Dziś będzie bez wprowadzenia, anegdotki na rozgrzewkę, czy przydługiej gry wstępnej. Od razu przechodzę do konkretów, bo i temat konkretny. Czy terapia par ma sens, zapytacie? A ja Wam odpowiem.

Najpierw jednak kilka faktów odnośnie powodów, dla których człowieki udają się na wspólną terapię. Nietrudno się domyślić, że jednym z impulsów pchających ludzi do gabinetu psychoterapeuty jest pojawiająca się (tu i ówdzie) myśl o rozstaniu.

Jak często się rozstajemy?

Oczywiście ciężko mi oszacować, jak często rozstają się pary będące w związkach nieformalnych, zwanych również (np. przez fejsbuka) związkami kohabitacyjnymi. Swoją drogą samo wyrażenie „związek kohbitacyjny” pokochałam miłością ogromną! Taka perełka słowna, no sami przyznajcie – brzmi doniośle i poważnie. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że poważniej nawet, niż małżeństwo. Żeby Wam tylko nie przyszło do głowy mylić kohabitacji z konsekracją, bo to jednak jak pomylić omlet z rozgrzaną patelnią  –  pierwsze ze smakiem skonsumujesz, drugiego nie wolno Ci dotknąć. W każdym razie nie dokopałam się do badań, w których dopytywano by tych kohabitantów, z jakiej to przyczyny ich związek się rozpadł. Badacze chyba wychodzą z założenia: rozstali się, to się rozstali, po kiego drążyć? 😉 Co innego małżeństwa – tu i badacze, i GUS mają prawdziwe pole do popisu.

No i okazuje się, że my – Polacy – rozwodzimy się dość często. Statystycznie co trzecie małżeństwo zawarte w nadwiślańskim kraju kończy się rozstaniem. Rzecz jasna statystyka jest odrobię zakłamaną nauką. Przykładowo, gdy miałam lat naście i pilnie uczyłam się geografii, przeraziło mnie pewne statystyczne sformułowanie, zapisane w podręczniku . Że niby jedna na pięć kobiet będzie miała męża Chińczyka (statystycznie rzecz jasna). Noosz, ooooosz! – wierzcie mi, żeśmy się wraz z czterema kumpelkami mocno zestresowały! Chciałyśmy nawet ciągnąć losy, żeby jedną z nas poświęcić, dla dobra ogółu, bo żadnej nie uśmiechał się stały pobyt w ojczyźnie Mulan. Jak jednak wspomniałam, statystyka jest odrobinę zakłamaną nauką – każda z nas weszła w posiadanie współmałżonka krwi europejskiej 😉. Teraz z kolei wypadałoby, żeby przynajmniej dwie z nas się rozwiodły. Czy i tym razem uda nam się przechytrzyć statystykę? Okaże się za kilka lub kilkanaście lat.

Dlaczego się rozstajemy?

Jak myślicie – co jest głównym powodem rozpadu małżeństw w Polandii? Pierwsze miejsce na podium niezmiennie zajmuje niezgodność charakterów. To tajemnicze pojęcie, pod którym kryje się wszystko i nic. W 2017 roku niezgodność charakterów była przyczyną blisko połowy rozwodów (42%, czyli 27 tysięcy 600 rozwodów). Na kolejnych miejscach uplasowały się: zdrada (22%, czyli 14 tysięcy 200 przypadków) oraz alkoholizm (16%, co daje 10 tysięcy 300 rozwodów).

I wiecie, ja rozumiem rozwód, bo zdrada.

Zdrada to świństwo, przejaw totalnego braku szacunku względem partnera. Kropka. Wolność i swoboda wolnością i swobodą, ale wszystko ma swoje granice. Wolność to nie samowola, a swoboda to nie samostanowienie. Po pierwsze, jakbym chciała się partnerem dzielić – pewnie nie brałabym z nim ślubu. Po drugie, jakbym nie miała nic przeciwko skokom w bok – pewnie nie zawierałabym z partnerem umowy, że miłość oraz wierność aż po grobową deskę. No i najważniejsze: jakbym chciała bawić się w trójkąty, to pewnie studiowałabym matematykę, a nie wchodziła w związek małżeński, który z matematyką ma wspólne tylko jedno: równanie 1+1 = 2. Tak więc rozstanie wówczas, gdy pojawia się zdrada jest bezwzględnie i absolutnie w porządku. Ja nie namawiam, ale polecam (rozstać się, nie zdradzać).

Rozumiem rozwód, bo alkohol lub inny nałóg.

Oczywiście o ile partner(ka) nic nie chce nic zrobić ze swoim uzależnieniem i nie dostrzega problemu. Nałogi to paskudna sprawa, skoro ktoś upadł na samo dno, a przy tym nie ma zamiaru się podnieść – nie widzę powodów, dla których ktokolwiek miałby z nim na tym dnie leżeć.

