Choć bytność naszego Dzidzia na planecie Ziemia liczy zaledwie 22 miesiące, ja – jak przystało na przezorną matkę Polkę – już obmyślam, jakimi wartościami i postawami chciałabym zasilić w przyszłości jego młody umysł. Wszystko rzecz jasna po to, by Malcowi było w życiu dobrze, lepiej i najlepiej. Z tego myślenia wyszło mi całkiem sporo elementów do zaszczepienia. Gdybym miała je w jakikolwiek sposób spriorytetyzować, to złota trójca prezentowałaby się następująco:

1. Z rodziną wychodzi się dobrze nie tylko na zdjęciach

Innymi słowy chciałabym, żeby mój Syn miał poczucie, że na rodzicach może polegać zawsze i wszędzie. Bez względu na to, co się w jego życiu dzieje, jak wiele oraz jak wielkie błędy popełni. Jak bardzo poczuje się zawiedziony światem i niezrozumiany przez jego mieszkańców. Chciałabym być skałą, na której Dzidź może bezpiecznie budować swoje ja.

Oczywiście nie jestem oderwaną od realiów marzycielką. Mam świadomość, że moje dziecko będzie się buntować (zresztą – już to robi!), mówić „nie” (zresztą – już to robi!) oraz uważać, że wszystkie moje porady podszyte są podstępem (zdaje się, że to też już robi, gdy np. próbuje stawać na nocniku, garnku, czy jeździku, z zawadiackim uśmieszkiem lekceważąc moje, pełne troski, uwagi „zaraz spadniesz”). Mam jednak nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku, gdy w Jego świecie pojawi się chaos i nieporządek – przyjdzie do mnie. Żebym pomogła na nowo zaprowadzić ład. Przyjdzie po poradę. Po wskazówkę. Po wsparcie. I po siłę, by rozgardiasz ogarnąć, poukładać.

Chciałabym zbudować z Nim i w Nim taki poziom zaufania, że nie będzie wstydził się opowiedzieć o swoich rozterkach, wątpliwościach, porażkach, sukcesach, przyjaźniach, miłościach czy rozczarowaniach związkowych.

Tak, mam świadomość, że z dużym prawdopodobieństwem (graniczącym niemal z pewnością) pojawi się moment (całkiem długi), gdy każdy obcy będzie się cieszył większym autorytetem niż mama i tata (nie wiem dlaczego edytor tekstu podpowiada mi słowo „tarta” zamiast „tata”, przypadek? :D). Wierzę jednak w przejściowość owego okresu.

Mam nadzieję, że to, jakimi rodzicami staramy się dla Dzidzia być oraz to, jakimi dziećmi staramy się być dla naszych Rodziców, zbuduje w Nim poczucie, że o rodzinę warto dbać. Że energię i moc człowiek czerpie od bliskich. Że warto włożyć wysiłek w budowanie z nimi relacji. Wiem, że w jego życiu pojawią się inne, ważne człowieki – przyjaciele, ukochana osoba. I każda istotna oraz budująca relacja, jaką stworzy, będzie mnie napawać dumą.

Jednocześnie jednak, jako że odrobina zdrowego egoizmu nie zaszkodzi, będę najszczęśliwsza na świecie, jeśli najważniejszą relacją przyjacielską okaże się ta z nami – rodzicami. Nie zrozumcie mnie źle, nie zamiaruję być matką, która niczym kwoka roztacza opiekuńcze skrzydła, machając nimi nad 40-letnim kawalerem, tym samym broniąc każdej przedstawicielce gatunku ludzkiego dostępu do ukochanego synka. Wprost przeciwnie – chcę, by Jego przyszła rodzina (żona, dzieci) była priorytetem. Takim, jakim obecnie On jest dla nas. Bo wiem, że nic ma większej siły niż miłość i wsparcie otrzymywane od bliskich. I nie ma większego szczęścia niż możność kochania i obdarowywania wsparciem bliskich.

2. Postawa „na Cygana

Już tłumaczę, o co się rozchodzi, żeby w naszym poprawnie politycznym świecie nikt nie zarzucił mi rasizmu, kseno i innych fobii, czy nie daj Boże mowy nienawiści.

