Szukałam tematów do kolejnych wpisów, powoli mina mi (z)rzedła, bo przejrzałam sporych rozmiarów garść njusów, przeczytałam kilka wywiadów, odwiedziłam zagraniczne portale informacyjne i jakoś… każda materia pozostawiała mnie emocjonalnie obojętną. Skoro więc we mnie uczuć brak, jak mogłabym się nimi podzielić z Wami? Z pustego wszak i Salomon nie naleje. Już, już miałam popadać w stany depresyjne, myśli zmierzały w kierunku pt. „trzeba będzie dalej rozwijać karierę prawniczą”, aż tu nagle… poratowały mnie obcasy. Wysokie Obcasy. A konkretnie wywiad w tychże. O trudnych dniach kobiecych. Ciekawi?

No to na początek, dla odmiany, autopsyjna anegdotka!

Biologia, nauka i „kobiece sprawy” w męskim obiektywie

Kiedy wspominam zamierzchłe czasy gimnazjalne, oczyma wyobraźni widzę scenkę z lekcji biologii. Nauczycielka rozdaje poprawione sprawdziany. Tematem klasówki była budowa i fizjologia człowieka. Moje emocje, związane z otrzymaniem ocenionej pracy, sięgały zenitu. Niczym Hermiona z Harrego Pottera, nie byłam w stanie zaakceptować, że do dziennika mógłby powędrować stopień inny niż 5. Nie, nie tylko z biologii. Z JAKIEGOKOLWIEK przedmiotu. Przyznaję, byłam zdecydowanie (nad)ambitną jednostką. Oczywiście niepotrzebnie, ale akurat tę wiedzę posiadłam dopiero po latach 🙂 .

Dzięki Bogu nie wszyscy byli tak skupieni na przyswajaniu szkolnych wiadomości, jak ja. Otóż kolega z klasy, który swą biologiczną oceną nie był usatysfakcjonowany, nim wyruszył do nauczycielskiego biurka pertraktować w sprawie podwyższenia stopnia, postanowił skonsultować się z towarzyszami ze szkolnych ławek. Zapytał więc, jak to jest, że za dwa pytania dostał zero punktów, skoro na oba odpowiedział poprawnie. Co do zasady miał rację – odpowiedzi udzielił, i to wyczerpujących. Pech jednak chciał, że pomylił dwa, odległe, choć faktycznie podobnie brzmiące pojęcia – „menstruacja” oraz „menopauza”.

Zakładam, że nie ja jedyna mogę podzielić się opowieściami o dość pobieżnej znajomości kobiecej fizjologii – czy to przez kolegów ze szkolnej ławki, czy koleżanki z pracy. Są jednak Panie, które w przeciwieństwie do mnie, za punkt honoru postawiły sobie uświadamianie społeczeństwa w temacie kobiecego cyklu. Czy potrzebnie? Po części pewnie tak. Mam jednak wrażenie, że niektóre nieco się zagalopowały, obierając zbyt kontrowersyjną formę przekazu. Lub też zbyt uduchowioną.

Webinar o duchowym wymiarze miesiączki

Wiecie, webinary są fajne, można posłuchać mądrych ludzi, wymienić się z nimi spostrzeżeniami, podyskutować, poszerzyć wiedzę i horyzonty myślowe. A to wszystko nie ruszając się z domu. Bajka!

Nie do końca rozumiem jednak sens niektórych z nich. Przykładowo, na co komu webinar pt. „Duchowy wymiar miesiączki i cyklu”? Wątpliwości nie rozwiewa nawet zapoznanie się z opisem internetowego szkolenia:

Przepływ, zmiana, przemijanie. Kontakt z mocą życia. Transformacja i głęboki odpoczynek. Odrodzenie. Dzikość. Seksualna ekstaza. Wspólnota kobiet. To tylko kilka z tematów, które łączy miesiączka. Miesiączka jako duchowe doświadczenie ciała. […] Będzie czas by podzielić się własnym doświadczeniem, okazja by redefiniować swoją relację z miesiączką, ciałem i życiem.

Aha. Ludzie. Relacja z miesiączką? Duchowość miesiączki? Serio??!! Jak tak dalej pójdzie, to mistycznym przeżyciem będziemy określać wydmuchiwanie nosa podczas kataru.

Oczywiście menstruacji nie trzeba i nie powinno się wstydzić, bo jaki ku temu powód? Wiecie jednak, co jest zawstydzające? Odzieranie kobiety z intymności. Przez inne kobiety. Dla rzekomego dobra kobiet.

