Nasz Dzidziulec za niecały miesiąc skończy dwa latka. Mogłabym się rozpisywać na temat nieubłaganie zapierdzielającego czasu. Lamentować, że jak to możliwe, ledwo pojawił się brzuchu, a już biega, mówi i skacze. Mogłabym, tylko po co?
Przejdę wiec  do konkretów (zwanych również prozą życia codziennego), czyli tego, co człowieka w tak poważnym wieku interesuje. Innymi słowy – z dumą prezentuję ulubione zabawki Leoncjusza! Patenty sprawdzone, wielokrotnie wypróbowane. Tak więc jeśli nie macie pomysłu w co się ze szkrabem bawić, lub pragniecie małego ludzika (swojego, koleżanki, czy innej kuzynki) obdarować prezentem – oto garść inspiracji! Śmiało, częstujcie się. Do dzieła (z przymrużeniem oka, rzecz jasna)!

Numer 1 – Pralka

Model w zasadzie obojętny – u nas sprawdza się każdy. Jedynie kompaktowe urządzenia piorące, ładowane od góry, odpadają. W pralce musi bowiem znajdować się  „okienko”, przez które doskonale widać wirującą wewnątrz zawartość.

Nasz Dzidź całe godziny (no dobra, minuty, ale to też cenne!) spędza wpatrując się w kręcące się pranie. Gdy tylko machina zaczyna wirować, nakazuje swym poddanym rozstawić tron (nocnik, znaczy się) na wprost okienka. Usadawia się na siedzisku i wlepia wzrok w obracające się w pralce ubrania. Gdy maszyna akurat chwilowo nie jest na pełnych obrotach, z uporem godnym Syzyfa, eksploruje machinę, sprawdzając jej możliwości (oraz wytrzymałość). Zamyka i otwiera drzwiczki, oblepia sprzęt naklejkami, z impetem wysuwa szufladę przeznaczoną na płyn/proszek do prania, (tylko po to, by za sekundkę, z hukiem ją zamknąć). Dostarcza (biegając po mieszkaniu z prędkością rakiety kosmicznej) kolejne partie rzeczy, które należy umieścić we wnętrzu pralki. Takie typowe, przykładowo: poduszki, piłki, telefony, klocki, samochodziki oraz świeżutkie, ściągnięte prosto z suszarki, pachnące proszkiem, jeszcze delikatnie wilgotne, ubrania.

W każdym razie polecam tę interaktywną zabawkę z całego serca. Poza ciekawą zawartością skrywa mnóstwo walorów edukacyjnych. Uczy samodzielności i obowiązkowości. Uwrażliwia zmysł słuchu – Synol nawet, gdy znajduje się za zamkniętymi drzwiami na drugim końcu (znowu nie tak wielkiego) mieszkania, wyłapuje dźwięk wirującego bębna. I natychmiastowo nakazuje prowadzić się w kierunku łazienki. Ponadto pralka wspiera rozwój zdolności manualnych – włączanie guzików, otwieranie i zamykanie drzwiczek, kręcenie bębnem, itp. itd. Fakt, zabawka nie należy do najtańszych, ale za to jest wielofunkcyjna oraz wielopokoleniowa – sprawdzi się również w przypadku nieco starszych domowników – mam czy tatusiów.

Numer 2 – Mop

Jak również wszelkie inne urządzenia umożliwiające sprzątanie. Dobra, przyznaję, mop częstokroć oddaje palmę pierwszeństwa odkurzaczowi. W zależności od zasobności portfela mamy więc do wyboru: odkurzacz, mop wraz z wiadrem, zmiotkę i szufelkę oraz szmatkę (najlepiej taką z mikrofibry). Uwaga – jeśli zdecydujemy się na opcję z mopem pamiętajmy, by w wiadrze nie było wody – może i dla dziecka atrakcja nieco mniejsza, ale dla nas gwarancja, że po igraszkach malca, gniazdko pozostanie w stanie dobrym. Wystarczająco dobrym. Nie oszukujmy się – utrzymanie nieskazitelnie czystego lokum  jest możliwe tylko w trzech przypadkach:

♥ Latorośl została odstawiona na kilka dni do dziadków.

