Polakach, rzecz jasna. Wbrew pozorom nie będę jednak pisała ani o Kubicy, ani o niegdyś uwielbianym Krzysztofie Hołowczycu. Zamiaruję prawić o przeciętnie nieprzeciętnym Kowalskim – dzielnym kierowcy, odważnym użytkowniku rodzimych tras szybkiego i nieco wolniejszego ruchu. Tak mnie natchnęło do poruszenia z jednej strony zabawnego, z drugiej jednak – zatrważająco-przerażającego tematu: polskie drogi i typy kierowców. A także zwyczaje tu panujące. Oto moje top 3 cebulakowych zachowań drogowych, prezentowanych przez Współobywateli.

Blink blink, czyli zjeżdżaj mi z drogi!

Trzecie miejsce na podium. Prawdziwa plaga. Gorsza niż którakolwiek z egipskich. Jedzie sobie człowiek dwupasmówką, w ojczyźnianym slangu szumnie zwaną autostradą, wyprzedza TIRa lub innego czołgistę i nagle – BLINK po oczach. Blink, blink. Drugi raz. Mimo 140 kilometrów na liczniku, kierowca jadący samochodem za mną (czy też w zasadzie na mnie, bo odległość między tyłem mojego auta, a przodem jego, można mierzyć w milimetrach), atakuje mnie długimi światłami. Blink, blink. Dostaję po oczach trzeci raz. Ja się grzecznie, acz stanowczo pytam:

co to za idiotyczny zwyczaj?!

Nosz kurde, o ile mi wiadomo:

1. światła długie służą li tylko i wyłącznie do rozpraszania mroków opustoszałej, ciemnej jak najczarniejsza dziura drogi, coby – niczym kapturkowa babcia, podszyta wilkiem – lepiej widzieć,

2. dopuszczalna prędkość na autostradzie w naszym pięknym, nadwiślańskim kraju, to rzeczone 140 kilometrów na godzinę,

3. chamstwem i przymusem można osiągnąć tylko jedno – nic. Względnie adekwatną do działań zaczepnych, chamską odpowiedź.

Naprawdę cholera mnie bierze na patałachów, co włączają długie, bo im się kurwa śpieszy. Nie masz czasu, ważne spotkanie za 5 minut? Prosta rada – wyjeżdżaj człowieku wcześniej, wtedy na pewno zdążysz. A jeśli pragniesz pomykać szosami szybciej niż przepisowe 140 kilometrów – poczekaj, aż inny użytkownik autostrady wyprzedzi samochody znajdujące się po jego prawicy i spokojnie zjedzie na sąsiedni pas. Potem hulaj dusza, piekła nie ma – możesz pędzić tak szybko, jak Ci się tylko zamarzy. ALE…Nie migaj tymi pierdzielonymi długimi w nieskończoność. Bo przykładowo ja, choćby na złość, właśnie ze względu na znaki świetlne, z tego lewego pasa nie zjadę. Chamstwa bowiem nie znoszę. A gdy ktoś je względem mnie przejawia – chamstwem odpowiadam. Serio, są kierowcy, którzy myślą, że jak innemu prowadzącemu zrobią raz za razem blink, blink, to ten jeszcze grzecznie przeprosi migaczami, prędziutko zjeżdżając na prawy pas?! Chyba ludzie kpicie.

