Na początku była ciemność.
Czyli o tym, co zgrzytało od zawsze.

Pamiętam, jak w zamierzchłych czasach studenckich, profesor wykładający prawo podatkowe, dawał receptę na skutecznie funkcjonujący system podatkowy. Jego zdaniem pobudzenie gospodarki, wyjście ludu z tzw. szarej strefy i rozwój przedsiębiorstw są zależne od stopnia skomplikowania prawa podatkowego. Twierdził, iż im mniej obciążeń, czyli danin publicznych (głównie w postaci podatków) oraz im prostszy system podatkowy, tym przedsiębiorcom żyłoby się chętniej i lepiej.  A w konsekwencji – nam wszystkim.

Czy miał rację? Przypuszczalnie tak. Nie jest to jednak możliwe do zweryfikowania, bowiem do tej pory nikt z ludzi na szczycie nie wpadł na to, żeby system uprościć. Od wieków dzieje się wprost przeciwnie – w naszym pięknym, nadwiślańskim kraju, system podatkowy ze skomplikowanego ewoluuje tylko w jedną stronę – coraz bardziej zagmatwanego i zawiłego.

Podatki to jedno, ale niestety nie jedyne kuriozum w Kraju Polan. Ogólnie rzecz ujmując, warunki do prowadzenia biznesu mejd in Poland są, były i jeszcze pewnie długo będą, niekorzystne. Zacznijmy od kwestii, które odwiecznie mnie zastanawiały:

Podatek Belki

Czyli złodziejstwo w najczystszej postaci, które dotyczy w równym stopniu przedsiębiorcy jak i każdego etatowca (oczywiście ich prywatnych oszczędności, nie firmowych). Człowiek bowiem tyra w pracy (na własny lub cudzy rachunek), grzecznie odprowadza różne składki ZUSowskie oraz inne PITy, czy tam CITy. Jako porządny obywatel płaci również akcyzę, tankując swój wehikuł i kupując wino na spotkanie towarzyskie. Uiszcza także różnorakie, inne podatki, np. od nieruchomości. Na koniec, po oddaniu Państwu powyższych danin, coś tam Kowalskiemu zostało w kieszeni. Zamiast pakować pieniądze do skarpety, kieruje swe kroki w stronę banku. Chce w bezpiecznym miejscu ulokować zapasy, przy okazji trochę na nich zarabiając. I co? Ano to, że nawet od tych pieniędzy musi płacić podatek! Czyli kara! Za bycie gospodarnym oraz zapobiegliwym. No ja dziękuję.

Podwójna składka zdrowotna 

Jest sobie Pan Jan Kowalski. Sprytny człek, z głową na karku, trochę kombinować potrafi, zatem zakłada biznesy. Najsampierw jeden – okazuje się, że strzał w dziesiątkę – da się z niego utrzymać rodzinę. Rozochocony zakłada więc biznes numer dwa. Ten sam Pan Jan Kowalski, gwoli ścisłości. Cóż się okazuje? Że w naszym kraju zapłaci wówczas składkę zdrowotną razy dwa. Za siebie. I za siebie. Z jednego biznesu raz, z drugiego – drugi. Toż to jest absurd absurdów – jestem jeden, ale płacę składkę, jakby mnie było dwóch. A kiedy choruję – czekam w długiej kolejce do specjalisty. Nie, że dwa razy zapłacone, to kolejka krótsza o połowę. Tak to Państwo okrada nas na każdym kroku.

Najbardziej jednak – tych zaradnych, przedsiębiorczych. Co kraj „ciągną” do przodu. A już obecne rządy czynią naprawdę niezwykłe wysiłki, coby biznesowi dokopać. Mimo, iż deklarują pełne wsparcie i tworzenie warunków przyjaznych byznesom. Ta, yhym, tak przyjaznych jak drut kolczasty, do którego przyczepiono tabliczkę „pod napięciem” .

Więc PiS oddzielił światłość od ciemności.
Dał przedsiębiorcom Konstytucję.

