Ameryki może nie odkryję, bo nieco mnie Kolumb ubiegł, kwadratowego koła też nie wymyślę, bo z rysunkiem (również technicznym) u mnie kiepsko, ale! Mogę się z Wami podzielić przemyśleniami nad kondycją wirtualnego świata, a dokładnie jakością wypowiedzi człowieków w internetach.

Oh, jakże uwielbiamy komentować! Media społecznościowe, fora, artykuły na portalach informacyjnych – wszędzie chętnie zostawiamy wirtualny ślad. No więc zaczęłam się zastanawiać, jaki przekaz przeważa w komentarzach – pozytywny, czy też negatywny? Zewsząd dochodzą mnie słuchy, że globalna wioska pełna jest nienawiści. Postanowiłam więc sprawdzić, czy internety naprawdę hejtem stoją? A może po prostu żyjemy w świecie, w którym zatraciliśmy umiejętność przyjmowania krytyki i wszystko odbieramy jako atak na naszą jaśnie oświeconą osobę? O tym będą rozważania. Na zachętę napiszę, że wplotłam sporo ciekawostek z różnorakich badań – do dzisiejszego wpisu zrobiłam risercz tak rozległy, jak piaski Sahary i tak głęboki, jak Rów Mariański. O, przy okazji widzicie, że z geografii nie jestem taka ostatnia 😉.

Wracając jednak do wirtualnej rzeczywistości… Internety to taka śmieszna przestrzeń, w której – kiedy już się pojawimy – rozsiadamy się niczym królowie. Jak powszechnie wiadomo – królowie mogą wszystko i wszystko wiedzą najlepiej. Najzabawniejszy w nas jest jednak nie potencjał na mądrość, ale to, że choć sami krytykować lubimy, to gdy krytyka dotyczy nas – traktujemy ją jako zniewagę najwyższej rangi, za którą sprawcy należy się szubienica, w najlepszym zaś wypadku – blokada konta. No i teraz na myśl nasuwa mi się jedno – czy portale społecznościowe pełne są przewrażliwionych na swoim punkcie celebrytów, influencerów i polityków? Schizofreników, którzy w odmiennych poglądach widzą falę hejtu? Czy może/ jednak/ czasami – coś (hejt) jest na rzeczy?

Hejt czy krytyka?

Dobra, słowo hejt jest na topie, więc wszyscy rzucają nim na prawo i lewo, ale gdyby tak się głębiej zastanowić – czym właściwie jest hejt? Coby Wam tu rzetelnie odpowiedzieć, najsampierw zajrzałam do słownika języka polskiego. No i wedle tamtejszej definicji, hejt to „obraźliwy i zwykle agresywny komentarz internetowy; 2. mówienie w sposób wrogi i agresywny na jakiś temat lub o jakiejś osobie”. Trafnie doprecyzowuje znaczenie hejtu profesor Bralczyk:

„To słowo [hejt] krótkie, więc wygodne. Ale co ważniejsze, łatwiej hejtować niż nienawidzić. Trudno przecież przyznać się do nienawiści, która jest poważnym i negatywnym uczuciem. Obce, angielskie słowo ułatwia sprawę, nie ma w języku polskim tych samych konotacji.”

Pytanie tylko, gdzie przebiega cienka czerwona linia, oddzielająca hejt od krytyki? Jak odróżnić te dwa zjawiska? W poszukiwaniu odpowiedzi znów skierowałam wzrok w stronę sjp., tyle że tym razem słownik niewiele rozjaśnił. Wedle definicji krytyka to „surowa lub negatywna ocena kogoś lub czegoś”. Zaraz, zaraz… Czy w takim razie każdy hejt to krytyka? A może każda krytyka to hejt? Ktoś, coś?

Hejt w świetle prawa

Postanowiłam zgłębić temat. Obudziłam więc drzemiącą we mnie prawniczą naturę i przyjrzałam się hejtowi z prawnego punktu widzenia. Poszukałam, na gruncie ustawodawstwa, różnicy między dopuszczalnym krytykanctwem, a hejtem. I wiecie co? I nic!

