Właśnie przeczytałam, że nasz poczciwy, sztandarowy schabowy z ziemniaczkami i surówką, będzie droższy. I to o wiele – na ulubiony Polaków obiad, przyjdzie nam wydać 30% więcej niż przed rokiem. Bieda Panie, bieda! Dlatego też mam jedno marzenie. Są tacy, co żądają dostępu Zakopanego do morza, tacy, co Śląsk (ten Górny) widzieliby wśród niemieckich landów i tacy, co pragną Wolnego Miasta Gdańska. Ja z kolei domagam się, niczym Miss Świata, by Polacy stali się bogaci! Uważacie, że w naszym kraju dobrze się wiedzie? A więc żyjecie w pięknej bańce. I w błędzie.

Ilu z nas ma hajs?

Prawdą jest, że w Polsce mamy coraz więcej osób zamożnych i bogatych, przynajmniej wedle danych z raportu KPMG, dotyczącego rynku dóbr luksusowych (2017 rok).

Jak zawsze diabeł tkwi jednak w szczegółach – kwalifikacja do tychże grup jest co najmniej… niepoważna. Wedle wspomnianego raportu, osobą zamożną – uwaga, HIT! – jest rodak, który miesięcznie zarabia powyżej 7.100 złotych polskich. BRUTTO. Co oznacza, że na konto Kowalskiego wpływa około 5 tysiaków. Wybaczcie szczerość, ale ta kwota powinna być przeciętnym miesięcznym wynagrodzeniem Polaka, kwalifikującym do klasy co najwyżej średniej. A tu proszę – zamożność za niewiele ponad 1000 EURO. Takie rzeczy tylko w Polsce. Żeby to jeszcze kasiaści rodacy wyrastali na naszej ojczyźnianej ziemi jak grzyby po deszczu! Gdzież tam – w Polszy mamy 23 i pół miliona osób w wieku produkcyjnym, a zatem takowych co pracują i co pracować by mogli. W tym morzu ludzi pływa zaledwie 1,2 miliona zamożnych. Łatwo wyliczyć – nawet matematycznie opornym jednostkom, do których zaliczam siebie, że stanowią oni niewiele ponad 5% społeczności. Nooooo, faktycznie – żyjemy na bogato, na potęgę i do potęgi!

Polscy krezusi

A oto jak się przedstawia kasta kast – ci, których raportujący zaliczają do grona bogaczy. Są to rodacy o miesięcznym dochodzie przekraczającym 20.000 złotych. Brutto oczywiście. Daje to kwotę netto rzędu 14.000 polskich złotówek. Takich krezusów jest w kraju około 194 tysięcy. Prosta kalkulacja i mamy kolejny, smutny wynik – bogatych wśród zarobkujących Polaków jest niecały 1%. Niektórzy mogą podnieść larum, że przesadzam, bo przecież 5 tysięcy to masa pieniędzy. Ja jednak staję po stronie, tak swego czasu krytykowanej, Minister Bieńkowskiej, która zabłysnęła wypowiedzią, jakoby zarobki na poziomie 6 tysięcy złotych były – delikatnie rzecz ujmując – nieadekwatne. Zgadzam się z tą Panią, polać Jej! Jeżeli wiceminister nadwiślańskiego kraju zarabia 6 tysięcy złotych, tyle, ile pracownik IBM niższego szczebla, to jak można pozyskać błyskotliwych, wykształconych, pomysłowych i kreatywnych ludzi do sprawowania rządów? Umówmy się, politycy niczym nie różnią się od reszty społeczeństwa. Ameryki nie odkryję pisząc, że pracują nie dla samej idei, ale przede wszystkim dla zarobków. A skoro tak – gdzie pójdzie młody, zdolny człowiek, o bystrym jak brzytwa umyśle? Obstawiam, że do korporacji, w której dostanie takie samo jak “ministry” wynagrodzenie, a przy tym jego odpowiedzialność będzie znikoma. Tym to magicznym sposobem, w kraju nadwiślańskim raz źle, a raz gorzej się dzieje.

Bogaty Polak kontra biedny Europejczyk

No dobra, może nie czepiałabym się tak bardzo naszych polskich stawek, gdyby nie srebrny ekran. I Eurostat.

