Wystarczy, że człowiek lekko wyściubi nos poza własne podwórko, a już mu go ktoś uciera. Na dokładkę wbija w ziemię, by zaraz potem dokończyć dzieła, sypiąc piachem prosto w oczy. Spotkało to i mnie, gdy opuściłam krakowskie pole na rzecz Nowosądecczyzny, a ściślej Beskidu Niskiego. W tychże uroczych okolicznościach przyrody spędzałam majówkę. Sielsko, anielsko i nawet deszcze niespokojne nie przeszkadzały w wypoczynku. W celebracji ukochanego weekendu Polaków przeszkodzili jednak… rodacy właśnie. Przywalili z grubej rury, skłaniając mnie do refleksji pt. czy warto być miłym. Ale do sedna. Sytuacja (z)malowała się następująco:

Gastronomia po polsku

Godziny wczesnopopołudniowe, głód się wzmaga. Jako że pora obiadowa tuż tuż, poszukiwania jadłodajni trwają w najlepsze. W końcu jest! Co więcej, mają nawet ukochany przez Dzidziulca rosół. To ostatecznie przechyla szalę zwycięstwa – wchodzimy i zasiadamy. Wszystkie stoliki, poza 4-osobowym, okupują inni posilający się, zajmujemy zatem ten jedyny dostępny, jednocześnie przystawiając fotelik dla najmłodszego z rodu. Zostają więc dwa wolne krzesła. Z zasady nie przysiadam się do miejsc zajmowanych przez innych człowieków, ale biorę poprawkę na to, że nie każdy jest takim dzikusem-samotnikiem jak ja 😀 . Kiedy więc duet dwóch pań, wyglądem przypominających kuracjuszki sanatoryjne, zapytał czy mogą się przysiąść, nie oponowałam. Stacjonowałam sobie po drugiej stronie stołu, wraz z Mężem i Synem mym (póki co jedynym). Oczekiwanie na strawę umilała nam cichutka rozmowa i nieco głośniejsze zabawianie Malucha. Słowem – majówkowa idylla.

***

Aż tu nagle, zza pleców, zaraz obok fotelika Dzidzia, wyrasta krzesło. Czary mary bęc! Na krześle ląduje tęgi jegomość. Nim zdążyłam zapytać: „Halo, co tu się wyrabia?”, podobne krzesło wyrosło między tym zajmowanym przeze mnie, a tym zajmowanym przez mego Towarzysza Życia. Drugie siedzisko zajęła kobieta, najprawdopodobniej skoligacona z tęgim mężczyzną. Już, już miałam rzucić: „Przepraszam, ten stolik…”, ale przybysze znów mnie ubiegli. Kobieta zawołała donośnym głosem: „Tutaj, tu sobie przystaw!” i w tym momencie moim oczom ukazał się kolejny gość, wędrujący z krzesłem pod pachą wprost ku naszemu stolikowemu kącikowi. Ten trzeci próbował wbić się w naprawdę niewielką przestrzeń między mną, kobietą i mężem (moim, nie kobiety). Z powodzeniem. Tego już skołatane nerwy nie zniosły. „Przepraszam, ten stolik jest zajęty!” – ogłosiłam, tak na wszelki wypadek, jakby ktoś z nowo przybyłej trójcy nie zauważył. „My tylko na chwilę” – słyszę w odpowiedzi i doprawdy szczęka mi opada do samej podłogi. W porę się jednak opamiętuję i ripostuję: „Proszę Państwa, ale my tu siedzimy i chcemy zjeść w spokoju, nikt nas nie pytał, czy można się dosiąść.” „A to dla Pani problem?!” – zaczepnie rzuca ten od krzesła pod pachą. „Owszem, problem. To jest stolik dla 4 osób, a licząc malucha siedzi przy nim już 5” – wtrąca mąż (nadal mój). Trójca, z minami wyrażającymi święte oburzenie, oddaliła się…na drugi koniec stolika, dołączając do kuracjuszek.

***

Jak się okazało, towarzystwo było ze sobą zaznajomione, i to bardzo dobrze. Zająwszy miejsca obok sanatoryjnych bywalczyń, pokusili się jeszcze o komentarz, pod naszym adresem, rzecz jasna, zupełnie niewybredny i na tyle głośny, byśmy go z całą pewnością usłyszeli. Wtedy już nie tylko szczęka, ale i ręce mi opadły. Nie wiem, czy akcja była zaplanowana i cała piątka chciała nas podstępnie wykurzyć, zajmując stolik dla siebie, czy też po prostu należeli do tej grupy ludzi, którzy lubują się w atmosferze stłoczenia i najlepiej czuliby się w warunkach zapuszkowanych sardynek. Wiem natomiast, że na pewno nie należeli do najmilszych ludzi, jakich nosi polska ziemia. XXI wiek, człowiek grzecznie, spokojnie tłumaczy drugiemu człowiekowi swoje racje, a w odpowiedzi….ŁUP! Walą w niego chamstwem niczym neandertalczyk maczugą w zwierzynę. Pytanie brzmi:

Czy jesteśmy narodem niemilców?

