Trochę wody w Wiśle upłynęło, odkąd po raz ostatni przemycałam tu folklorystyczne elementy naszej małżeńskiej relacji. Nie oznacza to oczywiście, że związek nasz wyblakł, rzekłabym raczej, iż w ostatnim czasie mocno nabrał kolorów i przybrał na sile 😀 . Wir sprzeczek i utarczek na tyle nas pochłonął, iż zupełnie zaniedbałam sferę intelektualną, znaczy się nie zapisywałam w pamiętniczku złotych myśli, które nasze srebrne usta ubierały w słowa. Naszedł jednak czas nadrabiania zaległości! A zatem dziś w menu porządna porcja rozmówek damsko-męskich, wprost spod naszego krakowskiego dachu. Oto kolejny odcinek cyklu scenki z życia małżeńskiego.

Scenka I

♥♥♥

Siedzimy w samochodzie, tylko ja i On, co ze względu na posiadanego wspólnego Potomka, zdarza się dość rzadko. Czerpię więc z sytuacji pełnymi garściami, w końcu można bez skrępowania rozmawiać na tematy tylko dla dorosłych. Poruszam iście egzystencjalne zagadnienie typu „jak tak dalej pójdzie to za 40 lat ludzie będą walczyć ze sobą o czystą wodę”, angażując w wypowiedź nie tylko umysł i duszę, ale również ciało – gestykulacja to zdecydowanie moja mocna strona. Małżonek patrzy, słucha niby ze zrozumieniem, zdaje mi się, iż nawet tak jakby prawie potakuje. Przerywam więc tyradę, by dać się wypowiedzieć Drugiej Połowie.

Dobra, jedźmy” – dociera do mych uszu.

Dzięki Mężu, że mnie słuchasz, taka elokwentna rozmowa” – odpowiadam lekko już sfochowana i naburmuszona, jak łatwo się domyślić.

Riposta Współmałżonka zbija mnie jednak z zagniewanego pantałyku: „Elokwentny jestem. Gorzej z erudycją!”.

Scenka II

♥♥♥

Jak wiecie z korporacji odeszłam, sama sobie jestem panią i władczynią (choć póki co moje władztwo i niezależność finansowa ogranicza się do możliwości zakupu, ze środków własnych, wacików). Mąż na własny rachunek działa od lat. Tym samym nie ograniczają nas sztywne godziny pracy. W związku z powyższym, w ramach dbania o kwitnienie naszej relacji, zrobiliśmy sobie pracownicze wagary i za dnia oddaliśmy się rozrywkom. Postanowiliśmy obejrzeć filmidło na dużym ekranie. Mąż, niejako z triumfem, oznajmia:

Patrz Żono, korpoludy zapierdzielają, a my do kina!”. I wiecie co? No popatrzyłam, przeanalizowałam, wnioski mam następujące. Co prawda możemy za dnia wyjść do kina, ale już popołudniu czy wieczorem niekoniecznie (a korpoludy mogą!). Bo pracujemy (skorośmy o poranku nie pracowali jak Pan Buk przykazał). Bo ogarniamy Synola. I jesteśmy na tyle zmęczeni, że idealny, romantyczny wieczór kojarzy nam się ze wspólnym spaniem w sypialni, bez konieczności kilkukrotnego wstawania do nawołującego Dzidziulca. Także takie to nasze szczęście, jak każdego innego Polaka – ma swoją cenę 🙂 .

Scenka III

♥♥♥

Mężu wyprawił się na weekendową imprezę do swego kolegi z lat studenckich (poproszę o oklaski oraz słowa uznania dla idealnej, wyrozumiałej żony 😀 ). Coby się do kumpla dostać, pojechał pociągiem. Jako doskonała kapłanka ogniska domowego, zatroskana losem mego Ślubnego, postanowiłam dopytać, jak też się Ów w czasie drogi miewa. Wysłałam więc SMS. Odpowiedź przyszła, lotem błyskawicy:

Już siedzę, chciałem sobie oglądnąć odcineczek o zombiakach [wyjaśniam: netflixowski serial  o wdzięcznej nazwie ‘Walking Dead’], a tu siedzi koło mnie kto? Zakonnica… No i jakoś tak wahom się:P”. Poleciłam coby się nie wahoł, jeno po bożemu wlepił wzrok w monitor laptopa. I słowo ciałem się stało – Mężu uczynił jak poradziłam.

Scenka IV

♥♥♥

Poranek, jeden z wielu podobnych. Zaparzam kawę dla siebie i Współmałżonka oraz szykuję strawę dla Pierworodnego. W tym czasie Synol wraz ze swym Ojcem odprawiają poranne tańce hulańce. Zazwyczaj w rytm hitów typu „Puszek Okruszek”, „Zuzia-lalka nieduża”, „Jedzie pociąg z daleka”. Czasem przemycana jest odrobina folkloru w stylu „Takiego Janicka”, a czasem… No właśnie. Zenek Martyniuk. Rzucam kuchenną szmatką o blat stołu i zdecydowanym tonem wyrażam swoją dezaprobatę:

Nie pozwalam!!! Nie disco polo, nie pozwalam!!!”.

Żono, to nie jest disco polo” – ze stoickim spokojem ogłasza Małżonek.

TO nie jest disco polo?!” – peroruję dalej.

Nie. To jest szlagier!” – objaśnia Mąż.

Szlagier? To jest ordynarne disco polo!” – wyduszam z siebie, pełna oburzenia.

To jest piosenka… o zabarwieniu chodnikowym” – tłumaczy mąż, wirując z Dzidziulcem w rytm:

Ja dziękuję, postoję. Dla mnie to jest jednak beton.

Scenka V

♥♥♥

Czasem zdarzają nam się intelektualne dysputy, takie wiecie, o kinie, muzyce i literaturze. Bywa, że owe wysokich lotów rozmowy, zahaczają o wątki autobiograficzne. Tym razem poruszyłam temat literackiej przeszłości:

Kochanie, jakie książki czytałeś, takie młodzieżowe?”- zapytuję Ślubnego.

Jak to jakie?”- zapytuje z kolei Ślubny.

No wiesz, takie… dla dzieciaków. Na przykład Niziurskiego, albo Siesickiej, albo Musierowicz” – doprecyzowuję.

Mąż odpala: „Dzieci z Bullerbyn”.

Ale to była lektura szkolna” – uszczegóławiam.

No” – potwierdza On. Ciężko mi stwierdzić, czy właśnie nawiązaliśmy nić porozumienia i jesteśmy na drodze do osiągnięcia stanu jedności umysłów, czy raczej on myślami na Marsie, ja na Wenus. Muszę się tej galaktyce głębiej przyjrzeć!

♥♥♥

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

5
Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Make Happy Life
Gość
Make Happy Life

Bardzo lubię rozmówki damsko – męskie, zawsze mnie bawią 😀 ach te nasze różnice..

Natalia Jaranowska
Gość

Przecież to jest disco polo!!! :)))

Karolina
Gość

Muszę tu częściej zaglądać! Bo te rozmówki są takie z życia wzięte!

Agata/ href="https://www.ajourneytoyourself.com/pl/">A Journey to Yourself
Gość

Dwa zupelnie rozne swiaty i jak sie tu dogadac? 😉