Rzadko używam takich wynalazków jak telewizor, niemniej jak już odpalę, zawsze trafi się złoty strzał. Tym razem był to program „Biedny dom, bogaty dom” (w oryginale: ‘Rich house, poor house’). Niewtajemniczonym szybciutko tłumaczę, na czym polega idea. Jest to dokument brytyjskiej produkcji, w konwencji znanej opowieści „Książę i żebrak”. Mamy więc dwie rodzinki – jak się domyślacie jedna bardzo bogata, druga bardzo biedna – które na dni kilka zamieniają się swoimi domami. I finansami. Nic w tym szczególnego, poza jednym detalem – on ci to przykuł moją uwagę. Otóż na początku każdego odcinka podawany jest budżet, jaki do swojej dyspozycji będą miały familie. Szczęka mi opadała do samej podłogi, i zebrać jej długo nie mogłam, gdy okazało się, że owa biedna rodzina, po opłaceniu mieszkania i rachunków (!), ma do swojej dyspozycji budżet wynoszący przeciętnie…150 funtów. Tygodniowo. Co to oznacza? Ano, że ten, kto w Polsce uznawany jest za zamożnego, w wyspiarskich okolicznościach przyrody uchodzi za bidoka. Smutno Wam? Śpieszę z pocieszającą wieścią – jako że kraj nadwiślański cudami stoi, pewien element prawdziwego bogactwa udało nam się jednak przemycić. Idzie sobie Polak do pierwszej lepszej międzynarodowej sieciówki i co? A to, że może (a nawet musi) zapłacić za koszulkę czy inną sukienkę dokładnie tyle samo, ile zapłaci za nią przeciętny Brytyjczyk lub Francuz. Europa pełną gębą!

Finansowy ogon Europy,
czyli wcale nie mlekiem i miodem płynąca,
nadwiślańska kraina

Ile można kupić za 27 złotych? Dwudaniowy obiad w mlecznym barze. Koszulkę na wyprzedaży. Kapcie w stonkowym dyskoncie spożywczym. Słowem – nic specjalnego. I taka to właśnie – niespecjalna – jest średnia stawka za godzinę pracy w naszej pięknej Polsce. Gorzej zarabiają jeno Ci, na których Unia się kończy – Bułgarzy i Rumunii. Z kolei Eurostat donosi, jakoby średnie wynagrodzenie godzinowe w UE kształtowało się na poziomie 23 EURO, znaczy się około 97 złotych (dane za 2018 rok).

Żeby Wam było przykrzej dodam jeszcze, dla tych, co niezorientowani w płacy minimalnej, że w Polsce, w minionym roku, wynosiła ona 2.100 złotych, podczas gdy w siedmiu innych krajach Wspólnoty, była wyższa niż 6.000 polskich złotówek (brutto, brutto, moi Mili). A teraz hit nad hity, czyli Luksemburg. Tam płaca minimalna wynosiła 2.000 EURO, znaczy się około 8.300 złotych. Czyli najbiedniejszy Luksemburczyk jest bogatszy niż zamożny Polak. Dno i dwa kilo mułu.

A co z tą osławioną siłą nabywczą pieniądza? Krążą legendy, i to wcale nie miejskie, że w Polsce mało się zarabia, ale i tak dużo można kupić, bo u nas taniocha. Wiecie, rozumiecie – tak tanio, że zawijane kolejki na granicach po polską kiełbachę, wódę i ogórki kiszone.

Okej. Wedle danych Eurostatu, jedzenie mamy faktycznie stosunkowo tanie. Ale już za ubrania, jak wspomniałam – płacimy po europejsku, a co! Za paliwo – płacimy po europejsku, a co! Za sprzęt AGD, RTV – płacimy po europejsku, a co! Co prawda pewne różnice występują, w tym to znaczeniu, że u nas jednak o kilka euroków taniej (np. za buty w Luksemburgu płaci się przeciętnie 99 EURO, w Polsce – równowartość 92 EURO), ale są to różnice rzędu kilku, w porywach do kilkunastu procent. A zarobki mamy niższe o kilkaSET procent. To ja się pytam, gdzie taniocha na ziemi, TEJ ziemi, ludzie drodzy? Jesteśmy krajem paradoksów – warunki do godnego życia są u nas wyceniane na poziomie skandynawskim, a płace mejd in Czajna.

Światełko w długim tunelu

Jak donoszą specjaliści (tym razem z Grant Thornton), jest dla nas nadzieja! Nadzieja na zrównanie płac. Otóż przyglądając się wynagrodzeniu Polaków na przestrzeni ostatnich lat, można zaobserwować tendencję wzrostową – nasze zarobki stale rosną. Ba, odrabiamy dystans względem bogatszych sąsiadów z Unii Europejskiej. Jak wszystko pójdzie dobrze – nadejdzie dzień, gdy polskie wynagrodzenia zrównają się ze Wspólnotową średnią i to już….za 60 lat (bez kilku miesięcy). Tak, sześćdziesiąt. Nie, nie sześć. Tak, lat. Nie, nie miesięcy. Ja się więc, tylko retorycznie, zapytam:

Jak żyć, Panie Premierze?!

Dodaj komentarz

One Reply to “To nie jest kraj dla biednych ludzi, czyli dlaczego Polacy powinni być bogaci?”

Komentowanie jest wyłączone