Do tego wpisu zabierałam się od dłuższego czasu. Wiele wody w Wiśle musiało upłynąć, zanim zdecydowałam, że czas, by podzielić się z Wami moimi doświadczeniami. I wnioskami, do których na podstawie tych doświadczeń doszłam.

Wpis dedykowany jest Kobietom, ale jeśli jakiś przedstawiciel płci przeciwnej ma ochotę zgłębić porodowy temat – niechaj mu będzie na zdrowie 😉.

Ciąża, czyli miłego złe początki?

Pamiętam doskonale czas ciąży. Piękny? Tak, piękny, bo jakiś mały Stwór milusio smyrał brzuch od wewnętrznej strony. Piękny, bo można było bezkarnie żywić się słodyczami i zapijać je colą, a to wszystko ubrać w szaty troski o zdrowie Dzidzia. Gdy zaniepokojona brakiem aktywności Człowieczka przyjmowałam kosteczkę (lub dwie, albo i trzy) czekolady – natychmiast wyczuwałam ruchy dzikiego lokatora 😉. Momentalnie wiedziałam, że u schowanego w środku gościa wszystko w porządeczku.

Nie oszukujmy się jednak. Ciąża to nie tylko lukier i różowa wata cukrowa. Ciąża to także trudny czas. Szczególnie dla otoczenia przyszłej mamy. Dlaczego? Jeśli komuś wydaje się, że kobieta w trakcie PMS jest bardziej nerwowa niż zwykle i targają nią sprzeczne emocje – powinien doświadczyć „uroku” stanu błogosławionego. Ja na przykład, przez pierwszych kilka miesięcy ciąży byłam tykającą bombą, emocjonalnym rollercoasterem i ujadającym, przyczepionym do nogawki spodni, buldożkiem francuskim w jednym. Łzy radości, zanim zdążyły spłynąć po policzku – zamieniały się we łzy smutku. Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam – była to mieszanka wybuchowa.

Obawy związane z życiem “po” dziecku sprawiły, że postanowiłam kompleksowo przygotować się na przyjście Synola. Wiedzieć, w jaki sposób ten cały poród przebiega, czy bardzo boli, no i jak go sobie umilić?

I wiecie co? NA PORÓD NIE DA SIĘ PRZYGOTOWAĆ. I kropka. Można go za to oswoić.

Właśnie dlatego, chcąc oszczędzić Wam czasu oraz rozczarowań, napiszę, czego na pewno bym nie zrobiła, gdybym mogła cofnąć czas, czyli jeszcze raz być pierwszy raz w ciąży i po raz pierwszy rodzić dziecko. Podrzucę również kilka wskazówek odnośnie tego, co o porodzie wiedzieć warto, jak się do niego nastawić i jak ułatwić sobie pierwsze chwile z niemowlakiem (tak, tak, początki macierzyństwa są w równym stopniu piękne, co trudne). Czerpcie z mojego doświadczenia do woli! 😉

Nie potrzebujesz szkoły rodzenia. Naprawdę

Olśnienie numer jeden. Serio, nie potrzebujesz wydawać kilkuset złotych i tracić kilkudziesięciu godzin swojego jeszcze bezdzietnego życia, na uczęszczanie do szkoły rodzenia. Zamiast tego kup sobie ładną torebkę. Super buty. Albo mega wygodną i cudną poduszkę do karmienia, bo pewnie spędzisz przy niej mnóstwo czasu 😉. Względnie obłędnie piękny oraz nieziemsko mięciutki dresik, w którym poczujesz się jak bogini seksu. Przyda Ci się taki fatałaszek, bo przez pierwsze kilka tygodni po narodzinach berbecia Ty i dresol będziecie niemal nierozłączni.

Jasne, na zajęciach w szkole rodzenia dowiesz się masy ciekawych rzeczy. Powiedzą Ci jak przewinąć niemowlę, jak je wykąpać. Ba, dadzą lalę-bobasa i pozwolą założyć jej pampersa (true story). Co więcej, przeprowadzą symulację procedury kąpielowej – od momentu zanużenia lali w wanience, do momentu owinięcia bobasa w ręcznik i ułożenia na przewijaku. Brzmi nieźle, prawda?

W takim razie dodam, że w szkole rodzenia pokażą Ci też zdjęcia z porodu, wytłumaczą jaką pozycję dziecko przyjmuje szykując się do opuszczenia Twojego pokładu, jakie są fazy porodu i w którym momencie dzwonić po karetkę – jak będziesz mieć skurcze co 5 minut, czy dopiero kiedy odejdą wody? I w ogóle co to są te wody i czy na pewno poznasz, że właśnie odeszły?

