Moi Drodzy, Moi Mili. Dziś będzie filozoficznie, optymistycznie i motywacyjnie, czyli zupełnie nie w moim stylu 😉. Pomyślałam jednak, że po długiej nieobecności, ciszy wybrzmiewającej w eterze tak dobitnie, jak płacz niemowlaka dręczonego kolką, należy się tu (na blogasku) pewne odświeżenie. Na przekór jesiennej nostalgii, chlapie oraz marazmowi, przedzierając się przez deszcze i mgły, spowijające listopadowy świat, niosę Wam odrobinę światła. Promyk nadziei. Na lepsze jutro. I akceptowalne dziś. Gotowi? To poczytajcie o powodach, dla których warto cieszyć się z beznadziejnej/ nielubianej/ trudnej/ żmudnej/ okropnej/ męczącej (*niepotrzebne skreślić) pracy.

Masz poczucie, że w obecnej pracy tracisz czas?

Jak wielu z nas, jak wielu z nas – chciałoby się dodać. I fakt faktem, jeśli pół dnia scrollujesz ściankę na Fejsbuczku, a potem, na ekranie ukrytego pod biurkiem smartfona, przez godzinkę (czy tam dwie) przeglądasz stories instagramowych idoli, to tracisz czas. Mnóstwo czasu. Całe gramosekundy, kilgoramominuty i tonogodziny czasu. To jest złe. I ma swoją nazwę. Prokrastynacja.

Choć naprawdę, naprawdę, naprawdę nie lubię kołczów, to oddać im trzeba, że mają rację mówiąc: szanuj swój czas. Inwestuj w siebie. Nie żyj marzeniami innych, twórz własne. Serio, od patrzenia na szczęśliwe życie szczęśliwych ludzi Twoje nie zrobi się lepsze, pełniejsze i bardziej satysfakcjonujące. Wyłącz więc media społecznościowe i włącz tryb skupienia się na pracy. „Jak?” – pomyślisz – „skoro moja robota nie daje mi radości, donikąd nie prowadzi, nie widzę sensu w tym, co robię”. Uwierz mi, byłam w tym miejscu. Ba, ja w tym miejscu TKWIŁAM jak ten biblijny słup soli. Albo niebiblijny człowiek zawias.

Przez lata uważałam, że w pracy tracę swój cenny czas. Miesiącami wstawałam z poczuciem, że oto czeka mnie kolejny dzień nudnej roboty. Roboty, którą wykonuję tylko po to, by móc opłacić mieszkanie, rachunki i ewentualnie kupić zimowe buty. Jedna parę. Nie, nie z Kazara. Za przeciętną pensję prawnika na dorobku można najwyżej te od Lasockiego albo Ryłko. Z przeceny, rzecz jasna.

Wracając jednak do tematu…Zaprawdę powiadam Ci: skup się na pracy. Najlepiej nowej.

Chcesz zmienić pracę? Więc zrób to. Po prostu.

Ja się skupiłam. I zmieniłam. Tak o, po prostu, z dnia na dzień można by rzec. Porzuciłam ścieżkę Magdy M. Poszłam w świat finansów.

Miałam tak bardzo dość żywota prawniczego skryby, że postanowiłam zostać rekinem biznesu. Finansowym rekinem biznesu. Wiecie, Wilk z Wall Street, miliony monet u moich stóp, złote eldorado i brylantowy raj. Problem polegał na tym, że byłam wówczas narybkiem. Takim, który obok rekina co najwyżej przepływa. I się skończyło, jak się skończyło.

No więc ja – rybka w wersji mini mikro – wpłynęłam do spółki zajmującej się rynkiem nieruchomości. Należała do jednego z najbogatszych Polaków, takiego co to ma i bank, i firmę leasingową, i żonę dziennikarkę. Należała, bo jej byt to już przeszłość. W maju roku pańskiego bieżącego, czyli 2020, spółka ogłosiła upadłość. I wiecie co? Ja się wcale nie dziwię. Dziwi mnie tylko to, że firma tak długo funkcjonowała na rynku. Dlaczego? Ponieważ, według mojej skromnej opinii, była oparta na cwaniactwie i nastawiona na zysk za wszelką cenę. Również ludzkiej przyzwoitości.

Ale do rzeczy. W firmie istniały dwa piony: pion doradztwa w zakresie nieruchomości oraz pion doradztwa finansowego. To drugie (finanse) było niejako podłączone do pierwszego (nieruchomości).

