Na tapecie jest obecnie temat polityki. Moich, Waszych, naszych wyborów. Oczywiście, sprawa ważka i ważna, bo skutki będziemy odczuwać przez najbliższe cztery lata (co najmniej). Ja jednak chciałabym napisać o nieco innych wyborach. Ważniejszych niż te, które odbędą się 13 października. Naszych codziennych, z których konsekwencjami będziemy się borykać znacznie dłużej niż przez nadchodzącą kadencję. Nie tylko my zresztą, ale również nasze dzieci. Ekologia – temat, dla jednych niestety wciąż z pogranicza science fiction i teorii spiskowych, dla innych – kwestia życia i śmierci. Tym co mnie najbardziej poruszyło, jest zamieszanie wokół niedawnego strajku klimatycznego i osoby młodej szwedki, chyba wszystkim znanej Grety Thunberg.

Naprawdę nie rozumiem, jak można hejtować DZIECI. Dzieci, które, w przeciwieństwie do większości dorosłych, chcą zrobić coś dla świata. W dodatku coś dobrego.

Greta Thunberg – twór medialny?

Są tacy, którzy twierdzą, że Greta jest wymysłem ekoterrorystów. Wszak dziecko, zatroskane losem planety, wypada w mediach lepiej niż przywiązująca się łańcuchami do drzew grupka obrońców Ziemi. Ja tę teorię spiskową wkładam między bajki, niemniej rozumiem, że w świecie, w którym każdy na każdym chce zbić interes i wszystko jest na sprzedaż, ludziom ciężko uwierzyć w czystość intencji. Czyjąkolwiek. W to, że można kierować się wartościami innymi niż materializm. Że można robić coś nie dla pieniędzy i chęci zysku, ale dla dobra ogółu. A może najbardziej denerwuje fakt, że tak młoda osoba zachowuje się w sposób zdecydowanie bardziej odpowiedzialny niż my, dorośli?

Załóżmy jednak, iż spekulacje o Grecie, jako dziele ekologów, są prawdziwe. Powiedzcie mi, co w tym złego? O ile nie jest do działań przymuszana siłą…komu to przeszkadza? Komu przeszkadza, że dziewczynka zwraca uwagę na realne problemy świata? Pewnie wszystkim, którzy wolą nie słyszeć, iż borykamy się z kryzysem klimatycznym. Prawdziwym, nie teoretycznym. Wygodniej jest przecież myśleć, że nasz doprowadzony do chorych rozmiarów, konsumpcjonistyczny sposób funkcjonowania nie wywołuje negatywnych skutków. Bez przesady, mówią znawcy życia, przecież była już nagonka na freony, dziurę ozonową, nadmierną eksploatację zasobów naturalnych. A jednak nadal tu – na Ziemi –  jesteśmy, no nie?

Szczerze ciekawi mnie, co siedzi w głowach osób zaprzeczających, że za zmiany klimatu, drastycznie przyśpieszające w ostatnich dekadach, odpowiadamy my – ludzie. Szczególnie w głowach tych, którzy mają dzieci. Niby o nasze pociechy dbamy, serki, deserki, śliczne sweterki, a na dokładkę w pokoju malucha taka ilość zabawek, że całe przedszkole można by obdarować. Jednocześnie gros z nas ma gdzieś, że jak tak dalej pójdzie, to jako dorośli ludzie, ukochany skarbek i słodka księżniczka nie będą mieli gdzie żyć, czym oddychać i co pić. I nie, to nie są jakieś przesadzone, wyolbrzymione problemy, wyszukane na siłę. To jest bardzo realny scenariusz przyszłości.

Strajk klimatyczny. A co te dzieciaki wiedzą o życiu?!

No więc właśnie, dla mnie hit nad hity to wypowiedzi internautów w stylu „zamiast strajkować powinni się uczyć, gdzie jest szkoła, gdzie rodzice”. Zresztą, skoro nawet Minister Rolnictwa Polandii wypowiada się w podobnym tonie, to dla reszty socjety znak, że tak można. Tu proszę, cytat, odnośnie strajku klimatycznego oraz przemówienia Grety podczas niedawnego szczytu ONZ w Nowym Jorku:

Uważam, że jest to pewnego rodzaju gra, którą toczą i koncerny międzynarodowe i różne chcące zarobić na tym środowiska, wykorzystując naiwność dzieci […]. Ona (Greta Thunberg) się powinna przede wszystkim uczyć, bo tam są istotne luki w wykształceniu. Gdzie są rodzice, którzy pozwalają, żeby dzieciak się nie uczył.