Wszystko to jest oczywiście piękne. Problem polega na tym, że kompletnie nieprzydatne! Bo że odeszły Ci wody – poczujesz, wierz mi. To tak, jakby ktoś Ci chlusnął między nogami szklanką pełną wody. Nie ma opcji, żeby czegoś takiego nie zauważyć. No i ćwiczenie zakładania pampersa na lalce-bobasie. Serio? Jaki to ma sens? Przecież – w przeciwieństwie do niemowlaka – lalka się NIE RUSZA. Nie macha rączkami. Nie płacze. I nie obsika Cię, jeśli zbyt długo będziesz wymieniała pieluchę 😉.

Potrzebujesz szybkiego łącza i YouTube. Oraz ładnego dresu.

Wiesz już, że żadna szkoła rodzenia nie przygotuje Cię do porodu. Żadna szkoła rodzenia nie przygotuje Cię do zajmowania się noworodkiem. Co zatem robić? Zdać się na intuicję? A gdzie tam! Zdaj się na internety.

Po przyniesieniu berbecia ze szpitala do domu staniesz się nierozłączna nie tylko z maleństwem, ale i jutubem. Będziesz zapętlać filmiki pokazujące krok po kroku, w jaki sposób założyć pieluchę, by nie uszkodzić malenieńkich nóżek, i jak trzymać główkę dziecka w trakcie kąpieli. W ogóle muszę przyznać, że rodzicielstwo sprzed jutuba musiało być prawdziwym wyzwaniem – szacun dla wszystkich, którzy wychowali dzieci w czasach analogowych!

A wracając do Ciebie… Gdy Twoje maleństwo uśnie po godzinnym napadzie rozdzierającego serce płaczu, Ty – padając ze zmęczenia – będziesz wymykać się do łazienki. Po co? Ot, na przykład w celu umycia zębów. I wtedy docenisz, że zamiast w szkołę rodzenia – zainwestowałaś w piękny i wygodny dres… Szczotkując kły, spojrzysz w lustro i choć na usta będzie Ci się cisnąć „o mamo, wyglądam jak zombie, gdzie się podziała moja uroda” , spokojnie dodasz „ej, przynajmniej mam zaje*sty dres, tyłek nieźle się prezentuje, pociążowy brzuch zgrabnie ukryty. Jeszcze będą ze mnie ludzie!” 😉.

A pro pos tych dresów, czyli garderoby –  w szkole rodzenia powiedzą Ci jeszcze, co spakować do szpitalnej torby. No i jakie elementy uwzględnić w planie porodu. Fajne. Jako ciekawostki.

Właśnie – masz już plan porodu? Jeśli nie – nie zajmuj się jego przygotowywaniem. Nie przyda się.

Nie potrzebujesz planu porodu. Naprawdę

Ja na przygotowanie swojego poświęciłam ładnych kilka godzin (a mogłam w tym czasie zbliżyć się z Netflixem!).

No bo wiecie, rozumiecie, trzeba było się zdecydować, w jakiej pozycji się ułożę, zanim zezwolę dziecku przyjść na świat.

Czy prysznic w celu łagodzenia bólu porodowego będzie ok, czy absolutnie nie i walcie się wszyscy?

Czy mogą mnie ogolić? A te takie wiecie, oczyszczacze, gruszki różnorakie, żeby potem wstydu i zażenowania nie było? Pozwalać, zabraniać?

Znieczulenie, czy na żywca? A może, krakowskim targiem, tylko gaz rozweselający i poczciwy apap?

Wszyściutko rozważyłam. I to po pięć razy. Potem efekty rozważań umieściłam w planie porodu. Wydrukowałam w kilku kopiach – jedna dla mnie, jedna dla położonej, jedna dla lekarza. No i jeszcze kilka, na wypadek, gdyby coś się zgubiło – wiadomo, różnie bywa, trzeba się przygotować na najgorsze.

ALE BZDURY. I strata czasu. Tak dziś o tym myślę. Dlaczego? Bo mój plan porodu wziął w łeb w chwili, gdy przekroczyłam próg szpitala.

Potrzebujesz wiedzieć, że poród może wymknąć się spod kontroli. I nie masz na to wpływu.

Mnie nie przydały się nawet te wszystkie fikuśne sprzęty, w które wyposażone są sale do porodu. A jak wiadomo każda przyszła mamita sprawdza, czy szpital, w którym ma zamiar rodzić maleństwo, posiada piłki, drabinki, materace i inne cuda, ułatwiające kobiecie znoszenie bólu związanego z powiciem pierworodnego/ pierworodnej.

Wbrew pozorom to, że z ułatwiaczy nie skorzystałam, nie było wynikiem złośliwości personelu medycznego. To nawet nie była kwestia źle przygotowanego zaplecza. To był bieg wydarzeń, po prostu. Nie da się zaplanować porodu z dokładnością co do minuty. Ani nawet co do godziny.

