Dylemat żłobek czy niania (a może urlop wychowawczy?) to ten z gatunku nie do rozwiązania. W stylu „co było pierwsze – jajko czy kura?”. Niestety, każdy rodzic prędzej lub później będzie musiał się z nim zmierzyć. Chyba, że jest w gronie tych szczęśliwców, którzy dziadków mają na wyciągnięcie ręki. I to wiecie, rozumiecie – dziadków w pełni sił witalnych, skreślających dni w kalendarzu, w oczekiwaniu na moment, kiedy będą mogli pełnoetatowo zajmować się ukochanym wnuczkiem lub wnuczką. Nie oszukujmy się jednak  – scenariusz ma szansę na realizację równie często, jak Ty na wygraną w totka.

Zazwyczaj akcja rozgrywa się według poniższego schematu: po ukończeniu przez berbecia pierwszego roku życia, rodzicielka (raczej rzadko zdarza się, żeby to mężczyzna był na rocznym tacierzyńskim) próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie: co ja mam teraz zrobić z największym Skarbem Świata – Dzidziulcem? Oddać na pastwę żłobkowych cioć? Wpuścić do domu opiekunkę, obcą kobietę o kij wie jakich zamiarach? A może, jak na prawdziwą matkę Polkę przystało – poświęcić się dla dobra dziecka i towarzyszyć mu w codzienności aż do momentu, kiedy na urodzinowym torcie pojawią się trzy świeczki?

Czy istnieje idealne rozwiązanie?

Bez względu na to, jaką decyzję podejmiesz – żłobek/ niania/ wychowawczy (*niepotrzebne skreślić), każda sytuacja będzie miała swoje plusy i minusy.  Jak powszechnie wiadomo, ideały nie istnieją, a więc i rozwiązań idealnych nie ma.

Jedno jest za to pewne – niezależnie od tego, jakiego wyboru dokonasz – zawsze będą Cię dręczyć wyrzuty sumienia. Podkreślę: ZAWSZE. Co więcej, z dużym prawdopodobieństwem, gdy tylko podejmiesz decyzję, nagle, jak grzyby po deszczu, wyrosną dookoła Ciebie ciocie złote rady, które będą starały się uzmysłowić, jak wielki błąd popełniasz.

No bo żłobek?

Hańba! To przecież przechowalnia najgorszego typu, mająca na celu zaspokojenie egoistycznych pobudek matki – chęci powrotu do pracy, między ludzi (tych dorosłych).

Opiekunka?

Czyś Ty zwariowała?! Mało to programów w telewizji, mało historii w internetach, obrazujących bezduszność niań? No i jeszcze żeby się nie okazało, że Cię obce babsko okradnie!

Zostajesz w domu na wychowawczym?

Takiej to dobrze! Kochana, co Ty będziesz robić całymi dniami? Leżeć i pachnieć? No ja bym zwariowała, tyle czasu z dzieckiem, gdzie Twoje ambicje? A nie przeszkadza Ci zależność finansowa od partnera? Lepiej mieć swoje pieniądze, wiesz – nigdy nic nie wiadomo.

Ludzie, zwariować można!

Po raz dziesiąty (pięćdziesiąty?) rozważasz więc wszystkie plusy oraz minusy każdego rozwiązania. Które jest najlepsze dla dziecka? Czysto abstrakcyjnie i teoretycznie: urlop wychowawczy (na jego korzyść przemawiają wyniki szeregu badań naukowych oraz opinie psychologów). Pytanie powinno jednak brzmieć: które rozwiązanie jest najlepsze dla Twojego dziecka i dla Ciebie? Cóż, to wiesz tylko Ty. Znając swoje potrzeby oraz potrzeby malucha. Jeśli jednak masz totalny mętlik w głowie i nie wiesz, na co się zdecydować – spróbuję Ci pomóc w podjęciu decyzji.

