Są takie momenty, gdy pomimo kłębiących się jak wzburzone morze myśli, pędzących po głowie z prędkością światła, nie jesteś w stanie powiedzieć i napisać nic. Słowa więzną w gardle, nim uda się którekolwiek uwolnić – cienki strumyczek wciąż napływających łez, skutecznie blokuje potok słów. Siedzisz i zastanawiasz się, gdzie właściwie się znalazłaś – na granicy między jawą a snem? Osadzona w rzeczywistości, której nie poznajesz. Której sobie nie zaplanowałaś. Której nie chcesz. Dla siebie. A tym bardziej – dla swoich dzieci.

Kiedy brzuchowe motyle odleciały do cieplejszych miejsc

Początki znajomości zawsze są piękne. A przynajmniej takie być powinny. Osławione motyle w brzuchu, niekończące się rozmowy telefoniczne, przedłużające się do późnych godzin nocnych (a bywa, że i do rana) spotkania. To, w czym jesteśmy podobni – uskrzydla. To, co różni – fascynuje.

Po okresie „i żyli długo i szczęśliwie” przychodzi jednak codzienność. Okazuje się, że już nie taka bajkowa. Podobieństwa zaczynają irytować, różnice stają się nie do zniesienia. Skoro jednak kotwica została rzucona, „tak” powiedziane przy świadkach wielu – podejmujecie walkę o związek. Macie przecież kredyt, dzieci i wspomnienia pięknych pierwszych miesięcy.

Małżeństwo to najtrudniejsza relacja.
Ze wszystkich życiowych.

Tak zupełnie szczerze i bez lukru czy innego cukru pudru, czuję się oszukana. Nie, nie oszukało mnie życie. Oszukali mnie ludzie, zewsząd napływający, twierdzący jakoby małżeństwo* (i tylko ono) stanowiło kwintesencję życiowego spełnienia. A jego zawarcie – było jednym z najważniejszych celów ludzkiej egzystencji. Tyle się mówi, że trzeba sobie kogoś znaleźć, tyle się widzi idealnych obrazków szczęśliwych rodzinek na Instagramie i wspaniałych zdjęć ze ślubów, że człowiek zaczyna wierzyć, iż szczęście naprawdę zaczyna się tam, gdzie swoje początki ma sakramentalna przysięga. Sama uległam temu złudzeniu – poszukiwanie drugiej połówki, zakończone sukcesem, wydawało mi się koniecznym warunkiem do pełnego życia. Jakby dopiero małżeństwo miało zapewnić szczęście oraz błogostan. W zasadzie, to chyba jednak nie ludzie mnie oszukali – oszukałam się sama, wierząc w ich słowa i przekonania.

*dla uproszczenia będę pisała o małżeństwie, aczkolwiek używając tego słowa mam na myśli każdą relację, która ma charakter partnerski i długotrwały, a w konsekwencji prowadzi do założenia rodziny.

Chwila moment, to nie tak miało wyglądać!

Wiecie, czego mi zabrakło w rozmowach i rozważaniach o małżeństwie? Wiedzy. Szczerości. Prawdy. Nawet jeśli miałaby mieć cierpko-gorzki smak. Chciałabym wiedzieć, z czym przyjdzie mi się mierzyć, zanim podejmę ślubne wyzwanie i znajdę się w sytuacji, w której przypisana mi zostanie rola żony.

Dlaczego nikt (albo prawie nikt) nie mówi głośno, że małżeństwo jest najtrudniejszą relacją, jaką kiedykolwiek przyjdzie człowiekowi budować? Życie dwóch lokatorów pod jednym dachem, gdy każdy przytaszczył i postawił na środku salonu swój bagaż doświadczeń, dorzucił nawyki oraz wyniesiony z rodzinnego domu model budowania relacji, to prawdziwa orka na ugorze. Oczywiście, są momenty wspaniałe, wzruszające i cudowne, ale mam wrażenie, że obraz małżeństwa, który nam się serwuje, ogranicza się tylko do tego milutkiego wycinka. Plus wszędobylskiego pitolenia, że warto wybaczać zdradę i dalej budować związek (nie, nie warto, ale o tym innym razem).

Dlaczego też, poza krążącymi wśród pokolenia naszych babć sekretnymi sentencjami, nie mówi się głośno o tym, że ślubu nie bierzemy li tylko i wyłącznie z wybrankiem? Tak naprawdę hajtamy się również z jego rodziną. No bo, umówmy się, to jak człowiek funkcjonuje i jaki jest, w dużej mierze wynosi z domu właśnie. Irytuje Cię konkretne zachowanie teścia, teściowej czy brata męża? – z dużym prawdopodobieństwem ujawni się wkrótce w Ukochanym. Tymczasem w przestrzeni publicznej hołduje się zasadzie, że każdy jest kowalem własnego losu i wszystko zależy od nas. Guzik z pętelką, nieprawda! „Ja” to kumulacja naszych rodzin, z dodatkiem tego, co udało się zebrać od innych ludzi, napotkanych na życiowej drodze. Bardziej błyskotliwi zdają sobie z tego sprawę, próbując walczyć o lepszą wersję siebie, a Ci, którym w odkryciu powielanych, zaczerpniętych od rodziców schematów pomaga(ł) profesjonalista (terapeuta), mają największą szansę na świadome budowanie relacji.