Spektakl o menstruacji

No i wracamy do Wysokich Obcasów. W tychże, pojawił się mini wywiad z reżyserką sztuki „28 dni” – Kamilą Siwińską. Pani postanowiła oświecić zaściankowe społeczeństwo polskie, robiąc spektaklu o… kobiecym okresie. Dlaczego? Bóg jeden raczy wiedzieć, bo moim zdaniem, wywlekanie tematu na scenę jest niepotrzebne i odziera kobiecość z intymności.

Wiecie, potrzeby fizjologiczne też każdy z nas załatwia, bo najzwyczajniej w świecie musi. Nie ma co udawać, że papier toaletowy służy do ścierania kurzu. Jednak spektakli o tym, co człek robi w ustronnym miejscu zwanym łazienką, nie chciałabym oglądać. Jako społeczeństwo nie zachwycamy się kolorem spermy, ani różnymi odcieniami moczu – a przynajmniej nie w debacie publicznej. Dlaczego? Cóż, odpowiedź jest prosta – bo to intymna sfera człowieka. W tym kontekście niezrozumiałe jest dla mnie wywlekanie kobiecej krwi na scenę. No… po co?

Dobra, już pal licho, niechaj będzie, że Pani odczuła potrzebę artystycznego wyrazu, stworzenia swoistego manifestu. Jeszcze bym oko przymknęła, przeszła w miarę obojętnie wobec tematu. Jednak argumentacja, jaką posłużyła się reżyserka kontrowersyjnego spektaklu, wywołała we mnie oburzenie. Za oburzeniem poszła potrzeba jego wyrażenia. Pierwsze, co me emocje wzbudziło i rozgrzało, to słowa reżyserki, jakie padły w odpowiedzi na pytanie dziennikarki, o czym jest spektakl:

Sztuka czerpie z dramatyzmu cyklu menstruacyjnego. Ciało kobiety jest w niej sceną dla comiesięcznych igrzysk.”

Dramatyzm cyklu? No błagam. A co jest dramatycznego w fizjologii, powiedzcie mi, proszę? Dramatyczny to może być ból podczas okresu. Comiesięczne igrzyska? Ktoś mi wytłumaczy, co autorka miała na myśli?

Krew na scenie: hormony i humorki

W dalszej części wywiadu, reżyserka czyni wywody na temat zaściankowości Polaków. Tego, że miesiączka jest wykorzystywana w naszym podłym społeczeństwie, by dyskredytować kobietę. Świadczyć mają o tym słowa typu „coś Ty taka zdenerwowana, okres masz czy co?” i inne komentarze, odnoszące się do korelacji między menstruacją, a podwyższoną nerwowością oraz skłonnością do płaczu u kobiet. To ja się pytam, po raz kolejny, o co chodzi? Nad czym tu rozprawiać? A także co jest obraźliwego w żartobliwych stwierdzeniach odnoszących się do naszej, kobiecej, biologii?

Serio, będziemy się dąsać o to, że w trakcie okresu hormony powodują u kobiet większą emocjonalność? Naprawdę chcemy zaprzeczać naturze? Przecież to fakt (naukowy:P), że podczas miesiączki oraz tuż przed nią, nasze hormony wzbijają się na wyżyny. A to raczej nie umyka uwadze otoczenia. Tak, więcej krzyczymy. Częściej płaczemy. Łatwiej się denerwujemy. Szybciej się wzruszamy. Szukamy przysłowiowej dziury w całym. Jednak… czy sensowne jest wkurzanie się na otoczenie, że zauważa nasze roztańczone w rytm sinusoidy hormony?

Bez przesady. To jak obrażać się o stwierdzenie, że mężczyźni są wzrokowcami. No są. Naprawdę, będziemy denerwować się, iż matka natura stworzyła nas w taki, a nie inny sposób? I że ktoś tę zależność między płcią, a charakterystycznymi dla płci zachowaniami, śmiał zauważyć? Dystansu, więcej dystansu, poproszę!

Niech (comiesięczna) moc będzie z Wami!

Ja tu o dystansie, a tymczasem reżyserka uderza w jeszcze wyższe tony. Mianowicie w uzdrawiającą moc miesiączki. Zastanawiacie się, w jaki sposób tę moc czerpać? Otóż:

Już uświadomienie sobie, odczucie cykliczności kobiecej natury i jej zaakceptowanie daje siłę.”