Pierwszy z brzegu przykład owych słów bez pokrycia – Konstytucja Biznesu. Świetny zabieg PR’owy – powiedzieć przedsiębiorcom, że oto stworzyliśmy dla Was pakiet ustaw, by budować zaufanie i partnerstwo w relacjach z administracją. Brzmi pięknie. A teraz fakty.

Konstytucja to owszem – zbiór praw, ale takich, które już od dawna w biznesie funkcjonowały. Po prostu rządzący ustawy znowelizowali, zebrali razem i pakietowi nadali szumną nazwę. Żadnych dodatkowych uprawień przedsiębiorcy dzięki temu nie zyskali. Za to obciążenia – a jakże! W „prawie przedsiębiorców” najważniejszej ustawie z pakietu, ponad połowę objętości zajmują przepisy dotyczące… zasad przeprowadzania kontroli w firmach.

Potem zaczął przedsiębiorców karać i unicestwiać.

Prawdziwa „bomba”  ma jednak opóźniony zapłon. Wybuchnie dopiero, gdy rząd wprowadzi zapowiadane zmiany w zakresie odpowiedzialności karnej podmiotów zbiorowych. O co się rozchodzi?

O projekt ustawy stworzony przez rząd. Dotyczy on odpowiedzialności podmiotów zbiorowych za czyny zabronione pod groźbą kary. Czyli innymi słowy o tym, za co i jak będą karani przedsiębiorcy (przede wszystkim działający jako osoby prawne) w sytuacji popełnienia przestępstwa. Czy też, żeby być precyzyjnym – podejrzenia popełnienia przestępstwa.

Otóż prokurator będzie mógł wszcząć postępowanie przeciwko przedsiębiorstwu, gdy zaistnieje „uzasadnione podejrzenie popełnienia czynu zabronionego oraz gdy przemawia za tym interes społeczny”. Czyli, w dużym uproszczeniu – wtedy, kiedy mu się będzie podobało. Co więcej, firmę będzie można… rozwiązać. Nie, nie przez wspólników, władze spółki, czy kogokolwiek z przedsiębiorstwem powiązanego. Jeno przez orzeczenie Sądu. Warunek? Musi zostać ustalone, że spółka służyła „popełnieniu czynu zabronionego zagrożonego karą pozbawienia wolności nie niższą niż pięć lat, a jego dalsze funkcjonowanie zagraża bezpieczeństwu obrotu gospodarczego lub gdy uprzednio orzeczono wobec niego karę pieniężną, a orzeczenie innej kary nie jest wystarczające do osiągnięcia jej celów, w szczególności nie zapewni przestrzegania przez podmiot zbiorowy zasad należytej staranności”. Wiem, wiem, brzmi zawile. Powiem Wam więc tylko tyle, że „bezpieczeństwo obrotu gospodarczego” oraz „należyta staranność” to pojęcia niedookreślone, masło maślane, wszystko i nic. Fajne kryteria, nie ma co. Najciekawsze jednak są losy majątku takiego przedsiębiorstwa. Zgodnie z projektem – przejmie go Skarb Państwa. Tak, tak. No chyba nie myśleliście, że pieniądze na nową wersję piątki Kaczyńskiego spadają z nieba? 😉

A dla obrony przedsiębiorców stworzył Rzecznika.
Z prawdziwego zdarzenia!

Przepraszam, w pakiecie zwanym Konstytucją Biznesu jest pewne novum – ustawa powołująca do życia Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców. Instytucja hit. Idea sama w sobie pewnie i słuszna, tylko wykonanie jak zwykle chujowe. No bo, taki  rzecznik winien być w pierwszym rzędzie apolityczny, zgadzacie się? Jest to jedyny sposób, by mógł uczciwie reprezentować interesy biznesmenów. Tymczasem na owe stanowisko człeka powołuje… Premier. I to na wniosek ministra właściwego do spraw gospodarki. W praktyce wygląda to tak, że obecny Rzecznik jest byłym posłem, jak myślicie – której partii? Brawo dla wszystkich przenikliwych – jasna sprawa, że PiSu. Oczywiście, coby zachować apolityczność – zrzekł się swego mandatu. W dniu, w którym na Rzecznika został powołany. Już widzę te kolejki przedsiębiorców, ustawiających się do „swojego” reprezentanta, by bronił ich praw. Monty Python przy tym wysiada.