Zdecydowałam się skorzystać z rozwiązania pośredniego, tzn. wychowawczy na pół gwizdka, niania na drugie pół. Dlaczego? Ponieważ nigdy, przenigdy dobrowolnie nie posłałabym swojego malucha do żłobka (choć nie powiem – długo rozważałam tę opcję jako najlepszą). Zgłębiłam temat opieki instytucjonalnej nad małymi dziećmi (tymi poniżej 3 lat) wzdłuż i wszerz. Przeczytałam szereg artykułów napisanych przez osoby zajmujące się psychologią wczesnorozwojową dziecka. Zapoznałam się z wynikami mnóstwa badań naukowych. To wszystko utwierdziło mnie w przekonaniu, że żłobek nie jest miejscem, w którym bez obaw umieściłabym swoje dziecko.

Żłobek nie, przedszkole tak

Nasłuchałam się i naczytałam mnóstwa komentarzy oraz opinii, wychwalających pod niebiosa żłobki. Że to świetne rozwiązanie, bo dziecko przebywa wśród rówieśników, uczy się kompetencji społecznych, ma zapewnioną profesjonalną opiekę oraz milion zajęć, stymulujących jego rozwój. I wiecie co? Wszystko to prawda tyle tylko, że rocznemu dziecku takie środowisko nie jest potrzebne do szczęścia. Wiem, że napiszę teraz coś mocno (mocno, mocno, mocno) niepopularnego, ale zgodnie z teorią przywiązania (oraz zgodnie z logiką) najlepsze, co możesz zafundować swojemu berbeciowi przez pierwsze trzy lata jego życia to… być blisko. Po prostu. Nawet jeśli nie jesteś w stanie (lub zwyczajnie nie chcesz) poświęcać trzech lat życia zawodowego  na rzecz zabaw z maluchem w domowych pieleszach, to warto, żebyś zastanowiła się, czy na pewno najlepszą możliwą alternatywą jest żłobek. Moim zdaniem nie jest, i to z wielu powodów.

Po pierwsze, moja kobieca, matczyna intuicja cały czas podpowiadała mi, że ze żłobkiem jest „coś” nie tak. O ile nigdy nie miałam wątpliwości co do pozytywnego wpływu przedszkoli na rozwój szkrabów, o tyle żłobki wzbudzały we mnie mieszane uczucia. Zaczęłam się zastanawiać, i zastanawiać, i zastanawiać. A potem czytać i czytać, i czytać i nabierać pewności, że jestem antyżłobkową mateczką.

Żłobek – przyjazne i bezpieczne miejsce?

Moim zdaniem żłobek nie jest bezpiecznym i przyjaznym środowiskiem. Dlaczego? Roczne dziecko to stworzenie o dość mocno ograniczonych możliwościach poznawczych, dość mocno ograniczonych możliwościach jasnego i precyzyjnego komunikowania swoich potrzeb oraz dość mocno ograniczonych zdolnościach do rozumienia skomplikowanych związków przyczynowo-skutkowych. A już tym bardziej abstrakcyjnych pojęć. Umówmy się, dla roczniaka pojęcie upływającego czasu jest równie zrozumiałe, co dla przeciętnego humanisty różniczkowanie funkcji złożonej.

Jak więc w zrozumiały sposób wytłumaczyć takiemu szkrabowi, że oto rozpoczyna radosną, życiową przygodę i podczas gdy mama oraz tata będą zajmowali się zarabianiem pieniążków (kolejne, abstrakcyjne dla dzidziutka pojęcie) – ono będzie spędzać czas pod opieką żłobkowych cioć? Myślę, że tak mały człowiek rozumie w tej sytuacji jedno: mama / tata zostawia mnie w obcym miejscu pełnym ludzi, znika i nie wiem kiedy wróci.

Jestem zdania, że dziecko nigdy nie będzie czuło się w żłobku tak bezpiecznie i komfortowo, jak w domu. Dlatego wolę wpuścić obcą kobietę pod swój dach, niż oddać swoje dziecko pod obcy dach, w ręce obcych kobiet.

