O sporze IKEA kontra pan Tomasz, który to zapoczątkowany został kilka dni temu, słyszał już chyba każdy. W tym ja. I choć wiele w temacie zostało powiedziane oraz napisane, postanowiłam dołożyć swoje pięć groszy. Nie jestem w stanie przejść wobec problemu obojętnie, spuszczając zasłonę milczenia, ponieważ sytuacja ta dotyka tego wszystkiego, co było i jest dla mnie ważne. Po pierwsze, jako prawnikowi, nie mieści mi się w głowie sposób działania firmy. Po drugie, jako PR’owcowi, nie mieści mi się w głowie sposób działania firmy. Po trzecie, jako chrześcijance, nie mieści mi się w głowie sposób działania firmy. I sposób działania Pana Tomasza.

Tytułem wstępu chciałabym podkreślić, że nie mam nic przeciwko środowisku LGBT, podobnie jak nie mam nic przeciwko środowisku osób heteroseksualnych. Był w mym życiu okres, w którym sporą część wolnego czasu spędzałam w męskim homo towarzystwie i czułam się w nim świetnie. Nigdy do głowy by mi nie przyszło, żeby ganić czy karcić kogokolwiek z racji orientacji seksualnej. Podobnie jak nigdy do głowy by mi nie przyszło, żeby ganić i karcić kogokolwiek ze względu na wyznawany światopogląd. O ile oczywiście nikt nikomu krzywdy nie wyrządza. Aha! Tu dochodzimy do sedna – czy w tym sporze komuś została wyrządzona krzywda? Czy należałoby kogoś skarcić? Kto i kogo dyskryminuje, a kto jest hipokrytą?

Kogo i co szanuje IKEA,
czyli deklarowane wartości vs rzeczywistość

Przed przystąpieniem do pisaniny, zrobiłam porządny risercz internetów, coby dokładnie, na tyle na ile jest to możliwe oczywiście, zapoznać się ze sprawą. I z polityką firmy.

IKEA na swojej stronie internetowej zamieściła rzecz jasna informacje o tym, jakie wartości ceni. I tak oto twórcy, deklarują (między innymi, rzecz jasna):

  • że cenią prostotę, a polega onana byciu sobą i twardym stąpaniu po ziemi.”

  • że cenią różnorodność i chcą, by „wszyscy pracownicy czują się szanowani, doceniani i wspierani – niezależnie od m.in: (…) religii oraz wyznania”.

  • że są oponentami uczciwego traktowania pracowników.

Brzmi pięknie, i owszem. Tyle tylko, że w teorii. Jeśli bowiem ktoś deklaruje, że szanuje wszystkich i wszystkim chce zapewnić szczęśliwe miejsce pracy, to albo powinien na tych deklaracjach poprzestać i nie przekuwać ich w konkretne działania, albo decydując się na owe działania powinien bardzo, ale to bardzo ostrożnie podejść do tematu ich wdrażania, rozważając wszelkie możliwe konteksty kulturowe i potencjalne obszary nieporozumień. W tej historii, w tym miejscu, IKEA popełniła kardynalny błąd. Otóż jak podkreśliła sama firma, z okazji przypadającego w zeszłym miesiącu Międzynarodowego Dnia Przeciw Homofobii, Bifobii i Transfobii, IKEA postanowiła opublikować artykuł prezentujący firmowe wartości i stanowisko w tej kwestii. Po cholerę jasną? Mnie nie pytajcie. To chyba kwestia wszechobecnej poprawności politycznej. A może chodziło o realizację deklarowanych wartości, owe docenianie różnorodności? Wszystko byłoby ok, tylko… powiedzcie mi, słyszeliście, żeby IKEA w Polsce prowadziła akcję pt. „Dzień zaznajamiania się z kulturą chrześcijańską?” Albo „Dzień kultury Islamu?”, względnie „Dzień poznawania czym jest szabat?”. A może chociaż wydali broszurę typu „Dzień wegetarian – nasze stanowisko w kwestii mięsnych klopsików”? Ja o takowych akacjach nie słyszałam. Być może dlatego, że nie jestem i nigdy nie byłam pracownikiem firmy. Coś jednak czuję, że to niejedyny powód – myślę, że najzwyczajniej w świecie takich akcji IKEA nie prowadziła. Ładne mi promowanie różnorodności – albo faktycznie wypowiadamy się na wszelkie tematy społeczne, pt. wegetarianizm, weganizm, homoseksualizm, chrześcijaństwo, judaizm, islam itp., albo się zamykamy i tematów społecznych – w sposób wybiórczy – nie podejmujemy. Ktoś może powiedzieć, że firma ma dowolność w prowadzonych działaniach – oczywiście, zgadzam się z tym. Jeśli jednak jako naczelną wartość IKEA wymienia docenianie różnorodności, to wybiórcze działanie jest ewidentnym przejawem hipokryzji.