Ja nawet rozumiem, że nikt nie chce tkwić w związku z osobą, z którą za żadne skarby świata nie potrafi się porozumieć.

W końcu każdy dąży do szczęścia. Nie ma co na siłę budować relacji, jeśli nie otrzymujemy wsparcia, a obcowanie z drugim człowiekiem nie daje nam nawet odrobiny radości. Ale niezgodność charakterów? Jak to możliwe, że z dwóch połówek pomarańczy nie wyciśnie się już ani odrobiny szczęścia i wzajemnego zrozumienia? A może wyciśnie, ale… wymaga to zbyt dużo pracy oraz wysiłku?

Oczywiście, łatwiej rozstać się, zacząć od nowa, z inną osobą, z czystą kartą. Tylko… czy w takim razie ta osławiona “niezgodność charakterów”, jako powód rozstania, nie jest przejawem naszego lenistwa i pójścia na łatwiznę? Może warto, zanim zdecyduje się na rozwiązanie ostateczne, czyli rozwód, spróbować naprawić relację, w której jesteśmy? Zrozumieć siebie oraz tę drugą osobę? Wiem, wiem, brzmi pięknie i górnolotnie – niczym fragment pogadanki trenera motywacyjnego😉 . No bo co zrobić, gdy już opadamy z sił, a każda kolejna kłótnia przebiega dokładnie według tego samego schematu, co dziesięć poprzednich? Czy jest jakiś ratunek, złote runo, eliksir szczęścia, które pozwolą nam na nowo cieszyć się małżeństwem (lub związkiem, po prostu)? I czy może nim być terapia par?

Terapia par – co trzeba wiedzieć, zanim się zacznie?

Odpowiedź  brzmi: nie, terapia par nie jest lekiem na całe zło. To nie Photoshop czy Lightroom, który z chujowej fotki zrobi zdjęcie godne nagrody (lub co najmniej wyróżnienia) na World Press Photo. Mimo tego, jeśli zastanawiasz się nad rozstaniem – dla dobra siebie (przede wszystkim!) warto rozważyć skierowanie kroków najpierw do gabinetu psychoterapeuty, a dopiero później do sądu. Oczywiście nie zachęcam do naprawiania związku, który jest toksycznym ekstremum. Typu: mąż mnie bije, żona pije, a nowe kochanki pojawiają się szybciej, niż schnie pranie w upalny, letni, wietrzny dzień.

Jeśli jednak powodem rozstania miałaby być bijąca rekordy popularności „niezgodność charakterów” – daj sobie szansę, tę ostatnią, na sukces. Jeśli powodem rozstania miałby być Twój wiecznie wywołujący konflikty i w każdej sytuacji, zawsze wszystkiemu winny partner – polecam wspólną terapię. Albo indywidualną 😉. Szybko okaże się, że odwieczna prawda, pt. racja nigdy nie leży tylko po jednej stronie – nie straciła na aktualności. Do konfliktu, tak jak do tanga, trzeba dwojga. W 99% przypadków. I nie myśl sobie, że akurat Ty jesteś tym jednym, niewinnym niczemu, procentem😉.

A jak taka terapia par wygląda? Już Wam, w prostych słowach, donoszę o technicznych szczegółach terapii.

Rodzaje terapii

Od tego trzeba zacząć – wybór nurtu, w jakim chcecie poddać się terapii. Zasadniczo wyróżnia się dwa rodzaje terapii (i tej w parach, i tej indywidualnej) – behawioralną oraz psychodynamiczną. Czym się różnią? Mocno upraszczając, stopniem zaglądania w głąb ludzkiej duszy, źródłem zmiany zachowań oraz rolą terapeuty.

Terapia psychodynamiczna

Kojarzycie Zygmunta Freuda? To ten gość, który jako pierwszy zaczął głośno mówić, że nieprzepracowane problemy czy konflikty z okresu beztroskiego dzieciństwa, po latach mogą wrócić niczym bumerang, rzutując na całe, dorosłe życie człowieka. Celem terapii psychodynamicznej jest znalezienie tych mrocznych obszarów z okresu pacholęctwa i ich przepracowanie dla dobra ogółu (czyli Ciebie oraz partnera). Jeśli chodzi sam sposób prowadzenia spotkań, to w skrócie można przyjąć, że stawia się na flow 😉. Innymi słowy – swobodnie dzielicie się swoimi myślami czy skojarzeniami, dzięki czemu niejako bocznymi drzwiami, nienachalnie, wprowadzacie wstydliwe lub skrywane na co dzień tematy. Terapeuta dopasowuje się do Waszego tempa, podążając za – jak się to ładnie określa – dynamiką przeżyć psychicznych pary. Terapia pomaga zobaczyć w jakich schematach (zakodowanych jeszcze w  okresie dzieciństwa) tkwicie i kiedy wplatacie je w związek. Ponadto uczy Was nowego rozumienia sytuacji.