No cóż, przejdźcie się do pierwszego lepszego dyskontu spożywczego, postójcie pół godziny przy kasie, przekonacie się sami. Właśnie dlatego jednym z zajęć, których naprawdę nie chciałabym wykonywać, jest bycie kasjerem/ką, sprzedawcą. Ludzie wylewają wiadra pomyj, wyładowują całodzienną frustrację, urządzają awantury. Sama byłam świadkiem (nie)jednej z nich. Ta sprzed dwóch dni przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Pani obsługuje małżeństwo ludzi 50+. Jak to często bywa, omyłkowo kasuje produkt, który powinien wylądować w siatce zakupowej kolejnego klienta – mojej. Ot, zwykła pomyłka? Nie tym razem. Małżonka natychmiast wytacza ciężkie działo: „Co Pani robi?! To już nie nasze!” – rzuca do kasjerki. Ta, uprzejmie odpowiada: „Nie było separatora, nie zauważyłam”. „No to trzeba patrzeć co się robi! Ja mam pani pilnować?!” – łoooł, zaczyna się, myślę. Kasjerka wycofuje produkt, wręcza małżonkom rachunek i dodaje: „Przepraszam. Miłego dnia życzę, do widzenia”. „Mam gdzieś pani przepraszam!” – kontynuuje atak klientka, po czym zabiera swoje zakupy i kulą prosto w oczy: „A ja pani nie życzę miłego dnia, mam nadzieję, że do niewidzenia”. Aaaaa, naprawdę, trzeba aż tak? Pani obsługująca miała minę, jakby wystrzelano ją po twarzy od prawa do lewa. I ja się jej nie dziwię. Tyle hejtu, bo ktoś się zwyczajnie POMYLIŁ? Atakować drugiego człowieka ze względu na sytuację, o której za 5 lat (ba, za 5 tygodni!) nie będzie się pamiętać? Gdzie w tym sens?

Polskie piekiełko w wersji codziennej

Podobnych sytuacji mogłabym przytaczać bez liku – zaczynając od skaczących sobie do gardeł kierowców, którym w korkach nerwy puszczają, a na skrzyżowaniach hamulce („ku*wa, debilu, jak jedziesz?!”, „no co, no co? zajeb*ć ci?!”), poprzez gadki matek („co to za matka, która daje dziecku mleko modyfikowane?!”), na zwykłych przechodniach kończąc (oplucie i próba zepchnięcia kobiety ze schodów ruchomych, jako reakcja na delikatną sugestię, żeby pan się przesunął i stanął na tychże schodach w sposób pozwalający śpieszącym się jego wyminięcie). Ciężarna z brzuchem tak wielkim, że zapewne uniemożliwia sięgnięcie do własnych stóp i zapięcie butów, wcale nie zasługuje na przepuszczenie w urzędowej kolejce. Zajmowanie miejsc parkingowych dla niepełnosprawnych przez ludzi, którym naprawdę niczego nie brakuje – na porządku dziennym. I tak dalej, i tak w kółko. A hejt internetowy? „Co za moher”, „Katodebil”, „Ryży kundlu nie wracaj do Polski”, „Zawsze się jakieś mendy znajdą – PiSuary” to nawet nie kropla, a kropeluńka w morzu wirtualnej nienawiści.

Nadzieja umiera ostatnia

Wakacje tuż tuż, pędzę kupić bilety pociągowe, coby dotrzeć do Stolycy, skąd samolot zabierze nas na upragniony urlop. Wpadam do punktu obsługi klienta PKP, z 21-miesięcznym, rozgadanym i rozruszanym Szkrabem na rękach. Nie to, że nie chciałabym go posadzić do wózka – bardzo bym chciała, tylko Młodzian tego środka transportu nie toleruje. Podobnie jak własnych nóg, w miejscach innych niż place zabaw i parki. Kolejka niewielka, ale jednak jest. Wytatuowany Pan, którego zarys mięśni godny jest muskulatury Arnolda Schwarzeneggera w czasach jego świetności, rzuca: „Proszę, Pani ma takiego małego szkraba” i przepuszcza mnie w kolejce. Uprzejmie dziękuję, odpłacając uśmiechem. Wiwat! Jeszcze Polska nie zginęła!

Dodaj komentarz