Zachęcanie pracowników w wersji IKEA

Ale wróćmy do sedna sprawy. Oto bowiem, korzystając z intranetu, firma, pragnąc zachęcić pracowników do tworzenia kultury integracyjnej w miejscu pracy, zamieściła komunikat „Włączenie LGBT+ jest obowiązkiem każdego z nas”. Bang, strzał w kolano! Albo stopę. No bo, skoro zachęcamy i nie przymuszamy do niczego, to skąd w tytule komunikatu wzięło się słowo OBOWIĄZEK? Obowiązki to pracownik ma wyszczególnione w umowie, bądź też załącznikach do niej. I tyle. Pierwszy raz słyszę też, by jakikolwiek pracodawca dyktował, jakiemu światopoglądowi pracownicy powinni hołdować. Wiadomo, każda duża, a już szczególnie duża i międzynarodowa firma, ma swój „system wartości”. Jednak wiecie co? Choć przeszłam przez niejedną korporację (o czym pisałam), nigdy nie zdarzyło mi się, by w miejscu pracy ktokolwiek zachęcał mnie do włączania pracowników czy to innych orientacji seksualnych, czy o innym kolorycie skóry, czy o innym stanie rodzinnym gdziekolwiek i w cokolwiek. Jasne, były akcje pt. Szlachetna Paczka, pomoc osobom starszym czy dzieciom z domów dziecka. Niemniej, umówmy się – nikt mi nigdy nie powiedział, że pomoc wspomnianym grupom to mój obowiązek. Sądzę, że nie robiono tego z bardzo prostego powodu – to nie jest obszar działania pracodawcy. Rozumiem, że promowania wiary katolickiej może ode mnie wymagać redaktor „Gościa Niedzielnego”. Rozumiem również, że pracując na rzecz np. Polskiego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych, bądź jakiejkolwiek fundacji typu „Sprawni”, wymagano by ode mnie działań polegających na promowaniu włączania osób niepełnosprawnych na rynek pracy. IKEA jednak SPRZEDAJE MEBLE. I tym powinna się zająć, a nie wskazywaniem ludziom kogo i gdzie mają włączać. Co więcej, cóż to za dziwaczny komunikat, w którym czytam, jak zdaniem pracodawcy powinnam mówić o moim małżonku?! IKEA mianowicie, w tej spornej broszurce, zachęcała pracowników, by mówili „mój partner” miast „mój mąż/ żona”, coby temu kto w związku małżeńskim nie jest, nie zrobiło się przypadkiem przykro. Ludzie, no litości, coś tu jest niehalo! I to bardzo. No bo, zastanówmy się, czy gdy użyję słowa „partner”, nie zrobi się przykro koleżance, która partnera nie ma? Czym w takim razie zastąpić owe słowo? Pójdźmy dalej. Może ktoś z moich współpracowników chciałby mieć kota albo psa, a nie może, bo ma, dajmy na to, uczulenie na sierść. W związku z tym pracodawca zachęca mnie, bym słowo „kot”/ „pies”zastąpiła innym, np. „żyjątko”. A „dziecko”? Czy to słowo również jest (albo wkrótce stanie się) tematem tabu? Wszak nie każdy pracownik to rodzic. Takich absurdów można by wymieniać więcej, jednak nie zmieni to jednego – farsę zapoczątkowała IKEA. Swoimi absurdalnymi pomysłami, wyrażonymi we wspomnianej broszurze.

