Krótki poradnik, jak nie zmarnować sobie 5 lat życia 🙂 .

Twoje predyspozycje vs wybór studiów

Zacznę od tego, że od dziecka jakaś tajemnicza siła, można rzecz magiczna, niewidzialna ręka (boska?), ciągnęła mnie w kierunku artystycznym. Przejawiało się to na wiele sposobów. Całe szkolne życie brałam udział w każdym, możliwym konkursie recytatorskim, uczestniczyłam w kółkach teatralnych i wszelkiego rodzaju szkolnych przedstawieniach. Gwoli ścisłości, śpiewaczką operową nie miałam szans zostać. Daleko mi również do Britney Spears, a głos Whitney Houston był mi dostępny jedynie na taśmach magnetofonowych (tak, tak, moje dzieciństwo to  różowe lata 90., magnetofony i lista 30 TON w TVP 2). Niemniej nieskromnie przyznać muszę, że talent aktorski posiadałam. Wygrywałam więc zdecydowaną większość konkursów, do jakich się zgłaszałam (dlatego też, i ze względu na mą niezmierzoną ambicję, zdobycie 2 czy 3 miejsca traktowałam jako porażkę). Chwalono mnie i często gratulowano tak zwanego talentu.

Gdy w czasach licealnych przyszedł czas wyboru studiów, nie miałam wątpliwości, że powinnam skierować swe kroki ku szkole aktorskiej. Przygotowywałam się więc skrupulatnie do egzaminów, czego naturalnym następstwem było zaprezentowanie mych zdolności komisji PWST w Krakowie oraz we Wrocławiu. Problem polegał na tym, że poza pięknym opowiadaniem fragmentów prozy czy wierszy, podczas egzaminów należało również zaprezentować zdolności wokalne. Czyniłam co mogłam, by wykrzesać z siebie syreni śpiew. Ba, przez calusieńką klasę maturalną chadzałam do jednej z aktorek w moim rodzimym teatrze muzycznym. Ta niezwykle cierpliwa kobieta pomagała opanować podstawowe dźwięki, ucząc mnie sposobu ich wydobywania tak, by układały się w melodyjną całość. Wiecie, z pustego jednak i Salomon nie naleje.

Marzenia vs rzeczywistość,
czyli zastanów się dwa razy, o czym marzysz

I nie nalał. Nie dostałam się na swój wymarzony kierunek. Żal był ogromny, chęć poprawy jeszcze większa – cały pierwszy rok studiów prawniczych spędziłam przygotowując się do ponownego zdawania egzaminów do szkoły aktorskiej. Na szczęście rodzice moje plany sprowadzili do parteru, kwitując pomysł córki słowami: „Zdawaj gdzie chcesz, ale my do tego złotówki nie przyłożymy”. Bez wsparcia finansowego nie miałam oczywiście szans utrzymać się na studiach aktorskich, przynajmniej na początku. Z żalem w sercu i ściśniętym gardłem rozpoczęłam więc kolejny rok prawniczej rzeźni.

Z dzisiejszej perspektywy myślę, że Opatrzność nade mną czuwała, gdyż na aktorkę jednak się nie nadawałam. Pomijam już mój brak talentu wokalnego. Ja po prostu nie byłabym w stanie żyć w ciągłym stresie, na walizkach i zależna od widzimisię dyrektora teatru, czy innego reżysera serialu. No i zajęte wieczory, zajęte weekendy, poczucie spełnienia zależne od braw publiczności. Podziękuję, kłaniając się w pas – praca nie na moje nerwy.

Na moje nerwy nie było również prawo. Można więc rzec, że wpadłam z deszczu pod rynnę. Z tej rynsztokowej sytuacji wyciągnęłam jednak wnioski, którymi pragnę się z Wami podzielić.

Gotowi?

Zastanów się 3 razy, zanim zdecydujesz się studiować… w Polsce

To jest moja pierwsza porada. Ubolewam nad tym, że w naszym pięknym, nadwiślańskim kraju, system edukacji – zarówno na poziomie podstawowym jak i wyższym – jest równie przestarzały co pogląd, że Ziemia jest płaska. Choć, o dziwo, w dzisiejszym świecie istnieją wyznawcy teorii o plackowatej planecie, o czym pisałam Wam tutaj. W każdym razie skostniałość i przeładowanie niepotrzebną nikomu wiedzą, to znaki rozpoznawcze polskiego szkolnictwa (wyższego). Jeśli więc miałabym szansę raz jeszcze wybierać studia – zrobiłabym wszystko co w mej mocy, by udać się na nie na zagraniczną uczelnię. Zobaczyć od podszewki, jak i czego uczy się inna nacja? Świetna sprawa! Angielski, czy tam inny język obcy, podszlifowany do granic możliwości. Perspektywy pracy po studiach – obstawiam, że zdecydowanie lepsze niż po analogicznym kierunku na uczelni polskiej! Przy okazji człek (roz)buduje otwartość umysłu – wszak przez kilka lat będzie żyć w odmiennych warunkach kulturowych, obserwując tubylcze obyczaje. Studia na zagranicznej uczelni to również ogromna możliwość wypłynięcia na naprawdę szerokie wody samodzielności i stania się bardziej świadomym siebie stworzeniem. Czego chcieć więcej?

