Załóżmy, że jesteś kobietą. Skończyłaś studia. Znalazłaś w miarę dobrze płatną pracę, której wykonywanie daje Ci satysfakcję. W dodatku świetnie odnajdujesz się wśród współpracowników. Masz czas, by rozwijać swoje pasje. A przynajmniej masz go na tyle dużo, żeby wyskoczyć na siłownię, basen, do kina, czy kawę z koleżanką. Jak przystało na współczesną kobietę – dbasz o siebie. Zresztą, nawet gdyby okładki czasopism z sylwetkami atrakcyjnych niewiast nie prześladowały Cię na sklepowych półkach i tak chętnie zajęłabyś się sobą. Wstawanie kilka(naście) minut wcześniej, by makijażem nieco poprawić urodę, gwarantuje lepsze samopoczucie przez resztę dnia. Nie oszukujmy się – każda z nas lubi podobać się samej sobie – w odrobinie próżności nie ma przecież niczego złego. Odrobinie, podkreślam.

Reasumując: Dbasz o siebie intelektualnie i wizualnie. Masz wokół kilka bliskich osób. Znasz swoją wartość, wiesz, że wzbudzasz zainteresowanie przedstawicieli płci przeciwnej. Słowem jesteś inteligentną i zaradną Panią swojego Losu.

Gdzie Ci mężczyźni?

Obrazek niemal sielankowo idealny. Czego na nim brak? No tak, pana XYZ, popularnie określanego również Towarzyszem lub Miłością Życia, Ukochanym, Mężem czy Tym Jedynym. Z niecierpliwością czekasz, aż na horyzoncie ukaże się biały rumak, a na nim On. No dobra, może się też pojawić bez zwierzyny. Za to z kwiatkiem w zadbanej dłoni lub czarującym uśmiechem na twarzy. W każdym razie czymś, czym kupi Cię już na pierwszym spotkaniu. Wyobrażasz sobie kolejne etapy związku – motyle w brzuchu, pierwsze wyznanie miłosne, śniadanie, obiad, kolację i… kolację ze śniadaniem. Wspólne, wieczorne oglądanie filmów, spacery w deszczową pogodę. Pierwszą rocznicę znajomości. I wyczekiwane przez Ciebie pytanie w klęku podpartym, na które z ogromem radości odpowiesz „Tak!”.

Oczywiście, zdajesz sobie sprawę z tego, że związek wymaga pracy, że będą lepsze i gorsze chwile, że nie wolno rzucać fochem (a przynajmniej nie przy każdej wymianie zdań, podczas której okaże się, że macie inne podejście do tematu), że warto zostawić sobie odrobinę przestrzeni z napisem „tylko moje”, że ta trzecia, czyli rutyna nie jest mile widziana, że trzeba się słuchać, szanować i wspierać. Oraz wiele, wiele innych mądrości, o których dowiedziałaś się a) z poradników b) z czasopism, c) od bardziej doświadczonych koleżanek, d) w ramach cyklu “złote rady mamy” i “ozłocone rady babci” e) z autopsji – w końcu na błędach człowiek najlepiej się uczy!

W końcu jest. FANFARY! Pojawił się, wybrał, zapytał, zgodziłaś się, ślub był magiczny, a wesele huczne. Albo zwyczajny i skromne, ale to właśnie dla Ciebie oznacza prawdziwą magię. Jesteście Razem. Wy i Wasze wspaniałe, choć nie zawsze idealne, życie.

Czas na dzieci

Co teraz? Ano, kolejny krok – powiększanie rodziny. On chce, Ty oczywiście też. Widzisz się w roli matki, jesteś przekonana, że świetnie sobie poradzisz – w końcu w obecnych czasach, oferujących nam takie udogodnienia jak jednorazowe pampersy, elektryczne nianie, wielofunkcyjne wózki, łóżeczka dostawne, otulacze i szumiące maskotki ułatwiające zasypianie maleństwa oraz – co najważniejsze – cenne rady Świata Internetu, posiadanie i wychowywanie dzieci nie może być czymś trudnym.

Bez przesady, przecież dziecko wiecznie nie będzie miało kolek. Nie panikujmy, rozpoznawanie potrzeb dzidziusia po rodzajach płaczu to tylko kwestia wprawy. Poza tym maluchy przecież dużo śpią, a Ty już masz plan na spożytkowanie jego/ jej drzemek – będziesz mogła skupić się na dokształcaniu (żeby nie wypaść z rynku pracy), zadbaniu o siebie (czas wykonania manicure i makijażu akurat wpasują się w okres drzemki maleństwa), relaksie intelektualnym (ulubiony serial, książka lub czasopismo). Koleżanki? Oh, przecież na pewno znajdą chwilę, żeby wpaść do Ciebie po skończeniu korporacyjnej wachty. Te, które poznałaś w pracy, sprzedadzą najświeższe plotki, inne opowiedzą o swoich wzlotach i upadkach, nowej diecie/ nowym mężczyźnie itp. itd.

Ciąża

I w końcu są! Dwie kreski! Pełna wybuchowej mieszanki szczęścia i obaw, udajesz się do swojego ginekologa. Tak, jesteś w ciąży.

W tym miejscu zaczyna się PRAWDZIWA HISTORIA, choć jeszcze o tym nie wiesz.