Zastanów się – czy Ty lepiej czujesz się w pracy, czy w domu? Gdzie jesteś „u siebie” – w pracy, czy w domu? Gdzie wolisz spędzać czas – w pracy, czy w domu? I wreszcie – gdzie czujesz się bardziej na luzie, komfortowo i bezpiecznie – w pracy, czy w domu? Ja na każde z tych pytań odpowiadam „dom”. Zakładam, że większość z nas myśli podobnie (poza pracoholikami :D). Skąd więc wzięło się przekonanie, że mały człowiek będzie czuł się równie dobrze w żłobku, co w swoim domu? Skąd przekonanie, że to dla szkrabów ciekawe doświadczenie?

Nikt mi nie powie, że 9-10 godzinny pobyt, 5 dni w tygodniu, na obcym gruncie, w towarzystwie licznej grupy płaczących, krzyczących i rzucających czym popadnie szkrabów – nie jest stresującą sytuacją! Jest, co potwierdzają wyniki badań naukowych (ale szczegółowo o badaniach i tym, jak poziom stresu wzrasta u żłobkowych maluchów – w innym wpisie). Zresztą, skądś się bierze stres żłobkowy (a wiedzcie, że to nie jedyny stres, na jaki narażone są dzidziulce korzystające z opieki instytucjonalnej).

Stres żłobkowy – konieczna konieczność?

Stres żłobkowy. Co do jego istnienia chyba nikt nie ma wątpliwości. I tak, wiem, że płacze, krzyki i wyrywanie się do mamy mija. Wiem, że początkowy bunt, odmawianie jedzenia, czasami regres jeśli chodzi o nabyte już umiejętności – mija. ALE… nie naraziłabym mojego dziecka na tak silną reakcję stresową, świadomie, mając wybór, żeby tego nie robić.

Wychodzę z założenia, że dziecko to nie piesek (a i psa nie oddałabym do schroniska czy psiego hotelu). A skoro jest człowiekiem – szanuję i biorę pod uwagę jego potrzeby. I nie, nie sugeruję, że rodzice, którzy korzystają ze żłobków nie traktują swoich maluchów po ludzku. Po prostu nie wszyscy mogą, chcą lub zauważają najważniejsze potrzeby dziecka… A w całej tej opiece nad najmłodszymi chodzi o to, żeby zapewnić bombelkom poczucie bezpieczeństwa i bliskości. To są podstawowe potrzeby małego człowieka. Najistotniejsze jest, żeby dziecko wiedziało, że mama/ tata/ babcia/ dziadek/ opiekunka są obok niego, gotowi w każdym momencie pomóc w przezwyciężeniu trudnych chwil. Czym są trudne chwile? Dla takiego szkraba – codziennością, zwykłymi czynnościami, których nie potrafi sam wykonać.

Dlatego nie wyobrażam sobie posyłać do instytucji typu żłobek malucha, który nie potrafi sam założyć sobie butów, podciągnąć spodni czy zjeść zupy. Za to wyobrażam sobie, jak ogromny stres musi przeżywać taki dzidziulec… Być zdanym w 100% na obcych ludzi (żłobkowe ciocie), od których zależy nie tylko to czy, ale również kiedy (przypominam, poza naszym maluchem w żłobkach jest przeciętnie około 10 innych szkrabów, które również chcą jeść, spać czy zrobić kupę i to w tym samym momencie, co nasz bombelek) będzie mieć czystą pieluchę, pełny brzuch i odpowiednio zapiętego bodziaka? Dziękuję bardzo.

Dla mnie wygrywa wygrywa niania – dziecko jest przebierane wtedy, kiedy ma mokro. Karmione wtedy, kiedy jest głodne. No i zalicza drzemkę wtedy, kiedy chce, a nie wtedy kiedy według żłobkowego harmonogramu dnia powinno spać.