Zastanów się 3 razy, zanim zdecydujesz się studiować na uczelni państwowej

Jeśli jednak pałasz ogromem miłości do ojczyzny i pragniesz studiować w Polszy – mam kolejną złotą radę. Nie wybieraj uczelni państwowej, szczególnie, jeśliś o humanistyczno-społecznych (a nie ścisłych) predyspozycjach 😉 .

Gdy zdawałam na studia, uczelnia państwowa wydawała mi się jedynym słusznym, naturalnym wyborem. Bo te prywatne to wiadomo – gorsza jakość kształcenia, trudniej później dostać pracę, niczego się człek nie nauczy. No bzdurne myślenie po tysiąckroć! Gdybym jeszcze raz miała lat 19 i dzisiejszą świadomość, na pewno zdecydowałabym się na dobrą uczelnię prywatną. Dlaczego? Po pierwsze – płacisz więc wymagasz. Co oznacza większą elastyczność prowadzących i mniej wkuwania bezsensownej, bezużytecznej teorii. A to z kolei oznacza więcej czasu dla siebie. Na korzystanie ze studenckiego życia! I na zdobywanie praktyki, oczywiście.

Po drugie – uczelnie prywatne mają zazwyczaj lepsze zaplecze, tj. komputery, pomoce dydaktyczne, poradniki, sale „badawcze”. No i przede wszystkim – większą dostępność praktyków, co daje możliwość podłapania kontaktów branżowych.

Pamiętam, że na studiach prawniczych przez całe 5 lat ich trwania, napisałam jeden pozew. Słownie: jeden. Na który poświęcone zostały jedne zajęcia. Wszystkiego uczyłam się „sama” – na praktykach, które sobie załatwiałam, a później w pracy. Za to ile bezsensownej wiedzy przez tych kilka lat przyswoiłam, to się aż w głowie nie mieści. Wiedzy kompletnie do niczego nieprzydatnej. No bo powiedzcie mi, po co prawnikowi znajomość życiorysu 300 myślicieli, którzy na przestrzeni wieków debatowali o tym, czym jest państwo i prawo? Jak bym chciała zgłębić utopijną filozofię Morusa, czy jakiegoś egzystencjalisty pokroju Sartre – zrobiłabym to we własnym zakresie, za pomocą Wikipedii lub wybranej literatury.

Człowiek po uczelni państwowej wychodzi naładowany teorią, która nijak nie przystaje do praktyki. Według mnie – strata czasu!

Zastanów się 3 razy, zanim zdecydujesz się studiować w trybie dziennym

Czy drugi raz zdecydowałabym się na studia w trybie dziennym? Nie. Wolałabym studiować zaocznie. Dlaczego? Po pierwsze – mniej materiału do przyswojenia. Pamiętam, że w przypadku prawa wyglądało to tak: ja miałam do opanowania 100% materiału (z czego jakichś 60% nigdy nie wykorzystałam, w żadnym momencie mojego życia zawodowego), podczas gdy studenci weekendowi – 60% materiału. Czy kończyli edukację będąc gorzej przygotowanymi do rynku pracy? Wprost przeciwnie! Nie dość, że nie tracili czasu na wkucie mnóstwa bezużytecznej wiedzy, to jeszcze mieli możliwość podjęcia pracy już w trakcie studiów. Efekt? Ano, między innymi taki, że studiując zaocznie człowiek zapewnia sobie większą niezależność finansową. A po studiach – ma około 4 lat doświadczenia zawodowego. Taki wynik przy studiach dziennych jest niewykonalny.

Gdybym zdecydowała się na studia zaoczne, po ich ukończeniu nie zaczynałabym od zera (o czym poniżej), lecz miałabym pensję, która spokojnie pozwalałaby na prawdziwy start w dorosłość. Warto przemyśleć!

Zastanów się 3 razy, czy po studiach będzie Cię stać na satysfakcjonującą płacę

Więc przemyślmy. Nie chodzi mi o to, że jak już wdrapiesz się na szczyt drabiny, zarobisz kilka(naście) tysięcy. Chodzi mi o to, czy kończąc studia będziesz mógł żyć na własną rękę. Godnie. Nie w wynajmowanym, malutkim pokoiku, w którym musisz „chować” łóżko w ścianę, żeby móc rozstawić biurko. Nie żywiąc się parówkami i kajzerkami, dorwanymi na promocji w Stonce.