Po pierwsze dlatego, że przepisy nie definiują hejtu. Prawodawca wyszedł z założenia, że wystarczą regulacje dotyczące „zniesławienia” oraz „zniewagi” i pod te pojęcia, każdorazowo, powinniśmy podciągać hejtowanie. Hejt jest wówczas traktowany jako zniesławienie/ zniewaga za pomocą środków masowego komunikowania (doperecyzowujac: jak ktoś o nas nieładnie mówi w internetach i chcemy tę osobę ukarać, to powinniśmy wystosować akt oskarżenia, opierając się na przepisach kodeksu karnego, który uznaje istnienie takich przestępstw jak zniesławienie – zdefiniowane w art. 212  kodeksu karnego, czy zniewaga – zdefiniowana w art. 216 kodeksu karnego). Niby więc jakaś tam podstawa do ścigania hejtera jest, ale jak to wygląda w praktyce?

Czy faktycznie istnieją szanse, by ukarać osobę, obrażającą nas w sieci (w mediach)? Żeby to sprawdzić, zerknęłam, jak nasze pikne, polskie sądy rozstrzygają tego typu sprawy. Przegrzebałam orzecznictwo (wyroki sądów) w poszukiwaniu hejtu. Oto wyniki śledztwa (będzie trochę śmiszno i odrobinę abstrakcyjnie). Będzie o polskim wymiarze sprawiedliwości na przykładach i w ludzkim (nie prawniczym) języku. Gotowi?

Sprawa nr 1, czyli o ludziach uczciwie myślących

„O zniesławiającym charakterze wypowiedzi nie decyduje też jej skutek w postaci reakcji społeczeństwa (a właściwie osób w otoczeniu pokrzywdzonego), wyrażającej się zmianą w nastawieniu do niego. Chodzi wyłącznie o opinię społeczną znajdującą wyraz w poglądach ludzi rozsądnie i uczciwie myślących. Należy zatem badać każdorazowo, czy określona wypowiedź mogła nie tylko u adresata, ale u przeciętnego, rozsądnie zachowującego się człowieka wywołać negatywne oceny i odczucia”.

(wyrok Sądu Najwyższego z 8.03.2012, sygn. akt V CSK 109/11, OSNC 2012/10/119)

No po prostu… kocham miłością nieskończoną pogmatwane uzasadnienia wyroków – wzniosłe, pisane czystą polszczyzną i pozbawione jakichkolwiek oznak emocjonalności. Takie ładnie brzmiące pitu pitu, w żaden sposób nieprzystające do rzeczywistości. Zastanówcie się… jak zdefiniować człowieka „o rozsądnych poglądach”? I „uczciwym myśleniu”? Jakim cudem można sprawdzić, czy ktoś myśli uczciwie? A rozsądnie zachowujący się człowiek? Czy jak biegam po domu z rurą od odkurzacza i durszlakiem na głowie, wołając do Syna „Strażaku, pali się stołek w kuchni!” to jestem rozsądna, czy niekoniecznie? Ten wyrok, jakkolwiek pięknie sformułowany, jest więc o kant…stołu. Niewiele rozjaśnia w kwestii hejtu.

Wyniki dalszych poszukiwań granic dopuszczalnej krytyki wcale nie prezentują się lepiej. Dlaczego?

Sprawa nr 2, czyli co wolno wojewodzie to nie Tobie…

Na przykład dlatego, że już z samą równością wobec prawa bywa różnie. Jednym w internetach wolno powiedzieć więcej (i nie zostaną za krytykę ukarani), innym mniej. Przykładowo, jeśli Kowalski napisze Nowakowi „Pan żeś jest ciemnota, bo powiedziałeś, że pierwsza była kura, a nie jajko, a Nowak wcale tak nie powiedział (bo powiedział, że pierwsze było jajko), to Kowalski może zostać oskarżony (a nawet i skazany) za zniesławienie Nowaka. Ale, ale – dziennikarzy już ta zasada prawdziwości twierdzeń nie obowiązuje. Jeśli więc dziennikarz napisze o Nowaku „Pan żeś jest ciemnota, bo powiedziałeś, że pierwsza była kura, a nie jajkoto wielce prawdopodobne, że sąd uzna taką wypowiedź za dopuszczalną krytykę. Jak to możliwe? Ano tak, patrzcie:

