Do tego tekstu przymierzałam się od dłuższego czasu. Myśli wirowały w głowie, a ja próbowałam ułożyć je w spójną całość. W końcu się udało. Chyba. Oceńcie sami.

Polska taka piękna

Kocham mój kraj. Serio. Uważam, że żyjemy w cudownym miejscu, w sercu Europy. Co prawda nasze położenie geopolityczne nie jest tym wymarzonym, niemniej rozstrzyganie kwestii (ko)relacji międzynarodowych i stosunków sąsiedzkich zostawiam na inną okazję.

Czy czegoś nam tu, w nadwiślańskim kraju, brakuje? Przyrodniczo – mamy wszystko: góry, morze, lasy, jeziora, do wyboru, do koloru. Mazury kocham miłością (od)wieczną. Twierdzę przy tym, że równie urokliwego regionu ze świecą szukać, a i tak nic nie zabłyśnie z taką urodą, co skąpane w słońcu mazurskie jeziora. Kaszuby – cud-miód. Dolny Śląsk – Kotlina Jeleniogórska zawsze spoko, a Karkonosze w sercu noszę od czasów dziecięctwa. Tatry widokowo zapierają dech, choć wspinaczka trochę straszna. Za to w Bieszczady mogłabym się wyprowadzać już dziś. Gdyby nie to, że (prawie) wszystkim cywilizacyjnym dobrodziejstwom zaprzedałam mą konsumpcjonistyczną duszę. Jak się wyzwolę, to ucieknę.  Może jednak wybiorę Beskid Śląski. W każdym razie trochę wody w Wiśle upłynie nim zostanę pustelnikiem, ze swoją skrytą w gęstwinie lasu chatką, bo dziecko wyedukować wypada, a serce się kraje na myśl, że mały człowiek miałby pół życia spędzić na dojazdach do szkoły. Czekam więc, aż z domu wyfrunie, a potem heja w Polskę dziką!

Cudnych miast również bez liku, choć to, w którym stacjonuję, jest akurat „ciut” przereklamowane, o czym pisałam Wam o tutaj. Za to Trójmiasto obłędne, Wroclove jeszcze w czasach studenckich skradł me serce, a Katowice wielbię za powiew industrialnej świeżości 😉 . Z jakiegoś powodu jednak, Polska to taki kocioł, z którego wciąż się ulewa. Mleko kipi, zupa wiecznie za słona. Jednym słowem powód do narzekania zawsze sobie znajdziemy.

Czego nam więc potrzeba, byśmy w końcu przestali się kłócić? Czy istnieje szansa na przemianę polskiego piekiełka w krainę mlekiem i miodem płynącą?

Polska taka umęczona

Obraz naszego społeczeństwa jest smutny. I to cholernie smutny. Wiem, że historia zobowiązuje – martyrologia oraz umartwianie jest niejako wpisane w nasz krajobraz, mocno zakorzenione w świadomości. Bez przesadyzmu jednak! Przecież nie borykamy się z żadnymi, większymi problemami – bez wojny domowej, dyktatury, kataklizmów. Nikt nas nie anektuje, nikt zbrojnie nie atakuje. Póki co mamy jeszcze prąd i wodę (choć ponoć zapasy tej drugiej powoli się kończą). Wiadomo, jakieś tam troski oraz zmartwienia na ojczyźnianym obliczu się rysują – skoro we własnych czterech ścianach, własnych związkach, miewamy kryzysy, to i w wielkim, polskim domu mogą się pojawić. Niemniej obiektywnie patrząc, warunki do życia są nie najgorsze.

A jednak wybucha tu afera za aferą, kłótnia goni kłótnię, a hejt wylewa się nie tylko z internetu. Naprawdę, Polacy czerpią satysfakcję z babrania się w błocie, rzucania nim na prawo i lewo?

Ja mówię VETO!

Bo to, co się dzieje dookoła:

♥ To nie moja religia

O tym, że nie wstydzę się być chrześcijanką, ale wstydzę się postawy kościoła, już wspominałam. W równym stopniu, co zapominanie, iż powinniśmy przede wszystkim szanować (!) bliźniego, smuci mnie mieszanie się hierarchów kościelnych w politykę. A w zasadzie wyraźne i głośne opowiadanie się po jednej stronie politycznego sporu. Nie wierzę, że duchowni głoszący z ambon kazania „z przesłaniem”, nie zdają sobie sprawy z tego, że swoimi słowami potęgują podziały istniejące między Polakami. Zamiast ludzi łączyć – polaryzują społeczeństwo.