♥Dziecko jest w trakcie drzemki, a rodzic, niczym cichobieżny ninja-zwiadowca, likwiduje elementy toru przeszkód, które szkrab rozstawił we wszystkich pomieszczeniach (klocki, puzzle, maskotki, sztućce oraz wszelkie inne przedmioty, które daje się rozrzucić). Następnie, zupełnie jak Kopciuszek w swych najtrudniejszych czasach, oddziela ziarno od plew czyli wyławia z dywanów i innych podłóg resztki jedzenia. Na koniec poleruje powierzchnie płaskie mopem, by pozbyć się śladów zaschniętej zupy, czy innych soków.

♥Szkrab ciągle słyszy „nie”. W praktyce oznacza to zakaz robienia wszystkiego, co z perspektywy małych człowieków jest fajne. Coś za coś – albo szalone, nieskrępowane sztywnymi zasadami dzieciństwo, naznaczone bijącą z oczu malca radością, albo sterylnie czyste mieszkanie. A na twarzy dziecka smutek i zrezygnowanie.

Wracając jednak do mopów i innych urządzeń czyszczących. Cóż z tymi dobrodziejstwami robić? Wystarczy pokazać latorośli zasadę działania, później pójdzie już samo 😉 . Oddajmy bogom, co boskie – odkurzacz ma pewną przewagę nad resztą sprzętów. Po pierwsze – posiada wiele końcówek, które można nieustannie wymieniać, dopasowując do rury. Po drugie jest interaktywny. Wciskanie guzika odpowiedzialnego za zwijanie kabla oraz włączanie/ wyłączanie odkurzacza „kupuje nam” coś bezcennego – czas tylko dla mamy (taty). Można go wykorzystać na wypicie kawy. CIEPŁEJ. To chyba najlepsza rekomendacja, prawda?

Numer 3 – Garnki, patelnie i miski

PRAWDZIWE. Te takie z etykietką  „dla dorosłych”. Wiadomo, jestem matką, która dla swojego Dzidziulca wszystko by zrobiła. Jak tylko nadarzyła się okazja, nabyłam więc zestawy garnków dla małych kucharzy, dostępne w szwedzkiej sieciówce meblowej. Ba, mamy nawet ichniejsze pluszowe pokarmy w pięknym, czerwonym koszyczku. Nie oszukujmy się jednak – nic nie robi takiej furory jak porządny, duży garnek z kamiennym dnem, czy patelnia ze szklaną pokrywką. Polecam również silikonowe foremki na babeczki, wałek do ciasta, łopatkę do patelni oraz trzepaczkę.

Najlepiej, by wszystkie te „towary” były zapakowane w przepastną szufladę, znajdującą się na najniższej, kuchennej kondygnacji. Wówczas dostęp do zabawek będzie niczym nieograniczony, a ewentualne straty – przede wszystkim te w postaci uszczerbków na zdrowiu malucha, spowodowane nieopatrznym wypuszczeniem garnka z rąk – zminimalizowane, z racji niewielkiej wysokości.

Jeśli do powyższych sprzętów dorzucicie papier toaletowy lub chusteczki, które będzie można podrzeć na drobne kawałki, traktując jako różnego rodzaju strawę – zobaczycie szczery uśmiech dziecka, opatrzony zaangażowaniem sięgającym zenitu. Efekt? Tak! Kawa! Znów ciepła! Przy pomyślnych wiatrach może uda Wam się zrobić obiad? Albo po prostu poczytać gazetę.

Numer 4 Piłki, piłeczki i kulki

Duże, małe, średnie. Plastikowe, gumowe, pluszowe. Brzęczące, grające, świecące i te bez efektów. W zwierzątka, samochody lub po prostu kolorowe. Odbijające się niczym kauczuk, kręcące jak bączek, czy przeznaczone stricte do kopania i odbijania. Wszystkie, absolutnie wszystkie piłki są u naszego Dzidziulca mile widziane. Zabawa oczywiście wymaga zaangażowania rodziców. No ale na tym ogólnie polega posiadanie dzieci – skoro człek sprowadził ludzików na świat, wypada się nimi zajmować, twórczo spędzając czas 🙂 . Zresztą, obcowanie z takim małym, radosnym, figlarnym stworzeniem to sama przyjemność! Nawet jeśli okrzyki radości z prędkością światła zamieniają się w rozgoryczone zawodzenie, czy krzykliwe płacze – warto być razem, na dobre i na złe!