Tylko powiedzcie mi – siłę do czego? Do zaprzeczania, że źle się czuję, kiedy się źle czuję? Czy do zaprzeczania, że czuję się dobrze, kiedy nie czuję się dobrze? Do zaprzeczania, że okres to nie choroba? Czy do walki o to, by w czasie menstruacji kobietom przysługiwało zwolnienie lekarskie?

Mam wrażenie, że słowa reżyserki są idealną ilustracją sposobu działania części feministek. Nieco się Panie w swoich postulatach zatraciły. Same tak naprawdę nie wiedzą, czego chcą. Oczywiście twierdzą, że lepszego życia dla kobiet. Niestety, wiele obrończyń praw niewiast podejmuje działania, które przynoszą skutek odwrotny do zamierzonego.

Okres nieczystości

A teraz hit. Drogie Kobiety, czy macie poczucie, że w trakcie okresu jesteście nieczyste? Ja nie. Ba, nigdy nie spotkałam się z podobnym komentarzem ani sugestią pod moim adresem. Co więcej, żadna z koleżanek nie opowiadała mi, by spotkało ją okresowe wykluczenie. Tymczasem pani reżyserka głosi tezę, jakoby w naszym nadwiślańskim kraju:

Traktowanie miesiączkujących kobiet jako nieczystych, niegodnych upowszechniło się wraz z patriarchatem i katolicyzmem. Ale na przykład w niektórych rejonach Indii w czasie miesiączki kobieta jest święta. Każda menstruacja to kolejne objawienie jej płodności, które trzeba w szczególny sposób uczcić.”

Bang! Jest i winowajca zaściankowości Polaków – jak zwykle, zły katolicyzm. Katolicki patriarchat. Wiecie, a ja w tym zmaskulinizowanym kraju, nigdy nie miałam problemu, by mój Tata czy mój partner, idąc do sklepu, zakupił mi podpaski. Ba, często udawali się do marketu li tylko i wyłącznie po tę jedną, jakże cenną dla mnie, paczkę. Normalna rzecz, artykuł higieniczny. Podobnie jak pieluchy dla dziecka, papier toaletowy, czy żel pod prysznic. Ale co ja tam wiem, Polska zaściankiem świata, inne kultury wszak bardziej otwarte na kobiece potrzeby.

Już widzę ortodoksyjnego muzułmanina, zapierdzielającego z paczką tamponów pod pachą, bo żona poprosiła o zakup takowych. Ba, te osławione Indie, wbrew twierdzeniom pani reżyserki, wcale okresu nie gloryfikują. Autorka głośnego w ostatnim czasie filmu dokumentalnego „Okresowa rewolucja”, Rayka Zehtabchi, zdaje się potwierdzać moją tezę. Zresztą, co ciekawe, same Wysokie Obcasy w jednym z artykułów głosiły, że miesiączka to w Indiach temat tabu. Do tego stopnia, iż córka nie ma odwagi porozmawiać o okresie ani z matką, ani z koleżanką, ani tym bardziej z mężem (zainteresowanym tematem polecam → http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,157211,24490435,film-o-miesiaczce-dostal-oscara-chlopaki-mowia-to-choroba.html ).

Ale to przecież w patriarchalnej, katolickiej Polsce miesiączkujące kobiety traktowane są jako nieczyste. Amen.

Pokaż majtki, czyli kontrowersyjna okładka

Pani reżyserka, podczas udzielania wywiadu, jeszcze kilkoma odkrywczymi stwierdzeniami się podzieliła. Jednak to nie słowa artystki same w sobie są w tym wszystkim najgorsze. Najgorsze jest, że wpisują się one w pewien trend, który nazywa się… robienie problemu z niczego. Bo czy naprawdę miesiączka jest w Polsce tematem tabu? Czy rozmawiając o kobiecej intymności trzeba wzbudzać kontrowersje? A pro pos kontrowersji – pamiętacie tę okładkę Wysokich Obcasów?