Żłobek – miejsce, gdzie Twoje dziecko nabędzie kompetencje społeczne?

Bardzo lubię argument pod tytułem „żłobek jest lepszy niż niania, bo maluch będzie mógł rozwijać się wśród rówieśników i nauczy się kontaktów społecznych”.

To jest po prostu nieprawda. Nie zakładam u nikogo z wypowiadających podobne słowa złych intencji. Myślę raczej, że wynika to z braku zgłębienia tematu i znajomości psychologii wczesnorozwojowej dziecka.

Co do zasady instytucje, w których dziecko przebywa wśród grupy rówieśniczej są potrzebne do wykształcenia kompetencji społecznych. ALE. To nie jest argument przemawiający na korzyść żłobków – wręcz przeciwnie. Dlaczego? Ponieważ na tak wczesnym etapie życia (pomiędzy 6 a 36 miesiącem) dziecko nie potrzebuje kontaktu rówieśniczego. A już na pewno nie „w pełnym wymiarze”. Wystarczą mu sporadyczne interakcje z dwójką lub maksymalnie trójką innych dzieci – czy to w piaskownicy, czy w trakcie spotkania z „dzieciatymi” znajomymi. Maluch do 3 roku życia włącznie potrzebuje przede wszystkim kontaktu z dorosłym, takiego jeden na jeden. Dla jasności – to nie jest tylko moja opinia. Takie są fakty.

Opiekun najlepszym nauczycielem

Na tym etapie życia człowieka najważniejsze jest posiadanie „przewodnika”. Kogoś, kto pokaże bombelkowi jak funkcjonuje świat. Kto całą swoją uwagę i czas poświęci na towarzyszenie dziecku w odkrywaniu otoczenia. Kto będzie tłumaczył różne zjawiska, zachowania innych ludzi. Wreszcie kogoś, kto zapewni dziecku pełną akceptację, „napompuje” jego poczucie własnej wartości i pomoże w nauce samodzielności. Wbrew pozorom to od dorosłego dziecko uczy się, co jest fajne, a co nie z punktu widzenia budowania dobrych, wartościowych relacji międzyludzkich. Niania (mama/ tata/ babcia/ dziadek), gdy dziecko podaje ulubioną zabawkę, najprawdopodobniej powie „dziękuję, jak miło że się ze mną podzieliłeś!”. Trudno wymagać podobnego komunikatu od rówieśnika w żłobku 😉. A właśnie! W tym momencie znów do głosu dochodzi moja logika.

Rówieśnicy bez kompetencji

Powiedzcie mi, jak dziecko ma się uczyć kompetencji społecznych od innych człowieków, którzy również nie mają bladego pojęcia na temat budowania relacji z ludźmi? Jakim sposobem roczniak (dobra, może być i półtora roczniak) może przekazać drugiemu roczniakowi zasady funkcjonowania z innymi ludziami? Jakimi kompetencjami społecznymi mogą podzielić się między sobą dzieci w żłobku? Przecież każde z nich ma na ten temat wiedzę równą zeru bezwzględnemu!

Zresztą, nawet jeśli dzieci od najmłodszych lat przebywają wśród innych maluchów w podobnym wieku, to – no właśnie – tylko wśród nich PRZEBYWAJĄ. Dzidziutki bawią się jak gdyby obok siebie, równolegle, nie ze sobą. Zaobserwujcie to choćby na placu zabaw. Bombelki (te do około dwóch i pół –  trzech lat) nie wchodzą w interakcje (poza próbą dotyku czy obsypania drugiego osobnika piaskiem) z pozostałymi dziećmi. Bawią się jak gdyby we własnym świecie. W dodatku zazwyczaj bardzo denerwują się, jeśli inny berbeć do tego ich świata wtargnie. I jeszcze – nie daj Boże – pochwyci przedmiot, którym właśnie się bawili.

