Witajcie ludzie pracy! 🙂

W dzisiejszym odcinku #halokorpo! dowiecie się, czy miejscówa, w której właśnie grzejecie miejsce, jest warta Waszego prądu. Mówi się, że każda wielka firma działa podobnie. W pewnym sensie jest to prawda – każda bowiem ma swój usystematyzowany, pogrupowany i skatalogowany sposób działania. Na wszystko i wszystkich są odpowiednie procedury. Tabelki, z timesheetem na czele, oceny (pół)roczne, guidebooki, zwane po polsku po prostu instrukcjami, maile pisane określoną czcionką, papeteria firmowa, spotkania motywujące (przynajmniej w założeniu), calle i inne szkolenia. Z pozoru więc wszędzie tak samo. Ale! Jak zawsze jest jakieś „ale”.

Ponieważ niejedną korpo przerobiłam na własnej skórze, powiem Wam, jak jest naprawdę. A mianowicie – diabeł tkwi w szczegółach. To właśnie szczegóły, szczególiki powodują, że człowiek czasem ma wrażenie, iż przekraczając próg biurowca, w którym mieści się jego korpobiurko, przekracza bramy piekielne. Czego w korpo się wystrzegać? Po czym poznać, że lepiej zamienić kijek na siekierkę? Już Wam wszystko tłumaczę.

Zbyt otwarty open space

Zmora większości korporacji. Oczywiście, przebywanie w towarzystwie innych korpotrybików ma swoje plusy, człowiek jest na bieżąco z firmowymi plotkami, żarciki sypią się jak asy z rękawa, a w dodatku, w przypadku wątpliwości co do powierzonego nam zadania, zawsze można gremium zapytać o sposoby rozwiązania problemu.

Jednak w atmosferze wiecznych heheszków, chichotów (byle nie losu!) i wirujących po ołpen spejsie nowinek, trudno się skupić, no umówmy się. Trzeba mieć niesłychanie silną wolę oraz naprawdę dobre nauszniki, by móc na serio zająć się swoimi dżobami (zadaniami, znaczy się). Względnie można jeszcze podjąć wysoce ryzykowne działania typu:

Aczkolwiek szczerze nie polecam 😉 . Bycie chamskim nie popłaca. A postawa pt. co w głowie, to na języku, w korpo z pewnością się nie sprawdzi.

Jeśli więc wykonując pracę:

musisz pięć razy czytać jedno zdanie, by za chwilę wrócić do niego po raz szósty, bo najzwyczajniej w świecie, ze względu na odgłosy ze świata zewnętrznego, nie jesteś w stanie zrozumieć tego, co czytasz;

w południe dochodzisz do wniosku, że nie wykonałeś nawet 1/4 z przypisanych Ci na dziś zadanek, za to wiesz, że Aśka z Pawłem jadą na koncert Twojego ulubionego zespołu, synek Agnieszki ma gorączkę, a Marysia po pracy biegnie dziś na jogę.
To wiedz, że źle się dzieje (lub rychło będzie działo). Z Twoim łork lajf balansem. A tymczasem nadgodzinki już się do Ciebie uśmiechają!

Have fun!

Tak, open space jest fajny jeśli chcesz zacieśniać relacje ze współpracownikami. Tak, open space jest beznadziejny, jeśli Twoim celem jest efektywne i szybkie wykonanie zadań, po zakończeniu których dziarskim krokiem udasz się ku drzwiom wyjściowym.

Zbyt zamknięty gabinet

Druga skrajność. Aczkolwiek śmiem twierdzić, że firmy, które lokują swych pracowników w małych, dwuosobowych gabinetach to jednak wyższa kultura korporacyjna. Co prawda bywa, że człek ma wrażenie, iż siedzi na oddziale zamkniętym, brak tylko mięciutkich, różowych ścian. Względnie czuje się jak papuga w klatce – określenie to nabiera szczególnej mocy przypadku prawniczych korpo, coś o tym wiem 😉 . Niemniej w takich warunkach skupienie na pracy gwarantowane. A to, teoretycznie, winno owocować zakończeniem bytności w robocie wraz w wybiciem magicznej godziny 17. Czego chcieć więcej?