A pamiętacie burzę wokół niej? Społeczeństwo podzieliło się na dwa obozy: fanów odczarowywania okresu oraz przeciwników epatowania comiesięczną krwią. Argumenty z obu stron barykady padały przeróżne, bardziej i mniej trafione. Mnie utkwił w głowie jeden – różnicowanie krwi. Motyw ten, wśród zwolenniczek szeroko zakrojonej debaty o miesiączce oraz pokazywania kobiecej krwi, pojawia się zresztą dość często. O co chodzi? Dobrze obrazuje to przykład, jaki podały redaktorki Codziennika Feministycznego, komentując burzę medialną wokół okładki Wysokich Obcasów:

Nikt nie wyśmiewa się z krwi cieknącej z kolana chłopca, które rozbił sobie na wuefie. Dlaczego więc wyśmiewa się krew dziewczyny, która co miesiąc menstruuje i nie ma na to najmniejszego wpływu?

A wiecie, co ja na to odpowiem? Że Panie, a także wyznawcy tej teorii, chyba życia nie znają. Owszem, nie raz, nie dwa z takiego chłopca ktoś się wyśmiewa. Szczególnie koledzy – że gapa, że niezdara, że mazgaj i ofiara. Argument z cyklu kulą w płot.

No i przede wszystkim – nie porównujmy stłuczonego kolana chłopca do podpaski z krwią. Czy tam majtek z brokatem imitującym krew. Primo – majtki jednak stanowią element kobiecej garderoby, którego na ogół nie pokazuje się każdemu napotkanemu człowiekowi. Umówmy się więc, że sytuacja sytuacji nierówna. Jak małemu dziecku trzeba wymienić pieluchę, bo właśnie doszło do skażenia ekologicznego – rodzic czyni to bez miny wyrażającej odrazę. Ba! Często z uśmiechem na twarzy. Ale! Już niekoniecznie równie chętnie mąż żonie, czy żona mężowi, chce towarzyszyć przy czynnościach fizjologicznych, z udziałem muszli klozetowej.

Mnie to „oswajanie z miesiączką” trochę śmieszy. Mam wrażenie, że kobiety robią problem z niczego, a nawet jeśli jakowyś faktycznie istnieje – debata jest tak infantylna, że traci jakikolwiek sens.

VAT na podpaski, czyli podatek od kobiecości?

Hitem nad hity są w tym względzie feministyczne utyskiwania, że podpaski i tampony powinny być zwolnione z VATu. Bo jakże to, podatek od kobiecości? Ja bym chciała przypomnieć, że opodatkowany jest również papier toaletowy. I szczoteczka do zębów. A także pasta do tychże. Czyli co, mamy w nadwiślańskim kraju podatek od higieniczności?

Ba, mężczyźni, jak wiadomo, golą się. Rzadziej lub częściej, ale na ogół po pianki oraz maszynki sięgają. Aha! A więc jest i podatek od męskości!

No i jeszcze dzieci! Dzieci oraz ich pupy, szczelnie okryte pieluchami. Od nich też VAT płacimy. Od pieluch, nie od pup. A więc podatek od dzietności? Od dziecięctwa? Od dzieci?

Naprawdę, Kobiety – szanujmy się. Podatek od kobiecości to już jest dobitny przykład szukania problemów tam, gdzie ich nie ma.

Mądra edukacja. I normalność.

Oczywiście, edukujmy kobiety, edukujmy rodziny, bo z pewnością są w tym kraju miejsca, gdzie miesiączkująca nastolatka jest pozostawiona sama sobie. Choć nie wyobrażam sobie, żebym we własnym domu, z własną mamą, nie mogła porozmawiać o seksualności, to jednak zdaję sobie sprawę, że taka bywa rzeczywistość niektórych dzieciaków i nastolatków. Brawa oraz szacunek należą się wszystkim tym, którzy w mądry sposób chcą edukować społeczeństwo. Tym bardziej, że w szkole na tego typu akcje zwyczajnie nie ma czasu. I pomysłu. A powinien być.

Nie róbmy jednak z mężczyzn potworów, którzy nas wyszydzają i niczego nie rozumieją, a z siebie ofiar systemu społecznego, opartego na patriarchacie.

Nie budujmy kontrowersji, czy aury mistycyzmu wokół menstruacji. To… po prostu do miesiączki nie pasuje. Pasuje za to atmosfera intymności. I delikatność. Ujęcia tematu, przede wszystkim. Bo to delikatna (acz bolesna) sprawa jest. Żeby rozprawiać o okresie nie potrzebujemy świateł reflektorów, wywoływania do tablicy, czy (ob)scenicznych teatrzyków. Potrzebujemy rozmów merytorycznych, uświadamiających, z poszanowaniem granic intymności każdej kobiety. Bo o dobro kobiety tu przecież chodzi, prawda?