„Przecież nikt nikomu nie kazał pracować w IKEA”

O właśnie, to już jest hit. Najbardziej podoba mi się argument obrońców firmy pt. „Nie trzeba było się zatrudniać w IKEA, znając wartości firmy.” Oho! Idąc tym tokiem rozumowania, jak mi się nie podoba jakiś pomysł np. polskiego rządu, to miast narzekać i krytykować, powinnam emigrować do innego kraju? A za każdym razem, gdy cokolwiek w firmie, w której jestem zatrudniona, mi się nie spodoba – powinnam szukać innej? Umówmy się – WSZĘDZIE, w każdym miejscu pracy znajdzie się jakiś element, który nie będzie z nami spójny. Jak zakładam, zdaniem argumentujących, człowiek powinien albo za każdym razem uciekać w poszukiwaniu swojej Itaki i Idylli pracowniczej, albo zamknąć gębę na kłódkę i podporządkować się obowiązującym w pracy normom w sposób bezwzględny? Chyba nie na tym rzecz polega. Tym bardziej, gdy jest się zatrudnionym w firmie typu IKEA, która deklaruje, że hołduje BYCIU SOBĄ. To jak z tym Panem Tomaszem – był sobą, czy wyszedł z niego diabeł wcielony?

Biblijni analfabeci,
czyli co tak naprawdę zacytował Pan Tomasz?

Celem odpowiedzenia sobie na pytanie człowiek to czy zmora nieczysta, przeanalizujmy, co też rzeczony Pan Tomasz napisał. A napisał w intranecie tak oto:

„Akceptacja i promowanie homoseksualizmu i innych dewiacji to sianie zgorszenia. Pismo Święte mówi: „Biada temu, przez którego przychodzą zgorszenia, lepiej by mu było uwiązać kamień młyński u szyi i pogrążyć go w głębokościach morskich.” A także: „Ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, a ich krew spadnie na nich.”

Trzeba przyznać, gość pojechał po bandzie. Mocny cytat i wedle mego uznania niewłaściwie dobrany. Nie zmienia to jednak faktu, że w świetle wiary katolickiej, czy szerzej – chrześcijańskiej – prawdziwy. Gość nie zmyślił sobie fragmentu z Biblii, nie przeinaczył, nie posklejał kilku zdań w jedno. Przytoczył wycinek tak, jak on faktycznie brzmi. Pytanie – co naprawdę chciał przekazać? Cóż, nikt z nas w głowie Pana Tomasza nie siedzi, więc jednoznaczna odpowiedź jest niemożliwa. Biorąc jednak pod uwagę m. in. kontekst, w jakim ów fragment jest osadzony zarówno w Biblii jak i w poście Pana Tomasza, oświadczenie wydane przez mężczyznę, a także kierując się LOGICZNYM myśleniem, opcję pt. człowiek życzy gejom śmierci, należy odrzucić. Jako co najmniej niedorzeczną. Umówmy się – jeśli ktoś odczytuje tekst sprzed kilku tysięcy lat w sposób dosłowny to jest albo a) ignorantem, albo b) ignorantem. Względnie może być również historykiem, ale wówczas wiedziałby, że Biblię – podobnie jak inne Księgi Święte pozostałych religii – odczytuje się na dwa sposoby:
-> dosłowny, traktując ją wówczas jako źródło wiedzy historycznej właśnie
oraz
-> metaforyczny, traktując ją jako drogowskaz postępowania dla wierzących.
Poza tym Pan Tomasz nie napisał nigdzie „śmierć homoseksualistom”/ „homoseksualistów wyciąć w pień”/ „homoseksualiści nie powinni żyć.” Nie, on napisał, że – wedle jego wiary – promowanie homoseksualizmu i innych dewiacji to sianie zgorszenia. I to jest to, co moim zdaniem chciał przekazać – to jest komunikat tego człowieka. Na poparcie swojego stanowiska przytoczył niestety bardzo trudny i –dla osoby nieznającej kultury chrześcijańskiej – drastyczny cytat z Pisma Świętego. Jeśli jednak kogoś obrusza brutalność opisu, to nim podejmie dyskusje i wyleje wiadro pomyj, nieco rozezna temat. Wystarczy zerknąć, gdzie ów fragment znajduje się w Biblii – wśród innych „dewiacji”, które również w czasach spisywania Księgi, zagrożone były karą śmierci. Jakie to dewiacje? Ano, m. in. kazirodztwo, zdrada i wielożeństwo. Co więcej – teraz będę się wymądrzać – wyrażenie jumatu demehem bam (cytowany przez Pana Tomasza fragment – „krew ich spadnie na nich samych”) wyraża myśl, iż grzechy przeciwne naturze obracają się przeciwko tym, którzy je popełniają. I tyle. Nie trzeba chyba dodawać, że w świetle wiary chrześcijańskiej owa śmierć jest metaforyczna i oznacza śmierć w sensie duchowym?