To teraz ja bym Panu Ministrowi i wszystkim zatroskanym o edukację dzieciaków chciała napisać, że strajk klimatyczny to wydarzenie, które ma miejsce dość rzadko, a więc raczej na frekwencję w szkole nie wpłynie. Nawet ta posiadająca luki w wykształceniu Greta, do szkoły na co dzień chadza. I to wcale nie rzadziej niż inny dzieciak, który przykładowo trenuje szermierkę, pływanie, czy stawia pierwsze kroki w modellingu. Ponadto idę o zakład, że taka młodzież nauczy się znacznie więcej dzięki zajęciom dodatkowym, niż w trakcie lekcji w szkole. A już doświadczenie Grety zapewni jej zupełnie inny start w dorosłość. Zdecydowanie lepszy niż ten, jaki miałaby, gdyby codziennie, przez całe ranki, pilnie się uczyła ze swojej czytanki.

Na dokładkę dodam jeszcze, że wielcy tego świata również mieli i mają luki w edukacji. Richard Branson przykładowo, rzucił szkołę w wieku 16 lat. Steve Jobs, jak pewnie kojarzycie, ze studiowania zrezygnował po pierwszym semestrze. Jeden z najbogatszych Francuzów, Francois Pinault, główny udziałowiec i szef holdingu skupiającego m.in. Grupę Gucci, również nie pokusił się o dyplom magistra. A taki Walt Disney nie ukończył nawet szkoły średniej. Za to od małego pragnął być rysownikiem. Także edukacja nie zawsze jest niezbędna do osiagnięcia sukcesu życiowego! I kropka.

Istotne są: pasja oraz wiara w to, co się robi. A strajkujące dzieciaki wydają się mieć i jedno, i drugie.

Dzieciaki wiedzą, że Ziemię trzeba ratować. A My?

Naprawdę nawet ten, który nie jest specem od meteorologii, geografii czy ekologii, może zauważyć, że na Świecie jest coraz cieplej. Że toniemy w plastiku. Że jakość powietrza wyraźnie się pogarsza.

Jak alarmuje UNICEF, niemal 17 milionów dzieci poniżej 1 roku życia żyje na obszarach, gdzie drastycznie przekroczone są dopuszczalne, międzynarodowe normy jakości powietrza. Drastycznie, czyli ponad sześciokrotnie! A czym grozi wdychanie brudnego, śmierdzącego powietrza? Ano, między innymi nieprawidłowościami w rozwoju mózgów maluchów.

No i kwestia ocieplania klimatu. Gdzie te polskie zimy, z zaspami po pas? Lodowce topnieją w zastraszającym tempie, średnioroczne temperatury w praktycznie każdym zakątku kuli ziemskiej wzrastają, a pomimo tego są tacy, którzy twierdzą, że ocieplanie klimatu to bzdura, fantasmagoria i wymysł ekofreaków. Ręce opadają. Zresztą, nie tylko mi. Klimatolog, profesor Michael Mann, jeden z pionierów teorii o radykalnym wzroście globalnej temperatury, przyznał ostatnio, że ma już dość ciągłego udowadniania swoich racji i odpuszcza dalszą „walkę”. Ze smutkiem stwierdził:

Moje raporty nie robią żadnego wrażenia na politykach. Nadejście niszczących huraganów przewidywaliśmy 20 lat temu. Co z tego, że mieliśmy rację? Politycy nic z tym nie robią”.

Podobnie jak z zalewającym nas plastikiem.

Dzieciaki wiedzą, że świat jest plastikowy. A nie powinien być.

Wiecie, że ilość wyprodukowanego przez ludzi plastiku jest tak duża, iż można by było zafoliować nim całą Błękitną Planetę?

Wiecie, że przez ostatnich 65 lat roczna (!) produkcja plastiku na świecie wzrosła z 2 milionów ton do 380 milionów ton?

Mnie to zdecydowanie przeraża. Jednak jeśli ktoś zapyta, czy kupuję wodę mineralną w plastikowej butelce odpowiem, że tak. Bo czasami chce mi się pić, a nigdzie, w żadnej sieciówce, czy to polskiej, czy francuskiej, czy portugalskiej, czy w końcu niemieckiej, nie widziałam wody w szklanej, półtoralitrowej butelce. Poza tą z gór Włoch lub innej Austrii, której nazwy nie potrafię zapamiętać, bo brzmi tak burżujsko. Co zresztą przekłada się na jej cenę – dwie butelki kosztują tyle, ile przeciętnej klasy wino.

Chciałabym kupić wodę w szkle. Nawet, gdybym – z racji droższego w produkcji opakowania – miała za nią zapłacić kilkadziesiąt groszy więcej. Chciałabym kupić mleko w szklanej butelce. I przez kilka miesięcy kupowałam. Dopóki producent nie przerzucił się na plastikowe opakowania.