 W świetle orzecznictwa Trybunału [chodzi tu o Europejski Trybunał Praw Człowieka] dla oceny czy dziennikarstwo może być określone jako rzetelne, istotne jest to, czy w konkretnym przypadku przed publikacją doszło do przeprowadzonej w dobrej wierze weryfikacji zarzutów i czy spełniony został dziennikarski obowiązek sprawdzenia faktów pochodzących z wiarygodnych źródeł […].
Co do zasady bowiem, zarzut zniesławienia, podobnie jak naruszenia dóbr osobistych, uchyla prawdziwość informacji zawartych w wypowiedzi zniesławiającej, jednakże wobec dziennikarzy tego rygoru nie stosuje się. Wynika to z doniosłości społecznej roli tego zawodu oraz szczególnych warunków jego wykonywania, w których – z natury rzeczy – zdobycie niebudzących wątpliwości dowodów na poparcie formułowanych w materiale prasowym twierdzeń jest bardzo często zwyczajnie niemożliwe. […] Kryterium prawdy albo fałszu, jako – co do zasady – podstawowe dla oceny zniesławienia, ustępuje w tych wypadkach miejsca rzetelności i dobrej wierze dziennikarza oraz temu, czy konkretna publikacja zmierza do ochrony interesu publicznego.”

(postanowienie Sądu Najwyższego z 25.09. 2017, sygn. akt: II KK 146/17)

No dobra, brzmi to jak chińszczyzna, czyli niezrozumiale, więc wszystkim tym, których z prawem łączy jedynie to, że mają prawo jazdy, objaśniam o co się tu rozchodzi.

Przytoczony fragment wyroku zapadł w sprawie, która dotyczyła artykułu napisanego przez dziennikarza jakowejś tam gazety. Bohaterką artykułu była spółka, działająca na rynku farmaceutycznym (producent leków). Ponoć w firmie dochodziło do przekrętów, i o tym fakcie dziennikarz postanowił poinformować opinię publiczną, czyli nas. Ludzie zarządzający spółką, zobaczywszy ich zdaniem kłamliwy artykuł, wkurzyli się. Uznali, że dziennikarz napisał nieprawdę, a że taka zniewaga krwi wymaga – poszli do sądu. Żeby, rzecz jasna, sprawiedliwości stało się zadość. Broniąc swego, dziennikarz powiedział mniej więcej coś takiego: „hola, hola, może i napisałem nieprawdę, ale zrobiłem porządny risercz, z którego wynikało, że moje informacje są prawdziwe; jakby co to nie wiedziałem, że kłamię, proszę wysokiego sądu o łagodne potraktowanie”. Co na to wymiar sprawiedliwości?

Sąd nasz wspaniały (a w zasadzie sądy, bo sprawa przeszła drogę od sądu I instancji, przez sąd II instancji, aż do Sądu Najwyższego) w zasadzie przyznał rację dziennikarzowi. Stwierdził, że żurnalista, nawet jeśli napisał nieprawdę na temat spółki, nie musi za to przepraszać, bo przed opublikowaniem artykułu zrobił porządny risercz i sprawdził źródła informacji, w oparciu o które napisał artykuł.  Sąd dodał też,  że niby dziennikarze więcej mogą, znaczy mogą się mijać z prawdą. Że niby to zawód o doniosłej roli społecznej (szczególnie, gdy się pracuje w kudłatych portalach, albo inny super faktach – niesamowita wprost doniosłość społeczna). Grunt, coby dziennikarz był rzetelny i działał w dobrej wierze (jedno z moich ulubionych, prawniczych pojęć – „dobra wiara” – hasło wytrych, wszystko i nic). No jajca jakieś, nie sądzicie?!

Sprawa nr 3, czyli krytykuj, nie obrażaj

Żeby jednak nie było, że się na te sądy uwzięłam – na koniec przytoczę Wam fragment wyroku, który przywrócił mi wiarę w polski wymiar sprawiedliwości. Uzasadniając ten wyrok, sędziowie naprawdę się postarali. Wszystko pięknie napisane, jak to z krytyką i hejtem być powinno. Łapcie:

Granicami legalności krytyki w rozumieniu art. 41 pr.pr. [prawo prasowe] jest rzetelne i zgodne z zasadami współżycia społecznego przedstawienie krytycznej oceny pracy. Przedstawienie ujemnej opinii w sposób złośliwy, tendencyjny, w niedopuszczalnej formie wykracza poza granice ochrony określonej przez art. 41 pr.pr., stanowiąc przestępstwo. Dziennikarz, który zyskał prawo negatywnej oceny każdej działalności twórczej, zawodowej czy publicznej, nie został zwolniony z obowiązku zachowania odpowiedniej formy krytyki. Naruszenie tej formy rodzi odpowiedzialność zarówno karną, jak i cywilną.
Przekracza granice dozwolonej krytyki, kto podnosi (także rozpowszechnia) zarzuty krytyczne zawierające zwroty uznane za obraźliwe.”