Otóż, jeśli człowiek pomyśli stereotypowo (co – jak zaraz postaram się wykazać – nie zawsze jest jednoznacznie złe), to przywołując obraz Cygana, zobaczy człowieka… delikatnie rzecz ujmując – awanturującego się. O swoje racje. Przynajmniej ja takiego widzę oczyma wyobraźni. I właśnie to jest to, czego chcę nauczyć Dzidzia – walki o swoje racje. Szczerze mówiąc długo uważałam, że prawdziwa mądrość tkwi w przysłowiu „Pokorne ciele dwie matki ssie”. W pewnym sensie nadal tak twierdzę – jak zwykle punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Jeśli bowiem ktoś chce być np. korpotrybikiem i stopniowo, miarowo oraz skutecznie wspinać się po szczeblach kariery, przysłowie o byciu pokornym nabiera sensu – w dużych machinach pracowniczych lepiej się nie wychylać, bo człowiek może wylecieć szybciej niż do niej wskoczył. Podobnie ma się sprawa z petentem w urzędzie. Jeśli rozmawiasz z Panią lub Panem z okienka, pragnąc uzyskać jakąś korzyść – pokora się przyda. Okraszona uśmiechem (nie mylić z uśmieszkiem – ten bywa źle odbierany) oraz przymilnym tonem głosu – może zdziałać cuda! Jak się do tego człek zaopatrzy w dużą dawkę cierpliwości, sprawa prawie na pewno zostanie załatwiona pomyślnie. No chyba, że Pan lub Pani w urzędzie ma akurat zły humor – wtedy nic nie może zagwarantować sukcesu w pertraktacjach.

W tej pokornej postawie nie można jednak…dać się zadeptać. Nie można dać się stłamsić. Nie można dać się wtłoczyć w schemat myślenia (którego nie akceptujemy), tylko dlatego, że inni w nim tkwią. Że większość tak myśli. Że tak myśleć należy. Mam zamiar na to uwrażliwić, uczulić moje dziecko.

Chciałabym, zbudować w Dzidziu pewność siebie i  wiarę we własne możliwości. I to na takim poziomie, by nie straszne Mu były kłody rzucane pod nogi przez niesprawiedliwy los, czy nieprzychylnych ludzi. By nie załamał się pod naciskiem ciężaru słów osób źle mu życzących. By nie zrażał się porażkami. Ba, by nie traktował porażek jak porażki, lecz cenne lekcje, bez których osiągnięcie sukcesu na jakiejkolwiek płaszczyźnie, jest niemożliwe. Chciałabym, żeby robił to, w co wierzy, a nie to, w co uwierzyć kazali mu inni. To, w czym czuje się najlepszy, a nie to, w czym inni czują, że byłby najlepszy. Chciałabym, żeby potrafił odróżnić kiedy warto bijącemu oddać, a kiedy dla awanturnika największą potwarzą będzie milczenie i obojętność. Chciałabym, żeby tego wszystkiego nauczył się na przykładzie – naszym.

3. Pieniądze szczęścia nie dają, ale dobrze je mieć

Najlepiej w dużych ilościach (choć dużo dla każdego znaczy co innego). Taka to prawda życiowa, oczywista, a często zapominana lub wypierana. Więc ja ją Dzidziowi będę przypominać, bez względu na zawartość mojego portfela. Nieprawdą jest, że za pieniądze nie kupi się świata – kupi się, czy to się komuś podoba, czy nie. Kupi się szanse na lepsze życie. Kupi się szanse na zdrowsze życie. Kupi się szanse na łatwiejsze życie. Kupi się szanse na ciekawsze życie. Kupi się szanse na dłuższe życie.

Oczywiście, nikt nie da gwarancji wygranej w każdej z powyższych sytuacji, ale mając pieniądze – ma się wspomniane szanse. A żeby wygrać trzeba (móc) grać. Wygrać czyli mieszkać ładniej. Jeść lepiej. Robić to, na co ma się ochotę, żyjąc pięknie, a nie to, co się musi, żyjąc jakoś. Więcej podróżować – gdzie się chce i jak się chce. Pokonać chorobę, którą np. lekarze w Polsce uznają za nieuleczalną, a Ci w USA czy innych Niemczech – spróbują unicestwić.

Dobrze mieć pieniądze – na czarną godzinę i na tę radosną. Nie (tylko) dla siebie – dla innych. Móc zapewnić dzieciom taką edukację, jaką chcemy (i jaka im się zamarzy), a nie taką, na jaką skazuje rodzimy system szkolnictwa (wyższego również). Móc wesprzeć potrzebujących. Fajnie być człowiekiem o cudownym sercu, miłosiernym Samarytaninem, ale jak mawiała Margaret Thatcher „nikt by nie pamiętał o dobrym Samarytaninie, gdyby miał tylko dobre intencje. By przejść do historii musiał mieć też pieniądze”. Czy można żyć szczęśliwie, nie mając pieniędzy? Oczywiście. Tym bardziej można, mając je. I chcę, żeby Dzidź miał tego świadomość.

W tym wszystkim jednak najważniejsze jest… bycie sobą, jak zawsze. A więc życzę Ci Synku, żebyś żył tak, byś mógł ze spokojnym (acz pewnie nie zawsze czystym) sumieniem nucić „I did it my way”. A ja i tata zrobimy wszystko, żeby stworzyć odpowiednią do tego oprawę.