Stanowią przy tym kompromis pomiędzy zaspokajaniem potrzeby bliskości, a zostawieniem sobie przestrzeni na to, co indywidualne, własne, osobiste.

Ilu z nas LATa?

Badania mówią, że coraz więcej osób decyduje się na ten rodzaj związku. Ilu jest latających Polaków Buk jeden raczy wiedzieć, bo nikt rodaków pod tym kątem (jeszcze) nie przebadał. Za to zrobili to względem swoich krajan naukowi ludzie za zachodnią granicą. Wyniki badań datowanych na 2015 i 2017 wskazują, iż w krajach takich jak Estonia czy Gruzja, ilość związków LAT oscyluje w granicach 2%. Ale, ale, już wśród bardziej nowoczesnych Belgów, Francuzów czy Norwegów odsetek ten wzrasta, osiągając poziom około 10%.

Co ciekawe, poczynione przeze mnie przekopywanie internetów pokazało, iż wśród młodych człowieków, spełniających łącznie dwa kryteria, to jest zamieszkujących Wyspy Brytyjskie i mieszczących się w granicach wiekowych  od 16 do 35 wiosen, odsetek pozostających w związkach typu LAT wynosi mniej więcej 21%. Dla porównania, w Niemczech latające relacje stanowią 25% związków. Sporo, prawda? Można by przyjąć, że oto mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją obyczajową! Śpieszę jednak z wyjaśnieniem, iż procenty te drastycznie pikują po przekroczeniu magicznej bariery 35 lat. Wtenczas w związkach LAT pozostaje około 4% Brytyjczyków i ledwie 5% Niemców. Co to oznacza? Na chłopski rozum korelacja wydaje się oczywista – osiągając ów stateczny wiek, człowiek się usamodzielnia. Co w wolnym tłumaczeniu oznacza, że jest na tyle niezależny finansowo oraz dojrzały, coby wraz z innym człowiekiem zamieszkać pod tym samym dachem i okryć się jedną pierzyną, pod którą rozpocznie wspólnotową pracę nad powiększaniem rodziny.

Z drugiej strony, insze badania pokazują, iż w typowym (statystycznym) związku LAT funkcjonują ludzie w okolicach pięćdziesiątego roku życia. No to w końcu jak to jest? I dla kogo takie związki?

Dla kogo LAT?

Ano tak jest, że latający ludzie około pięćdziesiątki to zazwyczaj ci, którzy związek małżeński lub inny jednodachowy już w swym życiu przerobili (co najmniej raz). I ów im nie wyszedł. Decydują się zatem na relację “dochodzoną” z dwóch zasadniczych powodów. Pierwszy – boją się kolejnych rozczarowań i dlategoż stronią od wspólnego łoża z kolejnym partnerem. Drugi – mają tak zwane zobowiązania, typu dzieci, kredyty. Nie chcą swoim pociechom komplikować sytuacji mieszkaniowej, więc zamiast budować szczęśliwą jak w reklamie Nutelli rodzinę patchworkową, decydują się na związek na dwa domy.

Są jednak i ci, którzy po prostu, najzwyczajniej w świecie, nie chcą wić wspólnego gniazda. Chętnie poćwierkają trochę w łóżku partnera, ale na co dzień wolą zbierać gałązki po to, by udoskonalić własne siedlisko. Tym bardziej, że plusy LATającego związku wydają się nie mieć końca.

Plusy LATania

Przede wszystkim, rzekomo – temperatura związku! Ponoć nieustannie jest ona wysoka. Wiadomo, jak ludzie nie widują się każdego ranka w stanie pt. opuchnięte oczęta, rozczochrana głowa, poranny oddech smoka i zagniecenia poduszki odciśnięte na policzku, to łatwiej zachować elementy romantyzmu.

Co więcej, LATające pary rzadziej dopada również rutyna pod tytułem “a wieczorem siedzimy na kanapie, pijemy herbatę i oglądamy Netflixa”. Widują się bowiem trochę od święta, a więc odświętnie pragną spędzać czas, tj. na wspólnych wyjściach, kolacjach w fensi restauracjach, ekscytujących wydarzeniach, kinach, teatrach oraz innych festiwalach. A skoro wychodzą często to i w ogólnym rozrachunku lepiej wyglądają. Nie widzą się wszak dzień w dzień w powyciąganych dresach, dziurawych skarpetach, czy kapciach typu kierpce. Mają wychodne randki więc stroją się w najlepsze odzienie, coby partnerowi wstydu na dzielni nie narobić.

No i rzecz najważniejsza – niezależność. Potrzebujesz dłużej zostać w pracy? Nikomu nie musisz się tłumaczyć, że dziś będziesz w domostwie później. Chcesz spotkać się na mieście, coby celebrować wieczorną kawę z koleżanką? A może zaprosić ją na wino i ploteczki? Pragniesz obejrzeć mecz, w swoim salonie, w gronie kolegów? Nic prostszego, dzwonisz, umawiasz spotkanie i voilà – wieczór w przyjacielskiej asyście, bez wyrzutów sumienia, że Twoja połówka poczuje się osamotniona. Albo, że nie lubi jak po mieszkaniu pałętają się inne osoby. Albo, że jest zmęczona i boli ją głowa, więc nie życzy sobie gości.