Ciąża jak ciąża – są lepsze i gorsze momenty. Początki bywają mdłe, potem nabiera się apetytu, a na koniec jedyne na co jesteś w stanie patrzeć to własny, OGROMNY brzuch, który skutecznie przysłania widok na Twoje stopy. Są momenty fantastyczne i te trochę gorsze, ale trzeba przyznać, że nic nie jest w stanie równać się z radością, jakiej doświadcza kobieta czująca pierwsze ruchy dziecka. No, może pierwszy świadomy uśmiech już po narodzinach potomka. Właśnie – poród. Tutaj najlepiej spuścić zasłonę milczenia. Akt kolejny: macierzyństwo.

Miłego złe początki?

Bądźmy ze sobą szczere – początek to istny szok! Bo nikt nie powiedział, jak trudne jest zapoznawanie się z nowym przybyszem. W żadnej szkole rodzenia nie uczą, jak radzić sobie z permanentnym niewyspaniem. Nikt nie mówił, że relacje z partnerem zmieniają się diametralnie. Bo sporo czasu zajmuje zaakceptowanie, że życie już nigdy nie będzie takie samo, że totalnie wszystko się zmieniło.

Trudne bywają chwile, gdy pociecha płacze przez większość dnia i nocy. Stresujące momenty, gdy maluch nie ma ochoty na pokarm, który mu serwujesz. Niesamowite jest odkrycie, że wzięcie prysznica i pomalowanie rzęs to wcale nie takie hop siup. Naprawdę można nie znaleźć na te czynności czasu w ciągu całej doby – przecież ma ona tylko 24 godziny! Umówmy się – wyjście na kawę z przyjaciółką czy obejrzenie odcinka ulubionego serialu to dla młodej matki sfera marzeń. Po które sięgać warto, i owszem, ale na ich spełnienie przyjdzie trooochę poczekać (czytaj: co najmniej do momentu, gdy osesek ukończy kilka(naście) tygodni). Kryzys tożsamościowy na linii „jeszcze kobieta już matka”, czy „już matka nie kobieta” przyprawia Cię o palpitacje serca. I jeśli nie o morze, to przynajmniej o kałużę łez.

Młode matki w domach z betonu

Macierzyństwo jest trudne. Cholernie trudne, szczególnie na początku. Niektórzy twierdzą nawet, że gdyby parom chcącym mieć potomstwo wypożyczono „na próbę” noworodka, na powiedzmy tydzień,  dzietność w naszym pięknym, nadwiślańskim kraju spadłaby o połowę.

Boli myśl, że z jednej strony oddałoby się życie za małego szkraba. Z drugiej, w sytuacjach kryzysowych – oddałoby samego szkraba. I to pierwszemu lepszemu przechodniowi, na choć malutką, króciutką chwilę. Po co? By móc w spokoju umyć zęby i wypić CIEPŁĄ kawę. Bolą wyidealizowane obrazy odpicowanych niczym na galę oskarową mam, którymi Instagram bije po oczach. Boli samotność młodej matki w dużym mieście. Największe oszustwa naszych czasów? Wmówili nam, że powinnyśmy być idealne tydzień po porodzie (na Boga, jaka świeżo upieczona mama ma czas choćby na zdrową, niepudełkową, dietę?!). Że tylko życie w dużym mieście ma sens, pozwala na rozwój, że należy uciec od swoich korzeni.

Trud, sielanka i oskarżenia

Jak błędne było to założenie przekonuje się właśnie młoda matka. Bo cholernie trudno jest opiekować się maleństwem, gdy własna mama hektary i kilometry od nas. A mąż, choć na wyciągnięcie ręki, to jednak zagarnięty przez korporacyjne macki. A więc siedzi sobie taka mama w czterech ścianach, sam na sam ze sobą i swoim nieoswojonym jeszcze maleństwem. Wpatrują się w siebie badającym wzrokiem, ucząc się zrozumienia dla drugiego stworzenia, poznając swoje światy.

I oskarża się taka mama, że nie jest jaka powinna być. Zawsze czuła, delikatna, radosna, pachnąca i czekająca z uśmiechem na ustach oraz kolacją na stole na powrót męża. Wyrzuca sobie brak wyrozumiałości, gdy ten spóźnia się 10 minut (10 minut, niby nic, ale dla młodej mamy – bywa wiecznością). Oskarża się o brak organizacji, gdy w ciągu całego dnia nie uda jej się nastawić prania (lub go rozwiesić), a śniadanie zjada o 13. Wyrzuca sobie i to, że jest złą matką, istnym potworem, gdy w chwilach zwątpienia patrzy nieprzychylnym wzrokiem na nowego przybysza, tak przecież upragnione dziecko, które… najzwyczajniej w świecie działa jej na nerwy. Wyrzuca tym bardziej, gdy po 5 minutach patrzy na maleństwo śpiące tak słodko, że jego widok roztopiłby arktyczny lód szybciej niż globalne ocieplenie.

Sięgając gwiazd

A więc kto ma lepiej – samotna singielka, czy sama mama? Cóż, z pewnością wygrywa ta, która lepiej zaadaptuje się do sytuacji, dostrzegając pomiędzy cieniami – blaski. Bez względu na to, czy w dokumentach urzędowych zaznaczasz pole “wolna”, “mężatka”, “rozwiedziona” – każda z nas potrzebuje ogrzać się w świetle (i blasku!) jupiterów. Choćby od czasu do czasu.

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
Powiadom o