Przejdźmy teraz do sedna, czyli działań podejmowanych lub planowanych przez rząd. Wszystko jak Pan Bóg przykazał.

I dał przykazania.

Po pierwsze – testuj przedsiębiorcę.

Miłościwie nam panujący wpadli mianowicie na taki pomysł, coby arbitralnie rozstrzygać, kto z prowadzących biznes faktycznie jest przedsiębiorcą, a kto „udaje”. Koncepcja jest dla mnie tak abstrakcyjna i niedorzeczna, że długo nie byłam w stanie uwierzyć, iż komuś coś takiego mogło przyjść do głowy. Dobra, ktoś powie, że różne myśli mogą się człowiekowi kłębić. Zgoda. Ale żeby się z idiotycznymi planami ujawniać? I to publicznie?

Zrobił tak były już wiceminister finansów Filip Światła. Swego czasu zasłynął wypowiedzią o tym, kim jest „prawdziwy przedsiębiorca”. Do takowych nie zaliczył samozatrudnionych, którzy często wystawiają li i jedynie tylko jedną fakturę miesięcznie, nierzadko temu samemu podmiotowi. Są to oszukiści, którzy zamiast zatrudnić się w danej firmie – śmią z nią współpracować. A ja się pytam – no i co z tego? Jeśli obu stronom to pasuje – dlaczego nie pasuje to rządzącym? O ile mi wiadomo, sama sobie mogę wybrać formę (jeszcze!), w jakiej chcę swoje życie zawodowe prowadzić. Dlaczego więc Państwo próbuje mi narzucać „tryb” pracy? Co komu do tego? Ano to, że podatki! Przy samozatrudnieniu są wszak mniejsze wpływy do budżetu, a takiego uszczerbku dla finansów publicznych rząd znieść nie może.

Jak się lud zwiedział, co panujący zamierzają, to bunt i larum. Jako że mamy rok wyborczy – na takie wpadki pozwolić sobie nie można. Pan Premier szybciutko więc zadeklarował, iż jednak nie będzie testować byznesmenów. Obiecanki cacanki. A fakty są takie, że zapisy przewidujące owe działania zostały wpisane do wieloletniego planu finansowego Państwa. I nikt ich stamtąd nie wykreślił. Przypadek?

Po drugie – zakaż handlu w niedzielę.

A cośmy się nasłuchali o tymże zakazie. Że taki dobry. Że dla ludzi więcej czasu. Dla rodzin znaczy się. Że zamknięte galerie handlowe to szansa na większy zarobek dla małych wytwórców i sklepów. Że będzie się żyło lepiej. Polakom. A gorzej tym złym sieciówkom międzynarodowym.

(Nie)stety mamy w kraju twór zwany GUS. A ten powiedział, co wiedział, czyli prawdę o tym,  jak się sprawy mają. Uwaga uwaga – stało się odwrotnie niż oczekiwano. Co w zasadzie było do przewidzenia. W każdym razie znów fakty, które nieubłaganie kwestionują słowa obecnych władców Polandii. Od czasu wprowadzenia wolnych niedziel, w ciągu roku aż 27 tysięcy firm z branży handlu detalicznego zostało zamkniętych. Takie tam, wspieranie polskich przedsiębiorców.

Po trzecie – wprowadź zerowy PIT dla młodych.
Ale nie przedsiębiorców.