U mnie zdarzyło się akurat tak, że poród miałam wywoływany. Dzień po terminie. Z dobrodziejstw, w jakie wyposażona była sala do porodu nie skorzystałam, bo całe 6 godzin (tak, tyle trwał mój poród wiec wydaje się, że i tak jestem szczęściarą!) przeleżałam podpięta pod KTG. Byłam w zasadzie przybita do fotelo-łóżka porodowego.  Nie mogłam się ruszyć na 10 centymetrów. Nie byłam w stanie obrócić się na bok. Ani lewy, ani prawy. O przejściu się, kilka metrów, od tak, dla rozrywki, mogłam co najwyżej pomarzyć. Podobnie jak o siedzeniu na piłce i kicaniu po sali, czy polewaniu się cieplutką wodą spod prysznica.

Dostałam ekstra drogi lek (nie była to oksytocyna, tylko jakieś inne, nowe cuda-wianki), który miał zachęcić berbecia do ruszenia się z brzucha. W związku z tym, że medykament był z tych słabo dostępnych i kosztownych – nikt nie chciał podać mi środków przeciwbólowych. Dlaczego? Prosta sprawa, czysta ekonomia – leki przeciwbólowe mogą spowolnić lub nawet wstrzymać akcję porodową. A kto zaryzykuje wstrzymanie akcji, skoro podano mi warty miliony monet specyfik na jej wywołanie? Logiczne, prawda? W każdym razie zgodne z rzeczywistością… która mocno odbiegała od tej zaprojektowanej w planie porodu.

Do porodu nie potrzebujesz muzyki relaksacyjnej, świec i książek. Naprawdę

Słuchajcie, ja nawet, przygotowałam trzygodzinną plejlistę z ulubionymi, muzycznymi umilaczami – piosenkami z gatunku chill i relaks.

Żeby mi się dobrze rodziło, bo jak wiadomo muzyka łagodzi obyczaje (hahaha).

Żebym  przy relaksujących dźwiękach mogła się odprężyć między skurczami (HAHAHA).

Żeby wyciszyć emocje (HA HA HA).

Ba, nawet zapakowałam dwie książki – poród długa posiadówka, trzeba mieć coś dla zabicia nudy.

Dobrze, że nie uległam trendom i nie zabrałam ze sobą świec zapachowych oraz stosu uroczych poduszek. Tak, tak, przeczytałam MASĘ porad i artykułów, wedle których te sprzęty kojącą wpływają na rodzącą kobietę.

Świece rozstawiłabym w sali porodowej, żeby było miło i przyjemnie. Oczywiście położnej nakazałabym zgasić wszystkie lampy – klimatycznie to klimatycznie, żadnych odstępstw.

Na poduszkach z kolei ułożyłabym się jak kwoka i – oddychając niczym joginka osiągająca najwyższy poziom medytacji – oczekiwałabym, aż dziecko gładko, delikatnie oraz przyjemnie wyślizgnie się z mojego brzucha.

Nie przydała mi się plejlista – nie przesłuchałam nawet dwóch piosenek.

Nie przydały mi się książki – nie miałam okazji zerknąć na literaturę, jakichkolwiek lotów. Za to sama miałam niezły odlot – ból porodowy był tak ogromny, że ledwo kojarzyłam, iż istnieje jakakolwiek rzeczywistość poza tą pt. „ku*wa, dlaczego tak cierpię, za jakie grzechy Boże?!”

No i teraz przechodzimy do sedna, czyli porodu samego w sobie. Gotowa*?

*żadna kobieta nie jest gotowa na poród. NIGDY 😉.

Potrzebujesz wiedzieć, że poród boli. Jak cholera!

Pytanie za milion dolarów: Czy to (poród) boli? O Kobieto, jak cholera!!! I wbrew obiegowej opinii – tego się nie zapomina.

I nie, nie chcę nikogo straszyć. Chcę po prostu przekazać przyszłym mamom coś, czego mnie nikt nie miał odwagi przekazać – że poród to ogromny ból. Taki, jakiego 90% z nas nigdy wcześniej nie doświadczyła.

Uważam, że szczerość i świadomość tego, co Cię czeka na sali porodowej daje znacznie więcej, niż wszystkie mądrości ze szkół rodzenia i wszystkie porady dobrych koleżanek, mam, babć czy innych cioć razem wzięte.

Wiedząc co Cię czeka – nie masz złudzeń. A „po” – nie masz przeświadczenia, że ktoś Cię oszukał. Że nie spełniłaś oczekiwań i jesteś gorsza niż inne kobiety. Bo przecież ciocia Ania mówiła, że poród boli, ale dziecko ból rekompensuje (kłamstwo). A Asia dodała, że o cierpieniu się z czasem zapomina (jeszcze raz kłamstwo).

Wiecie co? Ja nie zapomniałam. A minęły już ponad dwa lata od tego pięknego i traumatycznego jednocześnie wydarzenia. Choć kocham mojego Szkraba nieskończoną miłością –  nie zrekompensował bólu porodowego. Jest za to dowodem na to, że warto było cierpieć.

Na co jeszcze powinnaś się przygotować, do czego porównać ból porodowy i czy warto się na niego narażać (bo może lepiej planowana cesarka?) – napiszę w kolejnej części poradnika. Stay tuned!

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
Powiadom o