“Kościół akceptuje homoseksualistów i nakazuje ich szanować!”

Kolejny argument hit obrońców szwedzkiej sieciówki. Ci, którzy twierdzą, że Pan Tomasz nie ma w sobie nic z chrześcijanina, a jego post to sianie nienawiści niemające nic wspólnego z wiarą katolicką, bo kościół katolicki nakazuje homoseksualistów szanować, a Biblia kochać bliźniego, nieco się mylą. Ot, taka anegdotka – szanowany i ceniony przez (prawie) wszystkich Jan Paweł II, w tym samym czasie gdy Parlament Wspólnoty Europejskiej wzywał kraje członkowskie do tego, by zalegalizowały związki małżeńskie par homoseksualnych i dały im prawo do adopcji dzieci, modlił się tymi słowami:

„Rezolucja domaga się prawnego uznania nieładu moralnego. Parlament bowiem w sposób nieuprawniony nadał walor prawny zachowaniom dewiacyjnym, niezgodnym z zamysłem Bożym.

Co więcej, Papież wyraził również stanowisko, że „nie może stanowić prawdziwej rodziny związek dwóch mężczyzn lub dwóch kobiet.” I co, czy i w tym przypadku ktoś określi Go mianem homofoba? Rasisty? Człowieka ziejącego nienawiścią? Owszem, kościół katolicki (podobnie jak inne kościoły chrześcijańskie) nakazuje homoseksualistów szanować, ALE sam akt seksualny, czyli innymi słowy seks między osobami tej samej płci, uznaje za grzech i coś sprzecznego z naturą. Owszem, Biblia nakazuje bliźnich kochać, ale nakazuje również upominać tych, którzy tkwią w grzechu. Także sorry, ale po raz kolejny wytaczane argumenty są jak kulą w płot.

No to… kto tu kogo dyskryminuje i kto ma rację?

Moim zdaniem rację ma Pan Tomasz. I IKEA. IKEA jako firma propagująca równość i różnorodność powinna reagować na wszelkie potencjalne zagrożenia, związane z dyskryminacją pracowników. Słusznie więc zrobiono, wzywając Pana Tomasza na dywanik – niech się gość ze swojej wypowiedzi wytłumaczy. I wytłumaczył się. Wedle doniesień medialnych, w moim odczuciu, w sposób wystarczający i wyczerpujący. Rozumiem również, że chłop, pomimo takowego polecenia od pracodawcy, nie chciał usunąć komentarza – przecież tak naprawdę jedyne co zrobił to przytoczył fragment Biblii. Czy dzieło jest nielegalne? Nie. Czy jest na liście ksiąg zakazanych? Nic mi w tej sprawie nie wiadomo. Co więcej, skoro IKEA uważa, że cytowanie Biblii jest niedopuszczalne, winna w swojej polityce odpuścić sobie hasło o poszanowaniu różnorodności,w tym różnych wyznań. Gość, choć brzmi to brutalnie, nie napisał bowiem niczego, co stoi w opozycji do JEGO wiary, jego przekonań. Ani niczego, co nie jest zgodne z wiarą chrześcijańską – mimo, że dla wielu ta prawda może być niewygodna. Jeśli jednak IKEA chciała ze sprawy „wyjść z twarzą”, tak, by ktokolwiek nie poczuł się pokrzywdzony, winna np. wystosować do pracowników pismo pt. „prosimy na przyszłość nie afiszować się ze swoją wiarą w miejscu pracy, bo nie wszyscy są wierzący i nie wszyscy rozumieją metaforyczny sens ksiąg”. Względnie zorganizować spotkanie dla pracowników i temat przegadać. Ewentualnie usunąć informację o poszanowaniu różnych wyznań z deklarowanych przez firmę wartości. IKEA jednak… postanowiła człowieka zwolnić. Powód? Naruszenie zasad współżycia społecznego. Jest to pojęcie tak ogólne, że w zasadzie można do niego wrzucić wszystko, włącznie z rzucaniem ogryzkami z jabłek do pustych kartonów po meblach. Jeśli prawnikom IKEA udać się w sądzie obronić zasadność wypowiedzenia umowy Pana Tomasza – będę leżeć krzyżem na środku krakowskiego salonu firmy. Jak Boga kocham.

Dodaj komentarz