Rząd szumnie zapowiada ułatwienia, coby młody człowiek, taki do 26 roku życia, mógł swobodnie wejść na rynek oraz godnie zarabiać. Nie będzie więc musiał płacić podatku PIT (oczywiście jest tu określony limit, powyżej którego podatek jednak będzie się należał, a co!). Rozwiązanie może i słuszne, tyle tylko, że niesprawiedliwie. Zwolnienie nie dotyczy bowiem osób młodych, samozatrudnionych. To się nazywa prawdziwe wykluczenie i dyskryminacja. Innymi słowy, jakeś przedsiębiorczy, sprytny, a w dodatku coś od siebie chcesz dać – to sam się martw o hajsiwo na podatki. Rząd Ci nie pomoże – albo tyrasz w kieracie pracowniczym, albo spadaj. Wspieranie młodych przedsiębiorców – wersja w trakcie aktualizacji.

Po czwarte – nie wspieraj innowacji i pomysłowości.

Walka z wiatrakami

Zacznijmy od wiatraków, bo są eko, a to hot temat. Otóż najsampierw, jeszcze w 2016 roku, PiSowy rząd wprowadził regulacje, w myśl których wiatraki (czyli elektrownie wiatrowe) nie mogły powstawać w odległości od zabudowań mniejszej, niż 10-krotność ich wysokości. Czyli lokalizacja w szczerym polu. Niektóre państwowe spółki energetyczne zerwały więc umowy z dostawcami energii wiatrowej.

Potem rząd zrobił jeszcze większego psikusa i w 2017 roku doprowadził do tego, że wiele elektrowni wiatrowych przestało istnieć. Podatek od nieruchomości nakładany na wiatraki bowiem tak drastycznie wzrósł (trzykrotnie!), że inwestycje przestały być opłacalne.

Na szczęście zareagowała UE i „stare” przepisy powróciły. Niemniej dopiero w czerwcu ubiegłego roku. Kto więc do tego czasu poniósł straty – ten poniósł. Kto zbankrutował – ten… przestał być przedsiębiorcą. Po prostu.

Chmura podatkowa

Rząd postanowił również zaatakować chmury i inne wirtualne przechowalnie. Wśród działań w zakresie systemu podatkowego przewidzianych na lata 2019-2020, w założeniach do projektu przyszłorocznego budżetu zapisano, że przedsiębiorstwa cyfrowe zostaną opodatkowane. Wpieranie innowacyjności i rozwoju technologii to priorytety rządzących, prawda? No, chyba, że na widoku piniądz – opodatkowanie chmurnych przedsiębiorców może przynieść budżetowi krajowemu około 217,5 milionów złotych polskich. Na drodze nie leży.

Mandatem w Kluskę

Na koniec anegdotka. Był sobie Kluska. Roman Kluska. Zrobił jeden biznes. Potem wpadł na pomysł, coby jednak zająć się spożywką. Wiadomo, bliżej ludzi. No więc założył super, hiper nowoczesną mleczarnię i dawaj produkować sery. Człowiek postawił chyba jedną z najbardziej nowoczesnych mleczarni w Ojropie, sterylną i czystą. Jak sam powiedział w wywiadzie dla Gazety Wyborczej:

 „aby stale kontrolować czystość i jakość, musiałem kupić jedno z najlepszych w świecie laboratoriów mikrobiologicznych i fizykochemicznych dostosowanych do branży mleczarskiej.”

Szacun. No i przychodzi do Pana Kluski SANEPID na kontrolę. Myślicie, że pochwalili chłopa „Romku, no super robota, czyściutko, schludnie, więcej takich przedsiębiorców w naszym kraju, a nie będziemy mieli pracy!”? A gdzieżby tam. Przywalili gościowi mandat. Pińćset złotych. Za co? Ano za to, że na dozowniku z mydłem nie było informacji, jakie to mydło, a przy zbiorniku z serwatką zabrakło napisu „nie do spożycia”. Takich przypadków można by mnożyć bez końca. Galopująca głupota, na której czele stoi rozrastająca się wciąż biurokracja, może doprowadzić tylko do jednego – ucieczki zmęczonych przedsiębiorców w siną dal.

***

I widział rząd, że to co zrobił było dobre. Dla niego.

Dodaj komentarz