Tak czy inaczej, fakty są następujące: Małżeństwo to ciężka praca, nad sobą, nad drugą osobą. Nad tym, by „ja” przyciąć i dopasować do „my”. A jak wiadomo czasem kartka się podrze, czasem nożyczki tępe, czasem przytnie się za daleko, nierówno albo niedokładnie. I konflikt gotowy.

To, co w małżeństwie najlepsze

Wiecie co jest najpiękniejsze w małżeństwie? Dzieci. Serio, bez jaj. Dzieci są najlepsze – ta relacja naprawdę się „opłaca”. Obezwładniająca miłość, na widok wpatrzonych w Ciebie małych ślepek, pojawia się w chwili, gdy po raz pierwszy widzisz maleństwo i trwa po kres Twoich dni. Kiedy zastanawiasz się jak to możliwe, że kochasz kogoś – Dzidzia – tak bardzo, okazuje się, iż następnego dnia czujesz jeszcze mocniej. I mocniej. Z każdym kolejnym porankiem, wschodem i zachodem słońca – miłość rośnie. Nawet jeśli czasami masz dość macierzyństwa, a dziecko najchętniej oddałabyś pierwszemu lepszemu przechodniowi, chociaż na 5 minut, by w ciszy oraz spokoju wypić kawę, to rodzicielstwo jest najpiękniejszym darem, jaki człowiek może otrzymać tu, na Ziemi. W małżeństwie o miłość i wyjątkowość jest trudniej. Trzeba na nią „zapracować”.

Miłość do partnera budujemy stopniowo, dokładając cegiełkę po cegiełce, tę do dziecka – dostajemy w gratisie, na wstępie przygody z rodzicielstwem. Bywa, że małżeńska się najzwyczajniej w świecie wypala, jej płomień staje się na tyle delikatny, że ledwo go zauważamy. Jeśli w porę nie zaczniemy dmuchać i chuchać – przestaniemy dostrzegać blask, czuć ciepło. Zniknie. A macierzyństwo? Jest jednym, wielkim ogniem miłości, nie da się go ugasić. Nawet jeśli brzdąc wkłada ogrom wysiłku w to, by dolać oliwy i dać nam popalić 🙂 .

Pewnie istnieją idealne małżeństwa, kochające się od pierwszego spotkania do grobowej deski, wspierające na każdym kroku, rozumiejące drugie serce i czujące jego rytm. Obstawiam jednak, że więcej jest związków, w których albo zgrzyta, albo idą iskry. Do zatarcia mechanizmu.

I to, co w małżeństwie najgorsze

Czyli widmo rychłego końca. Kiedy nie starcza już sił, by znów tłumaczyć nasz punkt widzenia. Gdy nasze światopoglądy zaczynają się rozjeżdżać. Kiedy schemat kłótni zapętla się niczym piosenka na YouTubie (ta, której nie lubimy, rzecz jasna). Czy warto walczyć o małżeństwo? Cóż, najpierw trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czym ta walka miałaby być, jak ją rozumiemy. Jestem przeciwniczką walk – bez ofiar się nie obędzie. No i brzmi oraz pachnie desperacją. Natomiast naprawiać związek – zawsze warto. Pod warunkiem, że mamy odpowiednie do tego narzędzia. Nawet jeśli ktoś bardzo się stara, to przykładowo, nie naprawi pralki młotkiem, ani nie wbije gwoździa kluczem imbusowym. Trzeba spojrzeć na relację i zastanowić się, czy jesteśmy kompatybilni. Jak możemy sobie pomóc? Mamy akcesoria potrzebne, by naprawić źle działający mechanizm wzajemnych reakcji? Czy rozmowa przynosi jakiś skutek? Bo wiecie, można sobie gadać i obiecywać, a głupiemu radość.

Myślę, że empatia, umiejętność słuchania i reagowania na potrzeby partnera (nie na to, co nam się wydaje, że partnerowi jest potrzebne), stanowi klucz do sukcesu w relacji. Wspólne planowanie. Wspólne dzielenie się planami. W ogóle dzielenie się życiem. Nie musi być po równo, byleby obecność każdego z partnerów była zauważalna we wszystkich sferach wspólnego życia. A mam nieodparte wrażenie, że my – kobiety, bierzemy na siebie odpowiedzialność za większość spośród tych kolegialnych obszarów. Bo chcemy lepiej dla dzieci, lepiej dla partnera, własne potrzeby spychając na koniec kolejki priorytetów. Dźwigamy, dźwigamy, i jak nam już cholernie ciężko – rozkładamy ręce krzycząc, że partner nie pomaga. Co sprytniejsze z nas od razu proszą o pomoc, ale… jak jej nie dostają – zaczynają dźwigać same. Wszystko. Aż w końcu opadają z sił. Najgorzej, jeśli okazuje się, że partner nie jest w stanie pomóc nam do tych sił powrócić.

***

A więc czy małżeństwo ma sens? Oczywiście, i to ogromny. Trzeba tylko wejść w nie z pełną świadomością, wiedząc jaki inwentarz na nas czeka. A gdy w związku zaczyna się psuć – naprawiajmy, ratujmy. Bo warto! Jeśli widzimy szanse na sukces. Przy tym wszystkim dbajmy jednak przede wszystkim o swoją satysfakcję i spełnienie. Jeżeli związek nie daje nam poczucia szczęścia, lub co gorsza – zabiera nam je, ratujmy siebie. Zawsze. A dzieci? Prędzej czy później na pewno nam za to podziękują.