Godnie czyli tak, by było Cię stać, jeśli nie na ratę za mieszkanie, to chociaż na wynajęcie kawalerki. No dobra, wynajęcie jej we dwie osoby. By było Cię stać na normalne żywienie, wyjście od czasu do czasu do kina, kupienie sobie pary wygodnych butów i ciepłej kurtki na zimę. To są podstawy podstaw. Ja przykładowo nie wiedziałam, że po 5 latach naprawdę trudnych studiów, będę zarabiała kilkaset złotych. Miesięcznie. A i tak byłam szczęśliwcem, bo większość koleżanek i kolegów, magistrów prawa, roboliła rok, dwa albo i trzy za darmo.

Rozeznaj się więc w sytuacji na rynku pracy, zanim postanowisz spędzić 5 lat na przygotowaniach do wybranego zawodu. Chyba, że nie przeszkadza Ci gryzienie ścian – wtedy żadne badanie rynku nie będzie potrzebne 😉 .

Zastanów się 3 razy, czy studia otworzą Ci drogę do ciekawej pracy

Serio. To jest świętość nad świętościami. Na pierwszym roku mych nieciekawych studiów, jeden z wykładowców przemówił do nas tymi słowami: „Wybraliście Państwo jedne z najnudniejszych studiów, jakie istnieją. Na szczęście praktyka jest ciekawa”. Miał rację, co do jednego – studia były nudne jak flaki z olejem! Nic to, zakodowałam sobie w głowie, że 5 lat się przemęczę. A potem… haj lajf, Las Vegas na weekend, Bora Bora w trakcie ferii zimowych. I ekscytująca praca jak w „Magdzie M”, „Prawie Agaty” czy „Suits”.

Moja porada: zakoduj sobie, że serial to fikcja i nijak nie przystaje do rzeczywistości. Inaczej skończysz jak ja – spędzisz 4 lata, pracując w jednym wielkim przeciągu – w mojej pracy permanentnie i z każdej strony wiało nudą!

I najważniejsze: dostosuj przyszły zawód do swojego temperamentu! Jeśli jesteś człowiekiem żywiołowym, który musi non stop być w ruchu i nie cierpi żmudnej grzebaniny w papierach, błagam – nie wybieraj księgowości. Czy administracji. Albo prawa. W najlepszym wypadku stracisz kilka lat na studiowanie dziedziny, która nigdy nie będzie Twoją pasją. Ani nawet czymś, co lubisz. W najgorszym – utkniesz w nudnej pracy na kolejnych 30 lat swojego życia.

♥♥♥

Czy studiowanie prawa było zmarnowanym czasem? Cóż, skoro już takie doświadczenie w mym życiorysie się pojawiło, to zamiast biadolić, przekułam je w tak zwany sukces. Innymi słowy poszukałam profitów, zastanowiłam się, co też studia mi dały. No i muszę przyznać, że:

uświadomiły mi, iż jestem jedną z setek innych, na pierwszy rzut oka podobnych do siebie osób, więc jeśli sama o siebie nie zawalczę, by pokazać, co mnie wyróżnia – nikt po mnie płakać nie będzie (wiecie, na prawie jeden student w tę czy we w tę nie robi nikomu różnicy);

nauczyły mnie świetnej organizacji – w sesji wszystko miałam zaplanowane co do minuty, łącznie z czasem przeznaczonym na spożycie i przygotowanie posiłków. Dla uściślenia – okres sesyjny, czyli nauki do sesji, trwał około 2 miesięcy;

wykształciły we mnie skrupulatność i dokładność, a praca w zawodzie uświadomiła, że zrobienie świetnego riserczu stanowi połowę sukcesu 🙂 .

Pewnie jeszcze kilka innych „plusów dodatnich” by się znalazło. Niemniej, gdyby ktoś zapytał mnie, czy ponownie wybrałabym ten kierunek, bez sekundy zastanowienia, za to z pełnym przekonaniem, odpowiedziałabym zdecydowane NIE.

O, właśnie, przy okazji kolejna rada – ZAWSZE słuchajcie tego, co Wam w sercu gra. Nie tego, co inni myślą, że powinno zagrać. Przykładowo ja, zamiast sugerować się rodzinnymi poradami odnośnie tego, jakie profity ze studiowania prawa mnie czekają, powinnam była zaufać intuicji. I od razu wybrać dziennikarstwo (w końcu pisanina nosi w sobie elementy artyzmu, a z tym niewątpliwie było mi po drodze!). Które to studia, ostatecznie, po dwóch latach męczącego mnie prawa, postanowiłam równolegle pociągnąć. Gdybym zgłębiała tę dziedzinę od początku mojej kariery studenckiej, pewnie obrana ścieżka zawodowa wyglądałaby zuuuupełnie inaczej. A ja miałabym mniej momentów zwątpienia – w sens edukacji i przede wszystkim – pracy!

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
Powiadom o