(postanowienie Sądu Najwyższego z 1.07.2009, sygn. akt: III KK 52/09).

Ufff… widać światełko w tunelu – wiemy już, że obraźliwa krytyka = hejt. Pięknie napisane, ale w tej beczce miodu… jest jednak łyżka dziegciu (się czepiłam tych sądów!). No bo… kto mi powie, co jest obraźliwe, a co nie? Oczywiście każdy 😉. Tyle tylko, że dla każdego obraźliwe może być coś innego – chyba się z tym zgodzicie? Innymi słowy nadal nie znaleźliśmy odpowiedzi na pytanie gdzie, w świetle prawa, kończy się krytyka, a zaczyna hejt?

Nadszedł czas, by napisać Wam coś tak oczywistego jak nieskończona dobroć dobrej zmiany. Mianowicie: zależy jak leży. Sędziowie też ludzie, więc jedni za hejt uznają sformułowania o „bandyckim stylu” prowadzenia działalności i związane z tym stwierdzenia o „oszukiwaniu klientów” oraz ich „nabijaniu w butelkę” (wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie, sygn. Akt: I ACa 284/14), inni nie widzą niczego obraźliwego w zwrotach typu: “odradzam tego adwokata. Kompletnie nie zna się na tym co robi. Niepoukładany i niekompetentny” (wyrok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku, sygn. akt I ACa 717/11). No i perełka nad perełkami – pewien sąd nie dopatrzył się zniesławienia pracodawcy, którego pracownik określił mianem polskiego obozu pracy (wyrok Sądu Rejonowego w Bydgoszcz, sygn. akt XVI K 445/13). Wiecie co… zmieniam zdanie – jednak kocham polskie sądy – znają rzeczywistość korportrybików!

Skoro jednak prawo nie nakreśliło wyraźnej granicy, rozdzielającej hejt i krytykę, kto i co jest w stanie wyznaczyć linię podziału?

Hejt w świetle badań naukowych

Najwięcej pożytku przynosi świat nauki, czyli wyniki przeprowadzonych badań. Tu zaczyna się ciekawie oraz konkretnie. Nareszcie.

No i tak, pod lupę najsampierw wzięłam badania przeprowadzone przez SW RESEARCH w 2015 roku. Dlaczego? Ano dlatego, że przebadano wówczas grupę osób mocno zróżnicowanych wiekowo – od 16 do 64 lat, a próbę dobrano tak, aby odpowiadała strukturze Polaków w tym przedziale wiekowym. Czyli wyniki powinny być wiarygodne. A cóż tam wyszło, zapytacie? Ano, po pierwsze wyszło, co ludzie rozumieją pod pojęciem „hejtu” (drobna uwaga: gdyby komuś się nie zgadzały procenty 😉 – można było zaznaczyć więcej niż jedną prawidłową odpowiedź). I tak:

– 51,1% uważa, że hejt to działania mające skrzywdzić lub ośmieszyć inne osoby
– 47,6% twierdzi, że to umieszczanie obraźliwych wpisów, zdjęć bądź nagrań video celem przedstawienia innych ludzi i wydarzeń w złośliwy sposób
– 47,4% za hejt uznaje złośliwe przedstawianie innych osób lub wydarzeń
– 42,8% szerzenie języka nienawiści
– 42,7% uważa, że hejt to psychiczne wyżywanie się na innych.

Co ciekawe, aż jedna trzecia przebadanych uważa, że hejtem jest pisanie nieprawdy na forach i portalach internetowych. Czyli, że fejk njusy to forma hejtowania? 😉 Jeszcze ciekawsze jest to, że aż co czwarta przebadana osoba uważa, że hejt to sztucznie stworzony problem. Na myśl nasuwa się jedno – w jakim świecie Ci ludzie żyją? Bez dostępu do internetów, czy z włączoną blokadą rodzicielską? 😉

Takie rozumienie hejtu przez rodaków potwierdzają również badania, które niedawno (bo w 2019 roku) przeprowadził duet Uniwersytet SWPS & ARC Rynek i Opinia. Na pytanie czym jest hejt mieszkańcy nadwiślańskiego landu najczęściej wskazywali trzy odpowiedzi – że hejt to:

– wypowiedź, której celem jest sprawienie komuś przykrości
– wypowiedź pełna nienawiści
– krytyczna wypowiedź wyrażona w formie obraźliwej

Skoro już mniej więcej ustalone, czym ten  hejt jest (uff…), warto jeszcze sprawdzić skąd się bierze. Znaczy się – kim są autorzy pełnych nienawiści słów?