♥ To nie moi politycy

I to tak zupełnie serio. Nie kibicuję żadnej opcji politycznej. Ani lewicy, ani prawicy, ani tym, którzy pośrodku. Dlaczego? Przede wszystkim, najzwyczajniej w świecie, opatrzyły mi się lica polskich polityków. W sejmie wciąż te same twarze, wielokrotnie przemielone przez różne partie polityczne, mieszają się, tworząc nowe ugrupowania ze starymi, dobrze znanymi, ludźmi. Czasami mam wrażenie, że niektórzy bywalcy Wiejskiej (a może większość?) wybrali krętą drogę światopoglądową, testując opcje od prawa, do lewa i zahaczając o każdą partię, jaka kiedykolwiek w tym kraju powstała. Ja wiem, że tylko krowa nie zmienia poglądów (a przynajmniej tak mawiała moja licealna polonistka), ale chyba wszystko ma swoje granice? A przynajmniej powinno mieć. Choćby przyzwoitości.

Przydałby się powiew świeżości, ba, porządne wietrzenie magazynów na Wiejskiej, ale komu się to opłaci? Nikomu z tych, co już tam siedzą. Od smrodu jeszcze nikt nie umarł, a z zimna niejeden. Po co więc wietrzyć, narażając się na rychłą śmierć (polityczną)? Lepiej kisić się we własnym sosie. I kłócić, i wyzywać, i spory między krajanami wywoływać. A te istniejące – podsycać.

Jak marsze – to zawsze, w mgnieniu oka, zbiera się kontra do nich, dumnie maszerująca ulicami stolycy. Niby nie pod szyldem ugrupowania politycznego, a jednak jakby głębiej pokopać, kto wie, do jakich informacji człowiek by dotarł. Unia Europejska dla jednych dobra, dla drugich – w tym samym momencie – zła. Reforma goni reformę, wszyscy wszystkich za to krytykują, i tak od lat.  Finał? I oświata, i służba zdrowia, i nasze emerytury są w stanie, który określam mianem „pożal się borze szumiącym drzewom”.

♥ To nie moja mowa nienawiści

Hejtem internet stoi i hejtem jest zalany. Czy kogoś obchodzi, co osoba po drugiej stronie klawiatury pomyśli, jak się poczuje, czytając całą litanię epitetów pod swoim adresem? Kogokolwiek interesuje, że ta dziewczyna ze zdjęcia od maleńkości ma kompleks dużego nosa, a przypominanie jej o jego rozmiarze w niewybrednych słowach powoduje, że poczucie własnej wartości drastycznie pikuje? Czy każda znana osoba musiała „dać”, żeby znaleźć się na szczycie? Czy każdy musiał mieć plecy? Komukolwiek przychodzi do głowy, że ludzie ciężko pracują na swoją pozycję, latami?

Raczej rzadko zdarza się, by sukces spłynął na kogoś niczym strój księżniczki na Kopciuszka – ot tak, za dotknięciem magicznej różdżki. No i nikt nam dyni w karocę nie zamieni. Niby wszyscy to wiemy, ale jak już ktoś tę karocę pokaże – wzbiera fala hejtu, wylewa się morze frustracji. Bo przecież nikt uczciwy sukcesu nie odnosi. Uczciwy i leniwy owszem. Natomiast pracowitemu oraz wytrwałemu zawsze prędzej czy później się uda. Łatwiej jednak, zamiast obiektywnie spojrzeć na sprawę, wylać na kogoś wiadro pomyj. Nie dość, że nie trzeba wówczas zabierać się do pracy (nad sobą), to jeszcze drugiemu się dokopie. Wilk syty i owca cała, prawda?

Polak Polakowi wilkiem?

Niesamowite, ale my kłócimy się o wszystko. Naprawdę o wszystko.

Zmarł znany producent? Jedni ubolewają, inni hejtują, że takiego to nie szkoda.

Masz dzieci? Kwoka, madka, tateł. Nie masz? Lambadziara.

Jesteś wierzący? Moher, zacofany, do książek, uczyć się, a potem wypowiadać! Nie wierzysz? Lewak, co ideologią LGBT chce społeczeństwo demoralizować.

Głosujesz na PiS? Dno intelektualne, naziol. Popierasz PO? Jaki z ciebie Polak, niemiecka pluskwa.

Ścieki warszawskie w(y)biły do Wisły? No i dobrze, w końcu, mają za swoje, warszafka cholerna.