Terapia behawioralna

Tutaj mamy kilka “podgrup”:

– tradycyjna behawioralna terapia par
– integracyjna behawioralna terapia par
– poznawczo-behawioralna terapia par

Nie jestem wybitną badaczką rodzajów terapii, więc nie będę szczegółowo opisywać czym różnią się poszczególne typy. Jeśli kogoś ciekawią zawiłości – zawsze można zgłębić materię w tematycznych poradnikach 😉. Napiszę za to, co te typy terapii behawioralnej mają wspólnego. I co je różni od terapii w nurcie psychodynamicznym.

Zasadniczo tym, co odróżnia terapie behawioralne od tych w nurcie psychodynamicznym, jest “stopień zagłębiania się w umysły” partnerów oraz czas trwania. Terapie behawioralne zazwyczaj są krótsze, bo nastawione na rezultaty tu i teraz. Nie dokopujemy się do zranień z dzieciństwa (co najwyżej przy okazji omawiania innych tematów zahacza się o przeszłość). Skupiamy się na – uwaga, będzie ładne określenie – kompetencjach partnerów. W terapiach behawioralnych zakłada się, że partnerzy są nieco wybrakowani 😉. Znaczy się – niedostatecznie wykształcili umiejętności potrzebne do wzbudzenia poczucie bliskości z drugą osobą. Jakie to umiejętności? Ano takie: zdolność do oferowania wsparcia drugiej osobie, do rozwiązywania konfliktów, do zmiany zachowania czy zdolność do konstruktywnej komunikacji.

Terapie behawioralne polegają więc – w duuuużym uproszczeniu – na wypracowaniu mechanizmów skutecznej komunikacji – przyjmowaniu wzorców prowadzenia rozmów na kontrowersyjne tematy (wyczuwam kłótnię!😉), czy prowadzenia rozmów tak, by nie dopuścić do kłótni (ha ha ha – idealistyczne założenie). Ważne jest też, żeby partnerzy nauczyli się wyrażać swoje potrzeby.

Bez względu na to, na jaki rodzaj terapii się zdecydujecie, pamiętajcie o najważniejszym: terapeuta NIE doradza. Nie nakazuje/ zakazuje. NIE szuka winnych. A jeśli to robi – poszukajcie innego prowadzącego. Rolą terapeuty jest pomaganie w zrozumieniu schematów, w których tkwicie i w znalezieniu z nich wyjścia.

Wybór terapeuty

To jest kwestia bardzo indywidualna, bo każdy lubi co innego 😉. Warto więc przyjrzeć się psychoterapeutom z najbliższe okolicy, „prześledzić” w internetach informacje o nich. Ewentualnie zasięgnąć opinii wśród osób, które taką terapię odbyły. Kiedy już wspólnie z partnerem/ partnerką uda Wam się wybrać TĘ jedyną osobę, a po pierwszym czy drugim spotkaniu dojdziecie do wniosku (lub jedno z Was dojdzie do wniosku), że terapeuta nie jest właściwym człowiekiem – szukajcie dalej. Na pewno nie warto przerywać terapii dlatego, że nie podoba Wam się prowadzący.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ z badań wynika, że jednym z głównych powodów, dla których ludzie przerywają terapię par jest… osoba terapeuty. Co więcej, ludzie dokonują „diagnozy” prowadzącego zaraz po przekroczeniu progu gabinetu – na podstawie jego pierwszych słów i zachowań. No cóż, to trochę tak, jak ze znajomymi, przyjaciółmi, czy związkami – musi być chemia. Jeśli więc między Wami a terapeutą nie kliknie – szukajcie dalej. A znajdziecie 😉.

Kiedy terapia par nie ma sensu?

Trochę tych sytuacji na “nie” można by znaleźć. Poza wspomnianym powyżej ekstremami (bicie, picie, zdrady, przemoc psychiczna) jest jeszcze jedna ważna kwestia – jeśli nie kochasz partnera/ partnerki, to odpuść sobie wszelkie próby ratowania związku. Wtedy najuczciwiej będzie po prostu się rozstać. Niby oczywistość, ale o sprawach oczywistych często zapominamy (chyba, że to tylko moja przypadłość?).

Poza wskazanymi przypadkami,  jeśli tylko zależy Wam na sobie – śmigajcie na terapię!