Kim są hejterzy?

Kim jest (statystyczny) hejter? Cóż, mnie kojarzy się z osobą, której w życiu się nie układa (znowu w życiu mi nie wyszło), nie odnosi sukcesów, jest w trudnej sytuacji życiowej. Rodzi to frustrację, a jej ujścia hejter szuka w sprawianiu przykrości innym. Tak hejtera definuje moja intuicja. A co na to badacze i psychologowie? Ano, wyniki analiz pokazują, że nie jestem w swoich przemyśleniach (jakże odkrywczych zresztą) odosobniona, bowiem aż połowa respondentów uważa, że hejter to osoba, przez którą przemawia zawiść. Co jeszcze przypisujemy hejterom? 45% przebadanych rodaków twierdzi, że hejterów cechuje zazdrość, a prawie co trzeci (29,9%) wskazał na poczucie odrzucenia.

Zdaniem psycholog Anny Kędzierskiej:

„Takie wpisy [hejt] są niezwykle prymitywne a publikują je najczęściej osoby o niskim poczuciu własnej wartości. Krytykując, czy nawet uznając za zero innych, budują siebie. Osoby, których rodzice zadbali o to, by – jako dzieci – czuły się ważne, kochane i rozumiane, nie mają potrzeby takiego hejtu”.

Czyli wszystko wskazuje na to, że hejterzy to smutni frustraci. W sumie dość logiczne, nie sądzicie?

To teraz trochę danych demograficznych. Z badań wynika, że hejter to najczęściej młody człowiek (do 24. roku życia), z wykształceniem średnim lub zawodowym, zamieszkujący w dużym lub średnim mieście. I tu kolejna ciekawostka – tyle się mówi, że kobiety są zazdrośnicami, że obgadują innych, nie potrafią się wspierać. A guzik z pętelką,  moi Drodzy! Okazuje się bowiem, że negatywne wypowiedzi w internetach częściej zamieszczają potomkowie Adama (52%), niż potomkinie Ewy (40%).

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Rzecz jasna internety pełne są hejtu, ale znajdziemy tu również masę pozytywnej energii. A wiecie, kto za nią (statystycznie) odpowiada? No szczęśliwy, spełnieni ludzie, rzecz jasna! Z badań wynika, że do zostawiania życzliwych i przychylnych komentarzy pod zdjęciami znajomych najbardziej skłonni są ludzie między 24, a 35 rokiem życia, mieszkający w miastach średniej wielkości (200 do 500 tysięcy mieszkańców), których miesięczny dochód przekraczał 8 tysięcy. Mówi się, że pieniądze szczęścia nie dają, a tu proszę – badania temu przeczą (zawsze wiedziałam, że dobrze mieć miliony monet 😉).

Co hejtujemy?

Jak myślicie, co jest – najczęściej – przedmiotem hejtu? Bo że hejterzy skupiają się głównie na obrażaniu celebrytów i innych osób publicznych – pewnie się domyślacie. I tutaj ważna uwaga: nie wiem, czy każdy zdaje sobie sprawę z tego, że krytykę wycelowaną w osoby publiczne mierzy się nieco inną miarą, niż tę kierowaną pod adresem osób prywatnych. Znaczy się celebrytów, influencerów, aktorów, dziennikarzy, prezenterów, polityków możemy oceniać bardziej surowo, niż Kowalskiego czy Nowaka. Osoby znane i (nie)lubiane muszą więc mieć podwyższoną odporność na krytykę. Jak bardzo? Trudno stwierdzić, w każdym nie tylko trenerom personalnym, ale każdej sławnej osobie przyda się twardy tyłek.

Z badań wynika, iż co innego hejtują kobiety, a co innego mężczyźni. Płeć piękna zdecydowanie częściej krytykuje czyjś wygląd, płeć męska – poglądy. Co ciekawe, wygląd jest najczęściej krytykowany przez osoby młode, czyli do 34 roku życia (hip, hip hurra – jestem nadal młoda!), poglądy wybijają się na prowadzenie w najstarszej grupie badanych, czyli wśród osób powyżej 45 roku życia.

Na koniec wypada jeszcze zapytać –

Co zrobić z hejtem?

