Nasz bombelek za kilka dni skończy dwa lata! Zapragnęłam więc poczynić drobne podsumowanie naszej dotychczasowej, wspólnej egzystencji.

Nie wykluczam, że rodzice dwójki, trójki, albo i (podziwiać!) czwórki dzieci mogą mieć zupełnie inne spostrzeżenia, a moje obserwacje potraktują jako pisaninę niewiele jeszcze wiedzącej o życiu kobieciny. Każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, że Polak zna się na wszystkim, podobnie zresztą jak i Polka. A już Matka Polka to krynica mądrości oraz wiecznie tryskające wszechwiedzą źródło nieomylności. Teza ta znajduje potwierdzenie w internetach – tu każda matula głosi swoją prawdę, i każda z tych prawd jest zdaniem jej autorki najprawdziwsza 😉 . A jak wygląda moja dotychczasowa historia macierzyństwa?

Pierwsze miesiące pierwszego roku – harówka?

Bądźmy ze sobą szczerzy – pojawienie się Dzidziulca, tu, na tym świecie (bo jego bytność w brzuchu zaliczam do okresu pt. superaśnie i sielankowo) było dla mnie z jednej strony ogromną radością, z drugiej – wiązało się z ciągle krążącymi po głowie myślami „Gdzie się podziało moje życie?!”. Kojarzycie to pełne goryczy i bezradności uczucie?

Moja znajoma ukuła nawet teorię, że gdyby wszystkim planującym dziecię parom wręczono „na próbę” niemowlaka, na dajmy na to, tydzień, dzietność w Polsce drastycznie by spadła.

Nie zrozumcie mnie źle. Kocham moje dziecko nad życie! To najcudowniejszy i najwspanialszy człowiek, jakiego kiedykolwiek poznałam. Jednak pierwsze trzy miesiące naszej wspólnej przygody były istną drogą przez mękę. Synolec okazał się książkowym przykładem… wszystkiego, z kolkami na czele. Bidok zwijał się w bólu i płaczu bite 90 dni i nocy. Nie pomagały żadne szumiące misie, termofory w kształcie zabawnego, czarno-biało-czerwonego stworka, czy masaże. Maluch łkał ile sił w płucach, a ja z nim – z bezsilności, ze zmęczenia, ze strachu. Że to się nigdy nie skończy. Że jestem złą matką, bo nie potrafię pomóc swojemu Pierworodnemu.

Jedynym sprzętem, który w tamtym czasie ratował naszą koegzystencję, była suszarka do włosów. Jej dźwięk do dziś śni mi się po nocach. Sprawa prezentowała się tak, że jeno podłączona do prądu, ustawiona na pełną regulację maszyna powodowała, że powieki naszego ukochanego Szkraba powoli stawały się coraz cięższe. Odpływał do krainy snów, a wydobywający się z jego słodkich ust gorzki płacz cichł. Gdy tylko, pełni nadziei, iż sen na dobre zmorzył małego człowieka, odłączaliśmy urządzenie od zasilania, jęki i krzyki wracały ze zdwojoną siłą. Wyobrażacie sobie, ile hajsiwa wydawaliśmy na prąd? Miliony monet! Ale chwila ciszy (czy też – szumu bez płaczu) była warta każdej złotówki. Zaprawdę powiadam Wam – to był czas rodziców-zombie. Byliśmy głodni, zmęczeni, a w naszych podkrążonych oczach radość mieszała się z przerażeniem.

Po okresie niemowlęctwa, zwanym przez mnie również kadłubkowym (bowiem jak powszechnie wiadomo w tym czasie dzidziusie nie są w stanie przemieścić się na jakąkolwiek odległość), przyszedł czas nieustannie pełzającej dżdżownicy.

Kolejne miesiące pierwszego roku

Zarwane nocki zawsze na propsie

Oczywiście nocy nadal nie przesypialiśmy. Nie, to nie wyglądało tak, że Dzidziulec budził się raz, dwa czy trzy w trakcie nocy, a my wędrowaliśmy do Jego pokoju i delikatnie nucąc kołysanki, zaprowadzaliśmy Człowieczka z powrotem w objęcia Morfeusza. Daj Borze i lesie szumiący takie szczęście!

U nas sprawa prezentowała się zgoła inaczej – Dzidziulec odpływał li tylko i wyłącznie będąc kołysanym, noszonym oraz wtulonym w swą matulę (względnie tatulca) całym swym jestestwem. Żadne półśrodki typu “polulamy i hop siup, odkładamy do łóżeczka” nie wchodziły w grę. Synol był (i nadal jest!) małym przylepcem. Bywa to zarówno cudowne, powodując we mnie nagły, obezwładniający przypływ bezbrzeżnej miłości, przejawiającej się chęcią schrupania każdej części ciała Pierworodnego, jak i powodem frustracji. Szczególnie jeśli uwzględni się fakt, że od czasu pojawienia się Dzidzia nasza małżeńska alkowa stała się polem nieustannej walki.