Zasadniczo schemat pracy wyglądał tak: do biura nieruchomości przychodził pan XY, pośrednik nieruchomościowy go przyjmował, halo dzień dobry, kawa, herbata? Kawa. Dobrze, dobrze, już się robi. Chce pan kupić? Ano chcę! Mieszkanko, domek, działeczka? Mieszkanko. Kredycik, gotóweczka? Kredycik. AHA!

I tu na scenę wkraczałam ja.

Niczym Kapitan Planeta pędziłam na ratunek Iksińskiemu, żeby go krwiożercze banki nie wycyckały. No bo, Panie Iksiński, po co ma  Pan krążyć od placówki do placówki, żebrząc o kredyt hipoteczny? Ja Panu chętnie przedstawię (oraz przeanalizuję) oferty wszystkich banków! I to w zasadzie od ręki.  Ile Pan za to zapłaci? Nie no, nic!

To akurat była prawda. Iksiński za moje usługi nie płacił ani złotówki. Te ostatnie (złotówki, znaczy się) wypłacał (przynajmniej w założeniu) bank, z którym Pan XY decydował się związać kredytem hipotecznym. Mówię Wam, bankierka miała mi słać miliony monet z racji tego, że zdobyłam dla nich klientów na długie, hipoteczne lata. Brzmi jak magia? Też mi się tak wydawało. Na początku.

Chcesz rzucić pracę? Więc zrób to. Po prostu.

Potem się okazało, że Iksińscy co prawda korzystali z usług doradcy finansowego (czyli moich), ale ostatecznie, w zdecydowanej większości, po kredyt wędrowali do konkretnego banku (którego ofertę, swoją ciężką pracą, dla nich przygotowałam), nie do mnie. Schemat wyglądał tak: ja się narobiłam, a pracownik banku zgarniał moją prowizję. Voilà!

Mogłam co prawda zarobić (naprawdę nieźle) na tzw. zabezpieczeniach kredytu, ale sumienie mi nie pozwalało. Nie byłam w stanie wrabiać ludzi w programy oszczędnościowe na 10 lat, z których tak naprawdę nie mieliby żadnych pieniędzy. Pieniędzy nie miałam więc i ja. Nie tylko pieniędzy zresztą. Nie miałam niczego, poza próbą prania mózgu, którą podejmował mój ówczesny szef. A że jestem odporna na gadanie z gatunku pustej paplaniny, to szybko zakończyłam przygodę z doradztwem finansowym. Dość krótko i węzłowato (ale spektakularnie) pożegnałam się ze spółką. Po jednej z wymian zdań, podczas której kwestionowałam logikę wypowiedzi przełożonego (przysięgam Wam, że naprawdę jej – logiki – nie było!), usłyszałam słowa (groźbę?):

– Nie musisz tu pracować.

No i BANG! Olśnienie. Faktycznie – przecież NIE muszę. Szybko więc odpowiedziałam:

– Wiem, że nie muszę. Do widzenia.

I wyszłam. Czy żałuję swojej porywczości? No kurde absolutnie NIE! Polecam z całego serca odejścia w wielkim stylu. Nie czujesz się przekonana/ przekonany? To pomyśl sobie, co poczujesz, gdy to praca, w której się męczysz, zrezygnuje z Ciebie, a nie Ty z niej. Ja wiem, co się wtedy czuje…

Choć starałam się ze wszystkich sił wyprzedzać pracodawców o krok i pierwsza kończyłam współpracę, nawet mi nie udało się uniknąć zwolnienia. Oj, to był prawdziwy, życiowy policzek. W zasadzie to życiowy obuch. Bardzo potrzebny!

Zwolnili Cię z pracy? Ciesz się. Po prostu.

No więc zwolnili mnie. W jednej takiej korporacji, należącej do sławnej Wielkiej Czwórki. Wyobrażacie sobie? No jak oni śmieli! Przecież to ja rzucałam prace, nie prace mnie 😉. W dodatku akurat tej robocie poświęciłam dłuuuugie, bardzo długie dni (i noce). Nadgodzin zrobiłam tyle, że gdybym przeliczyła je na dni wolne, to do osiągnięcia wieku emerytalnego nie musiałabym już pracować. Serce i duszę zaprzedałam bezlitosnej korporacji, a tu takie coś. Zwolnienie.

Zdarzyło Wam się podobne nieszczęście?

Ile ja nocy przepłakałam, ile łez wylałam (Wy też?). Ile goryczy, żalu i smutku zagościło w moim sercu. Nie potrafiłam pojąć dlaczego jeden (co prawda wybitnie głupi, ale jednak jeden) błąd przekreślił w oczach pracodawcy wszystko, co dotychczas robiłam. Co poświęciłam firmie. Jeden błąd przekreślił moją wielomiesięczną, sumienną pracę, zaangażowanie, lojalność. Poczułam się oszukana. Przez życie.