I to nie są tylko moje dywagacje, pitu pitu antyżłobkowej matki.

Co na to badania?

Liczne badania pokazują, że uczestniczenie w żłobkowym życiu NIE wpływa pozytywnie na rozwój kompetencji społecznych maluchów. Badania pokazują coś wręcz odwrotnego (np. badania prof. Susanny Loeb) – im więcej czasu tak mały człowiek spędza w instytucji typu żłobek, tym większe ryzyko wykształcenia się negatywnych wzorców funkcjonowania z innymi. BANG!

Zresztą, abstrahując od badań – chyba nikt nie ma wątpliwości, że żłobek to miejsce, w którym panuje prawo dżungli? 😀 Silniejsi, szybsi, ci co głośniej krzyczą i mocniej wyrywają zabawki – radzą sobie lepiej. Tylko…czy to aby na pewno o taki wzorzec budowania kompetencji społecznych chodzi? 😉

Żłobek – to tam dziecko rozwinie się najszybciej?

Wiem wiem, w żłobku jest mnóstwo zajęć typu malowanie, rysowanie, wycinanie, rytmika, śpiewanie, angielski i bardziej hipsterskie sensoplastyki czy dogoterapie. To wszystko naprawdę jest świetne! Tylko, raz jeszcze podkreślę, TOTALNIE takiemu szkrabowi niepotrzebne. Powtórzę – duuużo ważniejsze jest zapewnienie dziecku możliwości zbudowania bezpiecznej więzi z opiekunem. Liczne badania naukowe potwierdzają dość oczywistą oczywistość: małe dzieci (czyli szkraby do 3-4 roku życia) najlepiej rozwija się w układzie jeden na jeden. Czyli dziecko + mama/ tata/ babcia/ dziadek/ niaia. Najważniejsze dla zharmonizowanego rozwoju człowieka w ciągu trzech pierwszych lat życia, jest poświęcenie dzidziutkowi uwagi i czasu. Odpowiadanie na potrzeby bombelka, znajome środowisko, dobrze znane szkrabowi otoczenie – budują poczucie bezpieczeństwa. Czy to wszystko zapewnia żłobek? Według mnie nie. Więc jakim sposobem miałby zapewniać najlepszy możliwy rozwój dla dziecka?

Kto jest lepszy – ciocie w żłobku czy niania z ogłoszenia?

Odpowiedź brzmi: to zależy. Od żłobka, od niani. Od naszego szczęścia, od naszej intuicji. I od oczekiwań. Bo czym są najlepsze kwalifikacje do opieki nad dzieckiem? Czy osoba po trzech kierunkach studiów z pogranicza nauk pedagogicznych będzie lepszą ciocią dla naszego dziecka niż magister psychologii? Czy lepszą opiekę zapewni młoda, pełna sił dziewczyna, której doświadczenie w zajmowaniu się dziećmi mieści się w granicach 2 lat, czy pani 50+, która całe swoje życie pracowała jako niania?

Trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi, bo wyobrażając sobie „kompetentną osobę” każdy z nas widzi inny obraz, inną postać. Jedno nie ulega wątpliwości: najlepsze ciocie w żłobku nie poświęcą Twojemu dziecku tyle samo uwagi, co najlepsza opiekunka. Choćby starały się z całych sił i były najcudowniejszymi, najbardziej kompetentnymi osobami, jakie nosi Matka Ziemia. Z prostej przyczyny: swoją uwagą muszą obdarować kilku (a czasem i kilkunastu) malców jednocześnie. Fizycznie więc nie będą w stanie poświęcić całego czasu naszemu dzidziulcowi. Czy to jest minus? Dla mnie ogromny. Uważam, że tak małe dziecko – w szczególności między 6 miesiącem , a 2 rokiem życia – powinno mieć poczucie, że opiekun jest cały czas dostępny. Cały czas „w pogotowiu”. Dzięki temu berbeć może rozwijać się harmonijnie, w bezpiecznym środowisku.

