Wiecie, nie chcę odbierać Mickiewiczowi splendoru i talentu niemniej trzeba przyznać, że chłop zwyczajnie się pomylił. Niby wizjoner, niby wieszcz, a jednak w sprawach najprostszych poległ. „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” – toż to najbardziej zakłamane przysłowie jakie zapuściło korzenie w świadomości społecznej. Zaryzykuję stwierdzenie, że powyższe pitu pitu niejednemu wyrządziło wiele szkody i przysporzyło jeszcze więcej fałszywych przyjaciół. Tak na chłopski rozum – cóż to za filozofia pomóc komuś kto ma gorzej niż my? Większość z nas stać na porywy serca, gdy słyszymy o cudzym nieszczęściu. Podkreślam słowo „cudzym”, bo mam na myśli ludzi nam obcych – rodziców, którzy proszą o finansową pomoc dla swoich chorych dzieci; ludzi, którzy nie mają co do garnka włożyć; człowieków, którzy apelują o wsparcie dla skrzywdzonych zwierząt itp. itd. Ja się zatem pytam jaki to sprawdzian przyjaźni – pomóc bliskiej osobie, gdy jest jej źle?

Jest nam lepiej gdy innym jest gorzej

Człowiek przewrotnym stworzeniem jest. Gdzieś tam w środku każdego ludzkiego serduszka skrywa się pragnienie bycia lepszym. Lepszym od innych, nie lepszą wersją siebie. Trudno się zresztą dziwić, skoro owo pragnienie jest skutecznie podsycane i pielęgnowane od lat najmłodszych. A to rodzice, w wierze lepszej lub gorszej, kształtują w nas przekonanie, żeśmy lepsi od rówieśników. A to system edukacji swoją cegiełkę dokłada, od pierwszej do ostatniej klasy szkolnej i od pierwszego do ostatniego roku studiów nastawiając młodego człowieka na ciągłą rywalizację – o oceny, o najpiękniej przygotowaną prezentację, o najświetniejszy referat, o najlepiej napisaną kartkówkę czy kolokwium. Do tego dochodzi rywalizacja o wygrane w konkursach przedmiotowych i zwycięstwa w zawodach sportowych. W końcu, wyrwawszy się z edukacyjnego (niekoniecznie edukującego) kieratu, sami wzajemnie się nakręcamy – kto ma ładniejsze zdjęcie na Instagramie, kto więcej lajków na Fejsie, kogo częściej mężczyźni podrywają i komu kobiety częściej ulegają. Non stop wyścig, jak chomiki pędzące w karuzeli. Niestety realia są takie, że jak się za bardzo rozpędzisz to prędzej czy później z tej karuzeli wypadniesz. A tego nikt nie lubi. Każda „porażka” oddala nas od doskonałości, z czym zazwyczaj trudno jest się pogodzić. I właśnie wtedy z pomocą przychodzą nam przyjaciele. Okazuje się bowiem, że oni też tych porażek doświadczają. No, i to jest coś! Kiedy sobie myślisz „Matko bosko częstochowsko, ależ jestem w czarnej życiowej otchłani” na pomoc pędzi przyjaciółka ze szkolnej ławki i mówi Ci, żaląc się przez telefon, że ona jest nie tyle w czarnej otchłani, co w kosmicznej czarnej dziurze. Oho! Od razu lepiej – ktoś ma wszak gorzej niż Ty. Chętnie wysłuchujesz o beznadziei życia przyjaciółki i z każdym kolejnym, tragicznym detalem myślisz sobie: „Ta to NAPRAWDĘ ma dramatyczną sytuację. Nie jest ze mną  najgorzej”. BANG! I już czujesz się lepiej. Lepszym człowiekiem, znaczy się. Chyba dlatego tak łatwo współczuć przyjaciołom, gdy dzieje im się krzywda – jakby na to nie patrzeć wyświadczają nam przysługę – podnoszenie ich na duchu podnosi na duchu i nas.

Jest nam gorzej, gdy innym jest lepiej

Tragizm Losu polega na tym, że ów bywa przewrotny i przyjaźń wystawia na szwank. Może przykładowo uśmiechnąć się do naszego przyjaciela, któremu zawsze źle się wiodło, i przenieść go do krainy mlekiem i miodem płynącej. A przynajmniej takiej, w której sami chcielibyśmy się znaleźć.