Oboje z mężem jesteśmy w sypialni traktowani… z buta. Strzały małych stóp nakierowane na nasze nosy, czoła, oczy, czy brzuchy to chleb powszedni. O ile matula jest jako tako przez Dzidziulca tolerowana, to ojcu obrywa się na tyle często, że nie wytrzymuje presji – nad ranem, po kolejnym nokaucie, oddaje pole młodemu samczykowi, sam kierując zaspane kroki w stronę znajdującej się w salonie kanapy. Król jest tylko jeden, a Leoncjusz od początku wyraźnie zarysował swoją pozycję w naszej rodzinie. „Będzie tak jak ja chcę, albo  po mojemu” zdaje się być naczelną zasadą postępowania Owocu Małżeńskiej Miłości. Obstawiam, że nieustępliwość odziedziczył w genach. Oczywiście nie po linii matczynej, bo kto mnie zna wie, iż jestem połączeniem oazy spokoju z chodzącą ugodowością o anielskim usposobieniu.

Pełzająca dżdżownica w akcji

Wracając jednak do tematu dżdżownicy. Gdy tylko Pierworodny zrozumiał, że czyniąc odpowiedni wysiłek, jest w stanie przemieścić się na porządną przez niego odległość, zaczął z tego odkrycia czynić użytek. Nieustanny! I robi to do tej pory.

Synolec na tyle pokochał wolność oraz swobodę przemieszczania się, iż nie toleruje żadnej formy zniewolenia. Początkowo wydawało nam się, że wszystkie małe dzieci są zagorzałymi przeciwnikami siedzenia w wózku. Oraz w foteliku samochodowym. Oraz w krzesełku do karmienia. Znalazłszy się zaś w powyższych miejscach natychmiastowo próbują, wszelkimi dostępnymi metodami, wydostać się z aresztu. Byliśmy również przekonani, że dzidziusie muszą być non stop zabawiane, noszone, że szybko się nudzą, że nie potrafią usiedzieć 5 sekund w jednym miejscu.

Absolutnie wyjątkowy egzemplarz

Po kilku wizytach w przyjaznych bombelkom restauracjach oraz kilku spotkaniach ze znajomymi, posiadającymi dzieci w podobnym wieku, zrozumieliśmy, że trafił nam się wyjątkowy i niepowtarzalny egzemplarz.

Pamiętam, jak nasz niespełna roczny Dzidziulec został przez swą matkę zabrany do koleżanki. Koleżanki matuli, nie Dzidziulca. Moim pragnieniem było wypicie ciepłej (nawet nie gorącej, czy bardzo ciepłej) kawy. Rzecz jasna marzenia nie udało się wówczas zrealizować. Za to koleżanka aktywność Synola skwitowała słowami: „Jezu, on się ciągle kręci, to niesamowite”. Fakt, to niesamowite. Niektórzy twierdzą, że istnieje taki rodzaj maluchów, które określa się mianem HNB, czyli high need babies. Cóż, jakby nie było – Synolec z całą pewnością jest wyjątkowy (i wyjątkowo ruchliwy)!

Rok z Dzidziulcem vs praca w korpo – wnioski.

Tak więc pierwszy, wspólny rok minął nam mocno pracowicie.

Wiecie już, bo o tym pisałam, ot choćby tu, że przeszłam przez niejedną korporację. Moja dotychczasowa praca zawodowa była bardzo, ale to bardzo wymagająca zarówno fizycznie (nienormowany czas pracy, czyli w praktyce robolenie po 12-14 godzin na dobę) jak i intelektualnie. Wierzcie mi jednak, że w żadnej dużej firmie nigdy nie poczułam takiego zmęczenia, jak przez rok opieki nad Dzidziulcem!

Uważam, że bycie matką małego człowieka to dużo cięższa praca, niż jakakolwiek z tych, które przytrafiły mi się w dotychczasowym życiu zawodowym. Po pierwsze – zakres odpowiedzialności jest nieporównywalny. Schrzanić pismo procesowe, a schrzanić człowiekowi dzieciństwo to jednak inny kaliber. Dodatkowo bycie z maluchem wymaga niemal ciągłego skupienia, przynajmniej w tych pierwszych latach życia dziecka. No i w jakiej korpo nie znajdziesz 10 minut na zrobienie kawy, plus wypicie jej  w ciepłej postaci?

***

Nie ukrywam, że w naszym przypadku dodatkowe utrudnienie polegało na tym, iż byłam poniekąd osamotniona w tym trudnym, rodzicielskim okresie. Moi Rodziciele nadal pracują bowiem zawodowo, w dodatku w mieście oddalonym od grodu Kraka o nieco ponad 100 kilometrów. Teściowie stacjonują jeszcze dalej, czyli blisko 200 kilometrów od naszej rezydencji. Mąż z kolei pracował najdalej, bo w Warszawie, w systemie zmianowym. Będąc zaś w Krakowie, spędzał dnie całe (i wieczory, a czasami również pół nocy) zajmując się działalnością swą, znaczy się biznesami. W praktyce oznaczało to, że średnio 10-12 dni w miesiącu spędzałam sam na sam z Synolem.