Powiedzcie mi też, po cholerę są w sklepach foliowe siateczki-zrywki? Wiem, wiem, żeby do jednej wpakować pomidory, do drugiej ogórki, a do trzeciej cytrynę. Żeby nie wrzucać tych produktów luzem do koszyka, bo przecież w koszyku brudno. Co tam, że nie wiadomo, w jakich warunkach produkty przebywały, zanim trafiły do sklepu.

No i hit nad hity – ekologiczne warzywa i owoce. Dlaczego w każdej możliwej sieci handlowej pocą się one, szczelnie zamknięte w plastikowych pudełkach? Dodatkowo jakoś niezgrabnie, wręcz karykaturalnie, wygląda zestawienie: eko i plastik.

A już, dajmy na to brokuły – mistrzostwo świata. Mam na myśli również te z „tradycyjnych” upraw. Ktoś mi wytłumaczy, w jakim celu owija się się je w folię, a kalafior nie? Może to kwestia manii wielkości, bo brokuł zazwyczaj mniejszych rozmiarów niż kalafior?

Serio, te warzywa oraz owoce w foliach i plastikowych pudełkach po prostu szybciej się psują. Pocą, gniją, zachodzą pleśnią. Tylko czy ja coś mogę z tym (i innymi, podobnie bezsensownymi) procederem zrobić?

Recykling, czyli my zrobimy bałagan, wy posprzątajcie.

Ano, mogę recyklingować plastik. Choć to nie ja wyprodukowałam i wypuściłam tworzywo na rynek.

Z raportu „Carbon Majors Raport” (2017 r.) wynika, że tylko 100 największych korporacji odpowiada za emisję 70 procent gazów cieplarnianych. Czyli jak zwykle duzi rozrabiają, a mali mają po nich sprzątać.

Świetną ilustracją jest tu choćby coca-cola i jej niedawna kampania „uświadamiająca” konsumentów:

Kampania piękna wizualnie, przyznaję! Ale na tym koniec. Nie ma to jak sprzedawać produkt w beznadziejnym opakowaniu i zwalać odpowiedzialność na konsumenta – żeby pamiętał o odpowiednim segregowaniu śmieci.

Zresztą, segregowanie segregowaniem, ale wiecie, że blisko 80% plastiku nie poddaje się recyklingowi? Nawet tego, który teoretycznie nadaje się do przerobienia. Także, droga koku-kolu – może zwyczajnie łatwiej byłoby przerzucić się na szkło? Ale wiadomo, wyższe koszty, drożej, mniejsze zyski. A więc w myśl zasady „po nas choćby i potop” pozorujemy działania pt. dbamy o Planetę, de facto przyczyniając się do jej degradacji.

I tak oto funkcjonuje większość dużych firm – produkują masę śmieci, a potem udają, że pomogą konsumentom je posprzątać. Przy okazji, jak zwykle kłaniam się w pas przed Lego – oni przynajmniej jasno zadeklarowali, że z plastikiem kończą. Choć akurat ten w klockach naprawdę jest wielokrotnego użytku – ja mam zestawy (ku potomności) liczące przeszło 20 lat, a wyglądają jak nowiutkie. To się nazywa prawdziwy recykling – pokoleniowy 😉 .

Protesty młodych mogą zmienić świat. Naprawdę.

Wszechobecny plastik, nadmierna eksploatacja naturalnych zasobów Ziemi i gospodarki oparte o energetykę węglową to naprawdę spory problem dla Planety. A jednak niewiele, by nie powiedzieć, że nic z tym nie robimy. Wiecie, dlaczego? Bo garstka naukowców czy ekologów, w starciu z politykami i przedstawicielami wielkich korporacji, niewiele zdziała. Zdziałać mogą tłumy. W końcu to od niezadowolenia tysięcy zaczynały się protesty, idące za nimi rewolucje i przewroty. Dlatego jestem naprawdę dumna z tego, że młodzież zaczyna brać sprawy w swoje ręce. W trakcie strajku klimatycznego 7 milionów ludzi na całym świecie protestowało w obronie naszego ziemskiego domu. To największe tego typu wydarzenie w historii! I w dodatku zorganizowane przez młodych!

Jednocześnie ogromnie mi przykro, że to nie my – starsi, dorośli, bardziej doświadczeni – dokładamy wszelkich starań, by zapewnić dobrą przyszłość następnym pokoleniom. Że to nie my jesteśmy wzorem dla nich, ale oni dla nas. Że muszą walczyć o lepszy (czy też po prostu zdatny do życia) świat sami, choć przecież sami na świat się nie pchali 🙂 . My ich tu sprowadziliśmy, więc my powinniśmy wziąć odpowiedzialność za to, żeby mieli godne miejsce do rozwoju, dorastania i po prostu bycia. Dlatego widząc tego typu grafiki:

Na myśl przychodzi mi tylko jedno:  to nie dzieci (i ryby), lecz dorośli nie powinni mieć głosu.