Tak się złożyło, że mam Męża. Swojego. Nie cudzego, nie pożyczonego (choć fakt, przyznaję – czasem chciałabym Go oddać), nie na próbę. Takiego na serio. Z obrączką i formalnym, urzędowym potwierdzeniem, iż mój ci On.

Tak się również złożyło, że mam i Syna. Swojego. A w zasadzie naszego, to jest mojego oraz Małżonka. Dzidziulec został zrodzony, w pocie czoła i krzykach wielkich, nieco ponad dwie wiosny temu. Jest zdecydowanie najpiękniejszym stworzeniem, jakie nosiła Matka (Ziemia), najukochańszym człowiekiem, jakiego możecie spotkać oraz najbystrzejszym bystrzachą spośród wszystkich dwulatków. Czyli wiecie, reprezentuję standardowe myślenie zakochanej we własnym potomku rodzicielki – wszystkie dzieci są piękne i zdolne, ale żadne nie tak jak nasze 😀 .

Powyższe dwa akapity mogłyby sugerować, iż mój żywot to istna sielanka, świat zbudowany z mięciutkiego pluszu oraz usłany różami. Ale wiadomo, wata cukrowa i różowe okulary to tylko na Instagramie. Prawdziwy świat jest zgoła inny. Jak bowiem rzecze stare, ludowe przysłowie, róże nie występują bez kolców! Prawda ci to, więc i mnie od czasu do czasu, to tu, to tam, smutek, żal lub zniechęcenie kolnie. A może, po prostu, dopada mnie rzeczywistość?

Dziś będzie o tej związkowej. Powiem Wam, jak się wszyściutko zmienia w romantycznej relacji wraz z pojawieniem się Tej Trzeciej osoby. Dziecka. Gotowi?

Romantyczna wizja związku, czyli jak to drzewiej bywało

Chciałabym tu napisać, że mój Ślubny jest urodzonym romantykiem, który w locie łapie najdelikatniejsze subtelności, wydobywające się z moich ust. Że słowa: „Mężu, uwielbiam kwiaty”, „Mężu, chciałabym pójść TU na kolację”, „Mężu, popatrz jakie piękne kolczyki” przemieniają się w jego czyny, czyli zasypuje mnie bukietami wonnych fiołków, zabiera limuzyną na romantyczną kolację z szampanem i truskawkami w tle, a upatrzone, piękne kolczyki lądują wieczorem pod moją poduszką.

Cóż, osobowość ma Mężulo zgoła inną. Jest człowiekiem o, rzekłabym, dość pragmatycznym usposobieniu. Weźmy za przykład wspomniane chabazie. Ja naprawdę PRZEPADAM za kwiatami. Jako już odrobinę doświadczona kobieta nie oczekiwałam jednak, że mój Ślubny domyśli się, iż pragnę być obdarowywana bukietami róż. Nie, nic z tych rzeczy. Ja mu po prostu POWIEDZIAŁAM, że chciałabym, coby mi wiechcie przyniósł. Dajmy na to: raz w miesiącu. Nieco żeśmy w sprawie częstotliwości sprawiania mi kwiecistych niespodzianek debatowali, w ostateczności stanęło na tym, iż co najmniej raz na dwa miesiące. I wtedy Dzidziulec zaczął mówić, a resztki romantyzmu wyparowały z naszej małżeńskiej relacji niczym pieniądze z konta tydzień po wypłacie.

Postromantyzm, czyli witaj w rzeczywistym świecie

Synol zaczął mówić i to w dodatku bardzo dużo. Pamiętacie reklamy baterii Duracell?

Jak Boga kocham, ten różowy króliczek stanowi alter ego naszego dziecka. Zarówno pod względem ilości wypowiadanych w ciągu doby słów, jak i aktywności ruchowej Pierworodny nie ma sobie równych.  Wespół z Mężem robimy rzecz jasna za szaraki, które się co chwilę zamieniają, by nadążyć za pędzącym Duracellem.

No więc buduje Synol zdania, nomen omen, kwieciste. Bywają te, które ściskają za me matczyne serduszko, typu „Kocham Cię Mamolu najbardziej na świecie”, tudzież „Mamo, a mogę mieć takie pytanie: Czy Ty mnie troszeczkę lubisz?”. Bywają również te, które odbierają nam – rodzicom – mowę. A chwili magię.

Jak już się nagimanstykowałam i wynegocjowałam korzystne dla obu stron warunki dostarczania przez Męża pachnących bukietów, to Pierworodny pozbawił mnie całej radości z ich otrzymywania. Weźmy, dla przykładu (a wierzcie mi, że tych mogłabym mnożyć bez końca), poniższe sytuacje.

Sytuacja numer jeden

Mąż przybywa do naszego małego pałacu w stylu Ikea/ Agata Meble. Przekracza próg domostwa, co nie uchodzi usznej uwadze Dzidziulca. Syn pędzi więc co sił w nogach witać spracowanego Ojca. Dobra Żona dołącza. Obrazek jak z romantycznego filmu, tym bardziej, że na mej twarzy zarysowuje się uśmiech. Widzę JE w rękach Męża. Skowronki zaczynają świergolić, oczy błyszczeć. Mężu prawi komplementy i już już prawie wręcza swej Hestii (czyli mi) ów piękny bukiet, gdy wtem z ust Synol wydobywa się:

„O! SAŁATA! Tata przyniósł sałatę!”

źródło: GIPHY

Czary mary BĘC! I magia chwili poszła się… Po prostu wyparowała.

Sytuacja numer dwa

Nie poddaliśmy się jednak. Pragmatyzm i wytrwałość to, z dumą muszę przyznać, mocne strony Ślubnego. Wytłumaczyłam Synowi, że to nie sałata, lecz kwiatki piękne oraz pachnące. Objaśniłam społeczną rolę kwiecia mówiąc, iż jak chłopak lubi dziewczynę, to w dowód sympatii może jej podarować bukiet. Podkreśliłam, że wiechcie stanowią symbol lubienia kogoś.

Minęło kilka dni i nocy. Podjęliśmy kolejną, romantyczną próbę. Wiechcie znów przyszły do naszej jaskini, niesione ręcami Męża. Na szczęście w chwili, gdy mi je przekazywał, Syn spał. Ślicznie zatem za dar podziękowałam, przylepiłam buziaka na lico mego Wybranka i powędrowałam do kuchni, celem napełnienia wazonu wodą. Następnie wetknęłam doń chabazie, ustawiając całość na samiutkim środku naszego salonu. Znaczy się na samiutkim środku stołu w salonie.

Wieczorem, tradycyjnie, nasze trzyosobowe gospodarstwo domowe spożywało wspólną kolację. Syn dostrzegł kwiaty.

O!” – krzyknął, wskazując palcem na wazon. „Nie jemy tego!” – dodał. No, bystry maluch, musicie przyznać! Matka mniej, bowiem na swoje nieszczęście skomentowałam wypowiedź Synola:

To prawda, nie jemy. A co to jest?”.

Młody pośpieszył z odpowiedzią: „To jest sałata mamy! Tata kupił mamie sałatę. Nie jemy tej sałaty.”

Pstryk! Światło romantyzmu zgasło w naszej izbie. Zdaje się, że na dobre. Albo przynajmniej na najbliższych kilka lat, póki Pierworodny nie zrozumie prawideł rządzących światem. Za to mamy dużo radości – to też się liczy, prawda?!?!

Źródło: GIPHY

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

14
Dodaj komentarz