Ot, przykład z życia wzięty, by nie pozostać gołosłowną. Miałam ja taką przyjaciółkę, co każdą moją porażkę wraz ze mną obgadała, wszystkie negatywy pracy mej znała (z płacą na czele) i szczerze niepowodzeń współczuła, rzecz jasna. Trzeba jej oddać, że również nad każdą nieszczęśliwą miłością się pochyliła, wespół ze mną dzieliła cienie i… po prostu cienie życia biednej (dosłownie i w przenośni!) singielki. No bo, wyobraźcie sobie, miała podobne problemy życiowe. Wspólne biadolenie trwało lata całe. Jego początki sięgają zamierzchłych czasów bytności w LO, do którego razem uczęszczałyśmy, i które akurat okazało się być mocno nietrafionym, a wręcz felernym wyborem. I tak oto sobie tkwiłyśmy w szarzyźnie życia. Do czasu aż na mej drodze pojawił się Pan Właściwy, który potem awansował do rangi Pana Narzeczonego, a w nagrodę za dobre sprawowanie szybko otrzymał tytuł Pana Męża. Wraz z Panem Mężem przyszło wsparcie w obszarze zawodowym i moja super hiper trafna decyzja o zmianie branży – z prawniczej na piśmienniczą. Cóż to była za radość, gdy miast standardowego „o Boże, znowu do tej chujowej pracy”, mogłam sobie w biurze powiedzieć „ej, serio jest aż tak fajnie?!” Na domiar „złego” dołączyła jeszcze ciąża, której zwieńczeniem jest najcudowniejsze stworzenie pod słońcem – Dzidź. I tu się, proszę szanownych Czytelników, miarka przebrała. No bo jakże to tak – ohajtać się, znaleźć fajną pracę, dziecko sobie zrobić i mieć czelność PRZYJACIÓŁCE o tym (o)powiedzieć? Zachowanie niegodne i wysoce nie na miejscu, jak się szybko okazało. W pierwszej fazie doszłam do tego drogą dedukcji, bowiem od momentu narodzin Człowieczka, moja bratniobiadoląca dusza zaczęła coraz rzadziej się odzywać, a przez rok życia Maleństwa nie pokwapiła się, by przybyć do świeżo upieczonej matki na kawkę i pozachwycać się nowym stworzeniem bożym (co jak wiecie jest po prostu… w dobrym tonie, nawet wśród nie aż tak bardzo przyjaźniących się jednostek). W drugiej fazie otrzymałam oficjalnie potwierdzenie mej tezy, iż wkradła się w nasze relacje nutka zazdrości. Trzecia faza to już totalna klapa – nastąpił zupełny rozdźwięk między nami – odpowiedzią na jedną z moich przymilnych wiadomości, skierowanych do owej przyjaciółki za pośrednictwem portalu społecznościowego, pozostała cisza w eterze. Która trwa do dziś.

Czy żałuję tej „przyjaźni”? No nie. Jak się jej przyjrzałam z bliska, acz dystansu, bo z perspektywy czasu, to doszłam do wniosku, że relacja grała tylko w oparciu o fałszywe dźwięki. Znajomość pięknie brzmiała wówczas, gdy źle się działo, a milkła w czasach spokoju i względnego dobrobytu. Nie potrafiłam (a może nie chciałam) zobaczyć tej zależności i otworzyłam oczy dopiero wówczas, gdy sytuacji zebrało się tyle, że nie sposób było dalej na nie ślepsk przymykać.

Historii w podobnym tonie zasłyszałam wiele, w związku z czym czuję się uprawniona by raz jeszcze, głośno i dobitnie powiedzieć: „Panie Adamie, poznaje się w BIEDZIE? WTF?!”

By żyło nam się lepiej

Był czas, gdy zaczytywałam się w prozie Paula Coelho. Po nim nastąpił ten, w którym uznałam jego twórczość za zbyt banalną, by się nad nią pochylić, a przekazywane na łamach książek mądrości na poziomie domorosłego filozofa. Niemniej czy się jest fanem wspomnianego autora, czy też fanem stront typu „żenujący cytat Paula C. na dziś”, jedno człowiekowi trzeba oddać – choć do wieszcza mu daleko, przy całej swej oczywistej pisaninie, stworzył myśl, która co prawda nie wprowadzi ludzkości na kolejny poziom świadomości, ale za to świetnie odzwierciedla rzeczywistość.

Prawdziwi przyjaciele to ci, którzy są przy tobie, gdy dobrze ci się wiedzie. Dopingują cię, cieszą się z twoich zwycięstw. Fałszywi przyjaciele to ci, którzy pojawiają się tylko w trudnych chwilach, ze smutną miną, niby solidarni, podczas gdy tak naprawdę twoje cierpienie jest pociechą w ich nędznym życiu.
(autor: Paulo C. rzecz jasna)

I tak, pełni współczującej zazdrości, pędzimy ku lepszości, szukając przefiltrowanych na Instagramie, przyjemnie grzejących promieni Słońca Wiecznej Szczęśliwości. Można się z(a)męczyć. A dokąd nas ten wyścig prowadzi? No właśnie, gdyby to jeszcze ktoś wiedział.

Dodaj komentarz