A dlaczego mielibyśmy cokolwiek robić, zapytacie? Chociażby dlatego, że przemocy zawsze należy mówić nie! A badacze oraz psychologowie są zgodni co do tego, iż komentarze hejterów mogą być uznane za prześladowanie i cyberprzemoc, gdyż są zazwyczaj agresywne/ obraźliwe. Rzecz jasna polskie prawo nie nadąża za rozwojem technologicznym i obecnie nie ma przepisów, które definiowałyby cyberprzemoc oraz określały, jaką karę można wymierzyć sprawcy. Znów musimy posiłkować się przepisami o zniesławieniu, zniewadze czy groźbie karalnej. Trochę słabo? No pewnie, ale to temat na inny wpis.

Na całe szczęście okazuje się, że i owszem, chcemy z hejtem walczyć. Tak deklaruje 87% badanych. Pomiędzy chcemy walczyć, a walczmy jest jednak zasadnicza różnica. Choć deklarujemy gotowość wejścia z hejtem na wojenną ścieżkę, to nie jesteśmy skłonni ponieść ofiar. Innymi słowy – ukrócenie hejtu tak, ale nie kosztem ograniczania wolności słowa i wprowadzania ostrzejszych sankcji prawnych. No to jak inaczej? Tupiąc nóżką czy odpowiadając hejterowi serduszkiem 💖?

Ja jednak myślę, że nie walczymy z hejtem dlatego, że go nie dostrzegamy… Jak to, zapytacie, przed chwilą pisałaś coś innego! Śpieszę więc z wyjaśnieniem tej zagmatwanej kwestii.

Z badań wynika, że choć samych siebie postrzegamy jako milusińskich (tylko 1% z nas przyznaje, że swoją krytyką chce sprawić przykrość drugiej osobie), to w innych dostrzegamy wrogość (64% przebadanych uważa, że celem krytyki innych jest sprawienie przykrości drugiej osobie). Podobnie ma się postrzeganie przez nas celu hejtowania. Tylko 4% przyznaje, że używając obraźliwych komentarzy chce coś odreagować, jednocześnie aż 64% jest zdania, że chęć odreagowania czegoś jest przyczyną hejtu wyrażanego przez innych. Czyli, żeby zrobiło nam się metaforycznie i po bożemu, nie dostrzegamy belki w naszych patrzałkach, ale źdźbło w cudzych gałkach ocznych – a i owszem. Ciekawie, co? No i powiedzcie mi, skoro każdy uważa się za takiego świętoszka – jak tu złapać sprawców?

***

Granica między jeszcze krytyką, a już hejtem jest płynna i rozmyta. To, co jedna osoba uzna za obraźliwe, w oczach innej może być ironicznym komentarzem lub przejawem czarnego humoru. Ja jednak nie mam wątpliwości, w którym miejscu powinna przebiegać linia podziału między tymi dwoma pojęciami. Krytyka ustępuje miejsca hejtowi wszędzie tam, gdzie celem komentującego nie jest pomoc człowiekowi w osiągnięciu lepszych wyników, ale udowodnianie, że na lepsze wyniki go nie stać.

 

 

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

5
Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ola
Gość
Ola

Czarny humor czy ironia w wersji pisanej często może być źle odebrana przez to, że osoba odczytująca wiadomość nie widzi mimiki komentującego, nie zna go ani nie słyszy intonacji. Dlatego, moim zdaniem, lepiej się powstrzymać z takimi komentarzami, bo można nawet niechcący zrobić komuś przykrość. Osobiście nie komentuję dużo w internecie, a jeśli już to robię, staram się nie krytykować. Jeśli kogoś skrzywdziła, to zupełnie niecelowo, jednak mam nadzieję, że do tego nie doszło.
Podoba mi się to, jak podeszłaś do tematu, porządnie przygotowana, a jednak w twojej narracji jest przyjemna lekkość. Trzymaj tak dalej!

Karolina Kosek
Gość
Karolina Kosek

nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale ja jestem wyprana z takich emocji. Nigdy nie kusiło mnei ani obrażanie, ani branie pod uwagę hejtu 😉

Michał Żołyński
Gość

Generalnie w obecnych czasach, każdy myśli, że za klawiaturą jest anonimowy i bezpieczny. To nie jest prawdą. Gdyby była większa świadomość i odpowiedzialność tego co się pisze, nie byłoby tyle hejtu.

Miye's Imaginations
Gość

Myślę, że to ważne zagadnienie. Ludzie czują się lepiej, kiedy obrażają innych :/