Nas każdy, absolutnie każdy temat potrafi podzielić. Nawet z pozoru neutralne, ba, niby wspólnotowe kwestie powodują, że między rodakami iskry lecą, zgrzyta i grzmi. Jesteśmy w stanie rozpętać burzę o byle co. Osiąga to poziom absurdalny. Przykład? Tragedia narodowa, Smoleńsk. Wydawałoby się, że temat winien krajan połączyć, w końcu strata dla nas wszystkich. Ale Polak potrafi, więc się od lat o tę katastrofę kłócimy.

No i bieżączka. Restauracja chce wprowadzić ograniczenia wiekowe i wpuszczać  w swoje progi dzieciaki od 6 lat wzwyż? Ich święte prawo, wolny rynek, każdy może sobie własne zasady funkcjonowania na tymże ustalić. No, chyba, że rzecz się dzieje w kraju cudów – Polsce. Tu decyzja restauratorów jest powodem do kolejnej gównoburzy. SERIO, nie ma ważniejszych tematów? Lasy tropikalne płoną, plastik nas zalewa, a my debatujemy o jednej restauracji. JEDEN, z dziesiątek dostępnych w nadwiślańskim kraju.

Rozumiem, że każdy ma prawo się wypowiedzieć. Ba, rozumiem również, że nie każdy z każdym musi się w każdej kwestii zgadzać. Jednak nie rozumiem, dlaczego tylu Polaków swój sprzeciw wyraża w tak agresywnej, wulgarnej oraz chamskiej formie. Kiedyś mi mówiono, że jak człowiekowi brakuje merytorycznych argumentów, to sięga po to, co najłatwiej dostępne – obrażanie i wyzywanie innych. Czy tak być musi? A przede wszystkim – czy chamstwo wśród rodaków musi być regułą?!

A co(ś) nas łączy?

Czasem się zastanawiam, czy jest jakiś sposób, żeby Polacy byli jedną, wielką rodziną 😉 .

Jak spojrzymy wstecz, znaczy się na historię narodu naszego, wydaje się, że podział był odwieczną jego częścią. Chłopi i szlachta. Przez wieki. Następnie piłsudczycy i endecy. Potem w ogóle tak Polaków podzielili, że aż nas z map pozamiatało. W końcu, jak wróciliśmy, to albo jako socjaliści partyjni, albo związkowcy z Solidarności. Może kłótnie są po prostu częścią spuścizny dziejowej? Może mamy to w genach?

A może, jak donoszą teorie spiskowe, komuś zależy na podziale społeczeństwa? Wiecie, w kupie siła, jak mawiają. Wszak podzielonym narodem łatwiej się rządzi. Bo jak jedni będą się buntować przeciwko aborcji – inni temu przyklasną. Jak jedni będą wychwalać 500+, inni będą ubolewać nad budżetowymi skutkami rozbudowanych programów socjalnych. Może ktoś tam wyjdzie protestować na ulice, ale nie wszyscy. W końcu ludzie podzieleni. A wiec zawsze będą ci, którzy rządzących poprą.

Czytałam niedawno książkę, co niezmierną popularność zdobyła. I to również wśród „wielkich tego świata” – Gatesa czy Muska. Sięgnęłam po dzieło z nastawieniem, że muszę „must have” zgłębić, z poczucia literackiego obowiązku. Książka zwie się pięknie: „Homo Deus. Krótka historia jutra”. Choć z wieloma poglądami autora się nie zgadzam, to jedno, wielce trafne stwierdzenie, zapadło mi w pamięć. Więc się z Wami tą myślą podzielę:

„Wszelka zakrojona na wielką skalę współpraca między ludźmi opiera się ostatecznie na naszej wierze w porządki wyobrażone. Są to zestawy reguł, które istnieją wyłącznie w naszej wyobraźni, ale mimo to wierzymy, że są równie realne i nienaruszalne jak grawitacja. […] Dopóki wszyscy przedstawiciele homo sapiens mieszkający w określonej okolicy wierzą w te same opowieści, wszyscy stosują te same zasady, co ułatwia […] organizowanie sieci masowej współpracy.

No właśnie. Czy my – Polacy, potrafimy jeszcze współpracować, skoro wierzymy w tak wiele, skrajnie różnych opowieści? Mam nadzieję, że w końcu się otrząśniemy i zburzymy dzielące nas mury. Jak już zrozumiemy, że dzięki temu dalej dojdziemy, że każdemu będzie żyło się łatwiej. Czy jest to kusząca wizja? Bez wątpienia. Póki co jednak, ze smutkiem stwierdzam: Pewne utwory nie tracą na aktualności.

Dodaj komentarz