I wtedy właśnie Los po raz kolejny udowodnił, że przewrotność i nieprzewidywalność to Jego nieodłączne cechy.

Rób to, co umiesz najlepiej. Po prostu.

Dziś wiem, że to zwolnienie było najlepszym, co mogło mi się przytrafić. I gdybym spotkała gdzieś mojego byłego szefa, podziękowałabym mu za zwolnienie, czyli za otworzenie mi oczu. Oczu na to, że istnieje świat poza pracą. Kolorowy i piękny świat! Zrozumiał, jak bardzo prawdziwe jest stwierdzenie: pracuj, żeby żyć, nie żyj, żeby pracować.

Podziękowałabym mu za zwolnienie, bo nie mając już zobowiązań zawodowych, bez trudu mogłam przeprowadzić się do innego miasta, w poszukiwaniu swojego miejsca w świecie i na rynku pracy.

Jednak przede wszystkim podziękowałabym dlatego, że zwolnienie z pracy przyniosło mi Miłość. Gdybym nie została wylana z roboty, to pewnie nie miałabym czasu, żeby spotykać się ze świeżo poznanym gościem, mieszkającym 120 km ode mnie. Byłaby to ogromna strata! Bo ten gość jest dziś moim Mężem

P. S. Oczywiście powiedziałabym też byłemu szefowi, że jest zakamuflowanym socjopatą. Podczas gdy ja wylewałam morze łez po słowach: „straciłem do Ciebie zaufanie, nie mogę już z Tobą pracować”, on ograniczył się do pytania: „podać ci chusteczkę?”. Także podsumowując: podziękowałabym, a potem dodała:  kij ci w oko i w tyłek!

A póki tego nie znajdziesz – doceniaj beznadziejną pracę. Po prostu.

Zaprawdę powiadam Wam: beznadziejna praca na pewno się przyda. Znaczy się: umiejętności w niej zdobyte. No i doświadczenia, jakie wyniesiesz.

Czy chciałabym wrócić do pracy jako doradca finansowy? A w życiu! Czy uważam, że ta praca była beznadziejna? Oczywiście! To samo mogę powiedzieć o pracy prawnika. Czy żałuję, że w moim życiu zawodowym pojawiły się te epizody? Nie!

Kiedy roboliłam w spółce zajmującej się pośrednictwem w obrocie nieruchomościami, nigdy bym nie pomyślała, że dzięki zobaczeniu od środka procesów rządzących tym rynkiem, uchronię się od kupna felernego mieszkania, czy równie felernej działki. Co więcej, do głowy by mi nie przyszło, jak bardzo można znegocjować wysokość stawki prowizyjnej pośrednika!

Kiedy roboliłam jako prawnik, ślęcząc godzinami przed komputerem, zatopiona w przepisach i orzecznictwie sądów, nigdy bym nie pomyślała, jak bardzo doświadczenie zdobyte w prawniczym zawodzie przyda się w codziennym funkcjonowaniu. Jak pomoże mi odzyskać pieniądze, niesłusznie pobrane przez bank. Chronić swój interes podczas reklamacji towarów. Rozumieć, co jest napisane w umowach, których tak wiele podpisuje się w trakcie życia.

…bo wszystko dzieje się po coś

Znów nie będę odkrywcza, pisząc powielane przez kołczów zdanie: nic nie dzieje się bez przyczyny. Każde doświadczenie, nawet to nieprzyjemne, prędzej czy później przynosi korzyść. Taka to prawda życiowa, moi Drodzy. Żadna praca nie hańbi (no chyba, że hańbi :D). Nie łam się więc, że jutro znów musisz wstać do roboty, której nie cierpisz. Pomyśl, że to tylko epizod w Twojej karierze zawodowej. W każdej chwili możesz go zakończyć.

Epizod, który kiedyś będzie jedynie wspomnieniem. A Ty jeszcze nie raz podziękujesz sobie, że znalazłaś/ znalazłeś się w tej beznadziejnej pracy. W najmniej oczekiwanym momencie okaże się, jak wielkie znaczenie miała w Twoim życiu. Jak bardzo była Ci potrzebna, żebyś mogła/ mógł pójść dalej.

Ciesz się więc każdym doświadczeniem zawodowym. A potem… Zmieniaj beznadziejne na najlepsze. Tak po prostu.

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!