No, chyba, że jesteś urodzonym prokrastynatorem, który pasjami marnuje swój czas. Wtedy nawet słodki Jezu w malinach nie pomoże 😉 .

Nadgodziny w pełnym wymiarze

Zaprawdę powiadam Wam: zuo w najczystszej postaci. Jeśli wychodzicie do pracy nim kur zapieje i wracacie z niej nocnym autobusem – to znak, że powinniście zrobić jedno: u.c.i.e.k.a.ć.

Żadna, absolutnie żadna praca ani żadne, absolutnie żadne pieniądze z tego, czy nie z tego świata, nie są warte bycia człowiekiem-zombie, zwanym również noł-lajfem. Serio. Coś o tym wiem.

Mój rekord? Przyszłam do pracy o 8.30. Wyszłam o 6. Rano. Następnego dnia. Po czym pojawiłam się na open space ponownie w południe. Czyli po sześciu godzinach, dobrze liczycie. Czy są plusy takiej pracy? Internety twierdzą, że są:

A teraz pytanie za 100 punktów: Jak myślicie, ile mi za tę katorżniczą pracę zapłacono?

No cóż, jako gratyfikację otrzymałam słowa uznania: „Dobra robota”. Niby pochwały są bezcenne, jednak mój (i Twój) czas swoją cenę ma. Najwyższą, bo tego zmarnowanego nikt nam nie zwróci. Problem polegał na tym, że wówczas nie zdawałam sobie z tego sprawy. Co tu dużo mówić, nie szanowałam się 😉 . Takiego podejścia nie polecam z całego serca.

Złota rada: Błagam, nie dajcie sobie wmówić, że harówka po naście godzin na dobę to przejściowe, że jak pryncypał zobaczy Wasze zaangażowanie – rychło otrzymacie nie tylko dobre słowo, ale także awans i wzrost płacy, a w gratisie złotą rybkę, która spełni kolejne 3 życzenia.

Jeśli pracujecie niezliczoną (i nieliczoną!) ilość godzin, to oznacza tylko jedno: Szef Was nie szanuje. I nigdy nie będzie szanował. Serio, o to chodzi w życiu zawodowym? Wątpię.

Samowolka za przyzwoleniem szefa

Czyli kolejny przykład z życia wzięty. Mojego życia, rzecz jasna. Wiecie, w korporacyjnym świecie hierarchia to, zdawałoby się, rzecz święta. W skrócie prezentuje się w ten sposób: Szeregowy pracownik odwala czarną robotę, menadżer sprawdza efekty i daje wskazówki, co oraz jak poprawić, a ostatnim ogniwem jest szefo. On to całość odczytuje, mówi, że całkiem w porzo i daje akcpet, sygnując dzieło (Twoje) autografem (swoim). Innymi słowy – żaden twór, który powstaje w korpo, nie opuści jej progów bez uprzedniego zapoznania się z tymże dziełem przez przełożonego. To teoria. Praktyka prezentuje się zgoła inaczej.

Ja pracowałam w ten praktyczny sposób. Pisałam różnego rodzaju pisma procesowe i opinie prawne, jak to prawnik ma w zwyczaju. Pod każdym swoją parafkę musiał dać szefo. W praktyce wyglądało to tak, że dostawałam podpisiki… in blanco. Czyli na czyściutkiej karteluszce papieru, na samym jej dole, mój pryncypał stawiał swój podpis. Moim zdaniem było dorabianie treści (z którą boss oczywiście się nie zapoznawał; względnie zapoznawał, gdy pisemko poszło już w świat) oraz jej odpowiednie ulokowanie. Takie rozplanowanie tekstu, by faktycznie kończył się wraz z dolnym marginesem kartki, a przy tym był merytoryczny i sensowny, stanowiło wcale niełatwe zadanie. No bo, wyobraźcie sobie, gdyby, dajmy na to, moja pisanina kończyła się w 1/10 kartki, a podpis pryncypała widniał na samym jej dole. Uwaga, ciekawostka: nie tylko ja dwoiłam się i troiłam by spasować tekst z autografem szefa – podobne wysiłki czynili pozostali korpo-najemnicy. Nie do wiary?