Terapia par nie uratuje Twojego związku

Tu kolejna ważna uwaga – nie myśl, że terapia par to magiczne hokus-pokus, a terapeuta, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, uzdrowi związek w ciągu kilku spotkań. A potem już tylko “i żyli długo i szczęśliwie”. Co to, to nie – sama terapia na pewno nie wystarczy, żeby naprawić relację. Nowa jakość związku zależy przede wszystkim od Ciebie i partnera/ partnerki – od tego ile czasu oraz chęci poświęcicie na pracę nad relacją. Terapeuta co najwyżej wskaże Wam kierunek zmian czy sposoby na wyciszenie emocji, które biorą górę nad argumentami w trakcie kłótni.

Psychoterapeuta nie wskaże Wam natomiast, kto w związku jest dobrym, a kto złym policjantem 😉. Jeśli liczycie na to, że w trakcie spotkań pojawi się hasło pt. „Pani mąż jest do cna złym człowiekiem / Pana żona to istna jędza” – możecie się nie doczekać 😉.

Terapia par nie zagwarantuje szczęścia w związku

Trzeba też wziąć pod uwagę, że po kilku(nastu) spotkaniach z psychoterapeutą może się okazać, że między Tobą, a drugą połówką jest mur nie do przebicia. Choćbyście próbowali wszelkich dostępnych sposobów – nie sposób go przesunąć nawet o milimetr, w żadną stronę. Nic nie jest w stanie Was przybliżyć, droga do porozumienia jest zamknięta. Warto pójść na terapię ze świadomością, że spotkania w gabinecie mogą Was utwierdzić w przekonaniu, że NAPRAWDĘ jesteście z dwóch różnych światów. Tak odległych światopoglądowo jak fani PiS i zwolennicy PO. Czy będzie to oznaczało, że terapia par nie pomaga? Że jest nieskuteczna? W żadnym wypadku!

Celem terapii – o czym trzeba pamiętać – nie jest pogodzenie człowieków, za wszelką cenę. Celem jest znalezienie najlepszego rozwiązania dla obojga partnerów. Idealnie, jeśli okaże się nim dalsze funkcjonowanie w związku – na nowych zasadach, pozwalających każdej ze stron czerpać radość i satysfakcję. Czasami jednak terapia pokazuje ludziom, że znaleźli się na rozstaju dróg, a najlepsze wyjście to dalsza wędrówka w pojedynkę, osobnymi trasami.

Pocieszający jest fakt, że psychoterapeuta może przeprowadzić parę również przez to trudne doświadczenie, jakim jest rozstanie. Pomoże znaleźć sposoby na zmniejszenie bólu i przepracowanie poczucia straty. Najważniejsze, żebyście rozstając się wiedzieli, że zrobiliście wszystko co w Waszej mocy, by dać sobie jeszcze jedną szansę na wspólną przyszłość. Jeśli pomimo terapii oraz pracy, jaką Ty i partner(ka) włożycie w naprawę związku, rozwód/ rozstanie okaże się być jedynym słusznym wyjściem – trzeba to zaakceptować. I jako powód rozstania wskazać „niezgodność charakterów”.

Jasne, ze fajniej być razem. Jednak fajniej być razem tylko wtedy, gdy razem jest fajniej niż samemu!

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

11
Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Monika Kamińska autorka
Gość

Jak dla mnie ta “niezgodność charakterów to taka łatwa wymówka dla ludzi, którzy po prostu chcą się rozstać, ale żadnego ważnego powodu nie znaleźli. Po prostu – nie chce im się pracować na związkiem. Teraz niestety ludzi myślą głównie o tym, żeby być szefem w związku, a tak się nie da. Jak się spotka dwóch “szefów” to i związek długo nie przetrwa.

blogierka
Gość

Ja rodziców chciałam wysłać ale to chyba zbyt skomplikowane.

Ania z Wychowanie to przygoda
Gość

Ciekawy artylul. Myślę, że terapeuta może pomoc parom się wysłuchać. A to czasami bezcenne. Pozdrawiam serdecznie!

Ewelina z bloga wposzukiwaniu
Gość

Bardzo mądry artykuł. Mam nadzieję, że przyda się wielu parom, bo rozwód to naprawdę trudna rzecz.

holisticgabinet
Gość
holisticgabinet

Zawsze robi mi się smutno, kiedy czytam te statystyki rozwodów.
Dobrze, że istnieje taka opcja jak wspólna terapia, która może choć trochę pomóc i być może przechylić szalę na tą dobrą stronę…

Małgorzata Karwacka
Gość
Małgorzata Karwacka

Bardzo ciekawy i wartościowy artykuł 🙂

Patrycja
Gość

Żaden psycholog niczego nie uratuje, jeżeli nie widać chęci naprawy związku. Często tak jest, że tylko jedna ze osoba chce ratować związek, wykazuje zaangażowanie, a drugiej jest to w sumie obojętne.