Jaka praca taka płaca

Trzeba też wziąć pod uwagę, że praca opiekunki w żłobku (to samo dotyczy zresztą przedszkoli) często jest, jakby to ująć… dość słabo wynagradzana. To powoduje, że niejednokrotnie osoby pracujące w takich instytucjach traktują zajęcie jako tymczasowe. Szukają czegoś, najzwyczajniej w świecie, lepiej płatnego. Umówmy się – każdy chciałby za swoją pracę otrzymać uczciwą i godziwą wypłatę. Oczywiście, są instytucje, w których pensje są na dobrym poziomie. Jednak nie ma się co oszukiwać – wraz ze wzrostem płac, wzrastają opłaty za żłobek 😊. I okazuje się, że opłaty za „porządny” żłobek cenowo dorównują wynagrodzeniu niani. Jeśli więc miałabym co miesiąc oddawać 1500-2000 polskich szczerozłotych monet na żłobek – wolałabym za podobną kwotę zapewnić maluchowi opiekę w postaci niani*.

*Wiem, wiem, niania kosztuje nieco więcej, ale przecież dzięki łaskawości jaśnie nam panujących rządzących, domowe budżety zasilane są comiesięczną kwotą pińciuset peelenów. Przypominam – datki te winny być przeznaczone na rzecz pociech, więc tych kilka stówek można sobie dorzucić do opiekunki. To na pewno lepsza inwestycja niż jakakolwiek, nawet najbardziej wypasiona, zabawka**.

** Oczywiście nie rozważam tutaj sytuacji osób, które finansowo w żaden sposób nie mogą sobie pozwolić na skorzystanie z dobrodziejstwa, jakim jest prywatny żłobek, czy luksusu w postaci niani. To dość oczywista sprawa, że nie mając alternatywy – wybiera się jedyne dostępne wyjście. Wszystkie moje rozważania dotyczą rodziców, którzy są w na tyle komfortowej sytuacji, że mogą rozpatrywać oba scenariusze opieki nad dzidziutkiem.

***

Nie ulega wątpliwości, że dla maluszka do trzeciego roku życia absolutnie najbardziej korzystnym – z punktu widzenia jego rozwoju – rozwiązaniem jest zapewnienie opieki indywidualnej. Czy to mamy, taty, babci, dziadka, czy opiekunki. Tylko w takim układzie dziecko jest w stanie wykształcić bezpieczny styl przywiązania, czyli podwalinę pod zdrowe budowanie relacji z innymi ludźmi (w tym relacji związkowych). Niestety, w żłobku nie ma możliwości stworzenia silnej relacji z opiekunem zastępczym  czyli żłobkową ciocią. A brak możliwości wykształcenia bezpiecznej więzi może (może, nie musi) mieć poważne konsekwencje emocjonalne, w postaci mniejszych lub większych zaburzeń, na całe życie.

Oczywiście nie u każdego dziecka chadzającego do żłobka dojdzie do zaburzeń stylu przywiązania i nie każde stanie się straumatyzowanym dorosłym. Ja jednak wolę zapobiegać niż leczyć 😀 i mając wybór – niania czy żłobek – ten drugi odpuściłam. Rzecz jasna nie mam zamiaru zrobić z mojego bombelka Amisza, odciętego od świata rówieśniczego i pozbawionego kontaktów społecznych. Ale ale… skoro dopiero w okolicach 3 roku życia dziecko zaczyna traktować głównego opiekuna jako bezpieczną bazę do eksploracji świata i pojawia się PRAWDZIWA potrzeba niezależności – to właśnie ten moment uznałam za idealny, żeby mały wielki człowiek zaczął na całego przygodę z rówieśnikami… w przedszkolu. Bo o ile przedszkole faktycznie jest dziecku potrzebne, o tyle żłobek – niekoniecznie.

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
Powiadom o