Numer 5 – Ciastolina, kredki i mazaki. ZAWSZE.

Ciastolina, nie plastelina. Powód? Spróbuj wydłubać plastelinę z dywanu typu kudłacz (czyli z długim włosiem). Jeśli Ci się to uda, bez utraty nerwów, to po pierwsze – pełen szacunek, a po drugie – musisz być Aniołem Wcielonym. Ja nie jestem. Dlatego mamy ciastolinę.

Z ciastoliną sprawa ma się tak: wyschnie i spokojniutko ją sobie „odłupiesz” od każdej powierzchni. Plus jest również taki, że w sytuacji, gdy Twe dziecię postanowi się nią poczęstować – nie musisz odchodzić od zmysłów. Ani też od razu pędzić co tchu w płucach na SOR. Jeśli tylko szkrab nie jest uczulony na zboża – nie ma przeszkód, by spać spokojnie. Przy czym uwaga – przez „poczęstować” rozumiem spróbowanie niewielkiej ilości! W przypadku, gdy pociecha zjadła pół opakowania, proponuję jednak  wizytę u lekarza. Natychmiastową. Ale to chyba sprawa jasna i oczywista?

My mamy taki o zestaw ciastolinowy:

I sprawdza się wyśmienicie. Furorę robi zarówno żółta rybka-nóż jak i fioletowa ośmiornica (zdaniem Dzidziulca „kwiatek”). Jak to działa? Wtykacie do wnętrza trochę ciastoliny, przyciskacie głową morskiego stworzenia i macki same wychodzą.  Ot, cały sekret. Taki podstawowy zestaw ciastolinowych gadżetów w zupełności wystarczy, naprawdę. Później pozostaje jedynie zaopatrywanie się w kolejne opakowania lepkiej substancji. No i oczywiście patrzenie, jak maluch daje upust swoim artystycznym skłonnościom. Zresztą, ja sama uwielbiam paćkać się w ciastolinie – bardzo odstresowujące zajęcie 😉 . Kto nie próbował – niechaj sprawdzi na sobie działanie tej relaksującej terapii. Balsam na skołatane nerwy!

Z elementów pisarskich polecam mazaki, te zmywalne. Ich przewaga nad kredkami jest oczywista – jakem wspomniała są… zmywalne, po prostu. Nasz Dzidziulec obdarzony jest naprawdę potężną inwencją twórczą. Mazakami zaatakowane zostały nie tylko poszczególne części jego ciała czy ubrania, ale również drzwi, kanapy, okna, podłogi, dywany i ściany. Po tych napaściach nie pozostał żaden, nawet najmniejszy, ślad – wystarczyła gąbka i czysta woda, by nasze gniazdko znów wyglądało jak „prawie” nowe 😉 .

Numer 6 Książki, książki i jeszcze raz książki!

Co tu dużo kryć, cudowny sposób na zabawę z dzieckiem. I dla Rodzica, na nawiązanie relacji ze swą pociechą. W dodatku nie ma żadnych minusów – żadnego sprzątania, żadnych skatowanych ścian, wybitych okien czy rozlanych herbat.

Przyznaję, mogę nie być obiektywna, bo sama książki uwielbiam! A już te dla najmłodszych – miód na moje uszy. Mamy zresztą całkiem pokaźną biblioteczkę, w zasadzie całą zapełnioną:

Tak, nasze dziecko nie ma spodni. Za to założyło czapkę. Oczywiście, że sam sobie wybrał ten strój. Jasna sprawa, nie pozwalamy mu tak wychodzić z domu 😉 .

Wśród licznych, dziecięcych hitów (u nas również króluje „Pucio”, „Kicia Kocia” oraz „Króliczek”) są prawdziwe perełki, doprowadzające mnie do łez. Wzruszenia, oczywiście.

No i powiedzcie sami, czy jest lepszy sposób na wspólne, wieczorne rytuały, przytulanki i usypianie, niż czytanie książek?! Przy okazji człowiek może powiedzieć, że nie jest statystycznym Polakiem. Czyta bowiem więcej niż jedną książkę rocznie… a niejedną – niejeden raz. Za to w ciągu jednego dnia 😉 .