Kolejna komplikacja polegała na tym, że Pierworodny został wyposażony przez matkę naturę w słuch absolutny. Oznacza to, iż ze snu wybudzał Go każdy, absolutnie każdy szmer. Przykłady? Można mnożyć bez liku: dźwięk łyżeczki obijającej się o ścianki kubka, odłogs puszczanej w kranie wody czy naciskanej spłuczki. Pomimo ogromnych pokładów miłości i jeszcze większych chęci bycia mamą na medal, czasami miałam po prostu dość. A to rodziło frustracje – przecież nie wypada mieć dość macierzyństwa, to społecznie niepożądana postawa, no nie?

Rok drugi – sielanka?

Na szczęście życie to ciągła sinusoida i po trudnych czasach – przyszły te lżejsze. Czyli nasz drugi wspólny rok.

Wiecie, nigdy nie pojmę jak ludzie mogą twierdzić, że im starsze dziecko, tym więcej problemów. Ja Wam powiem, że to totalna bzdura. Po ukończeniu przez Pierworodnego 12 miesięcy, wszystko zaczęło iść… jak z płatka. W porównaniu z pierwszym rokiem życia Synolca, drugi to istna sielanka! Że trzeba się dzieckiem zajmować, że nie potrafi samo się bawić (dłużej niż 5-10 minut), czy zapiąć buta? To oczywista oczywistość, nie wymagajmy od tak małych ludzików samodzielności na poziomie pierwszoklasisty. Że ciągle pyta „a dlaczego”? Że „a dlaczego” może 10 razy pod rząd dotyczyć tego samego zagadnienia, na które już  człowiek (10 razy) odpowiedział? W gruncie rzeczy to całkiem urocze. Nawet ci, których męczy mówienie w kółko tego samego, nie mogą sytuacjom „a dlaczego” odmówić oczywistych plusów. Nic tak nie nauczy człeka cierpliwości, jak spędzanie czasu z nieustannie pytającym maluchem. No i nic nie jest równie skutecznym treningiem kreatywności!

Najtrudniejsze decyzje matki

Czyli – zostać z dzieckiem, czy wrócić do pełnoetatowej pracy. Ja zdecydowałam się na wariant pośredni – 18 miesięcy z maluchem, bez żadnych żłobków i opiekunek. Po tym czasie, dla zdrowia psychicznego (mojego oraz Synolca), zaczęliśmy korzystać z pomocy opiekunki. Nie wyobrażałam sobie jednak, by ktoś obcy (nawet jeśli najfajniejszy na świecie!) spędzał z Dzidziulcem więcej czasu niż jego rodzice. Wybraliśmy opcję kilkugodzinną, 3 dni w tygodniu. Czy to dobra decyzja? Myślę, że najlepsza.  I cieszę się, że jako rodzice mieliśmy możliwość obrania takowej drogi. Gdy maluch skończy 3 lata z całą pewnością zaczniemy proces socjalizacji w przedszkolu. Do tego czasu – stawiam na bliskość z Pierworodnym. A rzeczom najważniejszym poświęcam większość swojego czasu.

Czy jest trudno? Czasami piekielnie. Dużo łatwiej siedzieć przy biurku, choćby i w korporacji, i zajmować się rzeczami „dla dorosłych”. Czy brakuje mi ludzi? Bywa, że ogromnie. Zawsze należałam do osób ambitnych. Dodatkowo zdecydowanie bliżej mi do stadnego zwierzęcia, niż odludka na bezludnej wyspie (choć chatką w Bieszczadach bym nie pogardziła!).

Jednak gdy po przeczytanym wspólnie (po raz 50!) wierszyku słyszę, jak Dzidź mówi do mnie „kocham mamę”, względnie „mamo żyj sto lat”, a przy wieczornej kąpieli kwituje „fajny dzień” wiem, że dobrze wybrałam. Najlepiej. Czas to coś, czego nikt mi nie zwróci. Banał? Owszem. Ale nim się obejrzę, Maluch stanie się dorosłym facetem, lub co najmniej podstawówkowym uczniakiem. Wówczas będzie mieć coraz mniej chęci na spędzanie czasu z rodzicami, o możliwości bezkarnego całowania Dzidzia od stóp do głów nie wspominając. Czerpię więc pełnymi garściami, póki mogę, nawet jeśli bywają momenty, że ten wspólny czas wydaje się bez końca przeciągać w czasie 😉

Do zawodowego życia pełną parą jeszcze wrócę, za rok najdalej. No i umówmy się, czym są te 3 lata bycia z Maluchem, w perspektywie 30-40 lat pracy? Kroplą w morzu, ziarenkiem piasku na bezbrzeżnej pustyni. Z punktu widzenia dziecka jednak – wszystkim. I dla mnie, na ten moment, również .

***

Bez względu na to, gdzie teraz jesteście – w pracy czy w domu – trzymajcie się, wszystkie Mamy tego świata. Bądźcie wierne swoim wyborom. I przenigdy nie dajcie sobie wmówić, że robicie coś źle, bo oczekiwania społeczne wobec Was są odmienne od Waszych decyzji.

Dodaj komentarz