***

To na dokładkę opowiem Wam, jak się ukształtowała i zakorzeniła powyższa praktyka. Cóż, proza życia codziennego – pracowałam zdecydowanie więcej niż ustawowe 8 godzin dziennie (podobnie jak reszta załogi) i raczej nie zdarzało mi się kończyć o 17. Szefo zaś pragnął opuścić korporacyjne progi znacznie wcześniej. W ten magicznym sposób ja zapierdzielałam przy korporacyjnym biurku, a pryncypał do swego domu, spędzać czas z rodziną. Ding, ding, STOP! Tak to NIE powinno wyglądać. I apeluję z głębi(n) mego empatycznego serduszka – nie pozwalajcie sobie na takie sytuacje!

I nie dajcie sobie wmówić, że zachowanie szefa w podobnych okolicznościach przyrody jest dowodem zaufania, jakim Was obdarzył. Nic bardziej mylnego, to raczej przykład wygodnictwa (pryncypała) i frajerstwa (niestety Waszego). Gdyby się bowiem okazało, że z dokumentem jest coś nie tak, czy też – jak zwykło się mawiać w korpo świecie – miałby miejsce fakap, to… jak sądzisz, kto by za wtopę odpowiadał – szef? Tak, tak, oczywiście.

Przerwa na lunch tylko na papierze

Byłam, widziałam, uciekłam. Z korpo. W każdej przerwa na lunch tak naprawdę była nieodpłatną (dla odmiany) nadgodziną. Chociaż, chwila moment! W jednej faktycznie rozkoszowałam się posiłkami, podczas których, wraz z mymi towarzyszkami niedoli, roztrząsałyśmy sposoby ucieczki z wielkiej machiny, w której odtwórczość pracy była na poziomie porównywalnym z odhaczaniem produktów na liście zakupów spożywczych.

W pozostałych korpo, z którymi miałam (nie)wątpliwą przyjemność zapoznać się od środka, sprawa posiłków miała się tak, że albo jedzonko przy biureczku, albo ekspresem w kuchni (o ile przy stoliku było jakoweś wolne miejsce, co wcale nie zdarzało się często). Tempo spożywania pokarmów prezentowało się mniej więcej tak:

Ah, istnieje jeszcze trzecia opcja – praca na głodzie! Względnie o bułce i jogurcie, najlepiej pitnym, bo wówczas człek nawet nie musi tracić czasu na udanie się do kuchni i przygarnięcie łyżki.

Byli tacy wygłodzeni, oj byli. Na ich biurkach, z godziny na godzinę, rosła piramida jednorazowych kubków naznaczonych śladami po kawie. Energię wszak trzeba mieć, a kawa nie dość, że pobudzi, to i na chwil kilka zniweluje uczucie głodu. Takie narkotyczne, takie serialowe, takie idiotyczne.

Podstawa podstaw

Powiadam Wam – jedźcie i pijcie w korpo wszyscy. Jeśli zaś nie starcza Ci czasu, by w swej pracy zaspokajać podstawowe potrzeby – zastanów się dokąd Cię takie robolenie zaprowadzi w perspektywie kilku lat? Na kardiochirurgię? A może terapię (stany depresyjne i te sprawy)? Pamiętaj, nadmiar stresu da o sobie znać, prędzej czy później – jeśli nie odbije się bezpośrednio na Twoim zdrowiu, to z całą pewnością wpłynie na rodzinę. Nie lubię stwierdzenia „nie da się”, ale jeśli dzień w dzień 16 godzin na dobę spędzasz w pracy, to naprawdę nie da się zbudować fajnych relacji rodzinnych. Takich, które dadzą Ci satysfakcję. I Twoim bliskim. Ani znaleźć człowieka, z którym swoje pozakorporacyjną egzystencję będziesz dzielić. Nim się obejrzysz, Twoje życie zrobi mniej więcej coś takiego:

Tak. Po prostu Ci ucieknie.

Dodaj komentarz