Polak – król szos

Jakżeż piękne i żywe w Krajanach przekonanie, że jeżdżą najlepiej spośród wszystkich nacji, zasiedlających Błękitną Planetę. Obstawiam, że w skrytości serduszka, każdy szanujący się Polak uważa, iż jest mistrzem kierownicy. Ten, kto pędzi prędzej – powalony, sam się o wypadek prosi. Ten zaś, kto jedzie od nas wolniej – ślamazara, mameja i niedzielny kierowca. W ogóle – kto mu dał prawo jazdy?! Umówmy się, Polacy to prawdziwi królowie szos. Zdarza się, że z zadatkami na ryzykanta – niestraszne wjeżdżanie na skrzyżowanie, gdy czerwone światło zawadiacko się uśmiecha (wszak przed sekundką było jeszcze zielone). Przepisy? Jakie przepisy? 50 kilometrów w terenie zabudowanym? Chyba na minutę! A niech ktoś spróbuje klaksonić – cięta riposta gotowa! „No co, no co, masz problem?”, względnie: „Gdzie jedziesz baranie?” to niezastąpiona od lat, szybka i skuteczna reakcja na zaczepkę dźwiękową użytkownika drogi, zirytowanego brawurą króla szos.

Ah, byłabym zapomniała o niezwykle ważnym, iście monarszym gadżecie – telefonie. Jak powszechnie wiadomo, król szos podczas podróży musi być w stałym kontakcie z resztą pospólstwa. Nic by w tym złego nie było, smartfony to naprawdę przydatne ułatwiacze komunikacji. Tyle tylko, że omawiany typ zawsze (powtarzam: zawsze) prowadzi samochodowe dysputy trzymając jedną ręką telefon, drugą kierownicę. Co tam, że siedzi w bryce za 100 tysięcy złotych polskich. Albo droższej. Najwidoczniej kupując limuzynę, doszczętnie się spłukał. Zabrakło na zestaw głośnomówiący, tudzież naprawę funkcji bluetooth w samochodzie.

Ja się pytam – w jakiej alternatywnej rzeczywistości tacy ludzie żyją? Mało się słyszy o wypadkach, spowodowanych przez kierowców skoncentrowanych na telefonie, zamiast na sytuacji drogowej? Mało powstało kampanii społecznych, dotykających tego problemu? Apele o uważną jazdę i skupienie się na prowadzeniu pojazdu są wręcz nudne – ileż można ich słuchać. Nie wspominając o tym, że przy okazji kontroli drogówki, rozgadany kierowca przyjmie pięć punktów karnych i odda dwie stówki akonto mandatu. Król jednak zawsze wie lepiej. Właśnie dlatego w większości rozwiniętych krajów mamy demokrację.

Jazda na suwak?
Suwak może być co najwyżej w spodniach.

To jest mój numer jeden wśród najbardziej irytujących zachowań rodzimych kierowców. Wiadomo, polskie drogi remontami stoją. I to dosłownie stoją – korki, korki i jeszcze raz korki. Ok, każdego może ponieść fantazja. Są tacy, co ulegając swojej nieokiełznanej kreatywności, podejmują próbę jechania pod prąd, celem ominięcia zastoju.  Skoro więc w Polakach drzemie taka pomysłowość, to może ktoś w końcu rozwiąże odwieczną zagadkę, która brzmi: co autor znaku miał na myśli?

Niby ułańska fantazja to nasze drugie imię, a jednak jak przychodzi co do czego – okazuje się, że większość polskich kierowców należy albo do analfabetów, albo ignorantów. Względnie do obu tych zbiorów.

Gwoli ścisłości, po krótce wyjaśnię.
Fakt: Ktoś umieścił ów znak przy drodze.
Konkluzja: Można spokojnie założyć, że celem było, coby się każdy kierowca zastosował do treści znaku.

Skoro jezdnia zwęża się do jednego pasa, to naprawdę takim skomplikowanym manewrem jest wpuszczenie 1, słownie JEDNEGO, samochodu przed swój? Ludzie, co z Wami? Ci kierowcy, którzy utknęli na zwężeniu serio nie chcą się wpychać, nie wymuszają pierwszeństwa, ani nie używają klaksonu, żeby zrobić komukolwiek na złość. Oni po prostu dostrzegają znak drogowy, odczytują i postępują według wskazówek/ wytycznych.

Pamiętajcie: Uprzejmość na drodze naprawdę nic nie kosztuje, a zyskać można wiele – nigdy nie wiadomo, kto czeka za najbliższym zakrętem!