I co – brzmi kusząco, nieprawdaż? Na myśl nasuwa się jedno skojarzenie – idealna alternatywa dla małżeństw. Żadnych kompromisów. Żadnego dostosowywania się. A jednocześnie człek nie jest samotnym singlem! To tak, jakby zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko…  Zejdźmy jednak na ziemię – jak wiadomo, tak się nie da. Po prostu.

Minusy LATania

Primo – osobiście nie wyobrażam sobie wychowywania dziecka w takim układzie. No bo kto, z których przyjemności i kiedy miałby rezygnować? Kto w nocy wstawać do dziecka, a kto karmić brzdąca rankiem? To już chyba łatwiej podzielić obowiązki między rozwiedzionymi rodzicami 😉 .

Druga sprawa – poczucie bezpieczeństwa, w tym wsparcie. Co prawda wedle dotychczasowych ustaleń badaczy maści wszelakiej, wsparcie emocjonalne w związkach typu LAT nie odbiega zasadniczo od tego, jakie oferują sobie osoby wijące wspólne gniazdko. Ale już na przykład drastycznie spada poczucie, iż można na LATającym partnerze polegać, szczególnie w trudnych sytuacjach. Badania przeprowadzone na Wyspach Brytyjskich pokazały, że li tylko i jedynie 20% osób będących w związkach typu LAT spodziewa się, iż w razie choroby, tej obłożnej, ich towarzysz w te pędy poleciałby do placówki medycznej, coby się nimi zająć. Dla porównania, przebadano również mężatki i żonatych. W związkach ślubnych 92% osób przewiduje, iż we wspomnianej sytuacji współmałżonek wykazałby troskę oraz zapewnił opiekę.

Na koniec perełka, czyli „komunikacja”. Jak wiadomo, w związkach ogólnie bywa z tym trudno. Zbyt często słyszymy to, co chcemy słyszeć. W dodatku choć słyszymy, to rzadko słuchamy. Skoro, dzieląc wspólną przestrzeń domową, wzajemne zrozumienie i zwyczajne dogadywanie się nie wychodzi nam wzorcowo (choć znamy się przecież jak te łyse konie), to jak może wyglądać komunikacja w związku na dwa domy? Ja, gdy pokłócę się ze Ślubnym, kontynuuję spór, bowiem muszę do jakowegoś konsensusu prędzej czy później dojść. No bo jednak mieszkamy pod tym samym adresem, a wyprowadzka, proces rozwodowy itp. stanowią dość skomplikowaną materię. Żeby tak zaraz wszczynać procedurę ostatecznego rozłamu z powodu niewywieszonego prania, czy odmiennych sympatii politycznych? Szkoda zachodu 😀 .

A w takim LATającym związku  – szast prast, trzask drzwiami i już nas nie ma. Wracamy do swoich czterech ścian, odcinając się od gęstej atmosfery. Z jednej strony to dobrze, z drugiej… łatwiej jest odejść, nie musząc pakować walizek i formalnie rozwiązywać relacji. To wygodne, owszem. Jednak czasami może się zdarzyć, że człek wyjdzie, trzaskając drzwiami, zbyt szybko. I niepotrzebnie zamknie sobie furtkę wspólnej przyszłości.

Ja i LATanie

Pomijając powyższe minusy oraz kwestie ekonomiczne, tj. oczywistą oczywistość, iż współdzielenie komnat w jednym pałacu niesie ze sobą mniejsze wydatki, niż rezydowanie w dwóch apartamentach, do mnie idea LAT nie przemawia z jeszcze jednego względu. Ja po prostu lubię współdzielić pierzynę z drugim osobnikiem gatunku ludzkiego, absolutnie uwielbiam przylepiać się w nocy do Ślubnego. A żar namiętności i ciągłe atrakcje? Cóż, życie na pełnych obrotach bywa ekscytujące, ale i… męczące.

No i pamiętajmy o najważniejszym – przecież to od nas zależy, jakie tempo relacji narzucimy, żyjąc pod owym jednym dachem. Czy będziemy kanapowymi mistrzami, czy też wspólny film obejrzymy w kinie. Czy się na sobie uwiesimy, niczym pętle zaciskające się na szyi, czy też damy sobie trochę przestrzeni tylko dla siebie. Na swoje pasje. Swoich znajomych. Swoje małe przyjemności. Jak dla mnie wspólny dach wygrywa, bezapelacyjnie!

 

 

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

2
Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Miejska Pustelniczka
Gość

… termin poznałam na studiach, a brzmiał on kohabitacja typu LAT … trochę strasznie, ale przecież to język naukowy …