W czasach studenckich, gdy każdy grosz był na wagę złota (czy tam na wagę bułki śniadaniowej), człowiek z takich dobrodziejstw jak profesjonalny przewóz korzystał sporadycznie. By nie powiedzieć wcale. Żadna odległość nie wydawała się na tyle duża, żeby nie dało się jej pokonać piechotką. Plusów, poza zaoszczędzonymi milionami monet, można wymieniać bez liku. Po pierwsze, spacerując grubo po północy człowiek miał sposobność, by nawdychać się świeżego powietrza, a dotlenienie organizmu ponoć wspomaga dobry sen. Po drugie, taki kilkukilometrowy mini maraton nieco otrzeźwiał. No i po trzecie, sport to zdrowie, a po spacerku można było odhaczyć na liście aktywności fizycznych trening kardio.

Nastały jednak czasy prawdziwej dorosłości, gdy ponad oszczędność finansową człek stawia swą wygodę oraz bezpieczeństwo. Trzydziestka na karku wiąże się również ze wzrostem świadomości, iż nocne, samotne włóczenie się po obrzeżach dużego miasta, a konkretnie wzdłuż nadodrzańskich wałów (pozdrawiam Wrocław), może się różnie skończyć. Nie, nie chodzi li tylko i wyłącznie o zakwasy, które spędzają sen z powiek kolejnej nocy.

Jestem więc dorosła (o łał!) i jak na dorosłą, dojrzałą, odpowiedzialną osobę (w dodatku matkę małej latorośli) przystało, staram się zachowywać odpowiednio do swego wieku 😉 . Gdy zatem samochód w naprawie, tudzież w posiadaniu Współmałżonka, względnie gdy człek w nie swoim mieście się znajdzie (dowieziony na obczyznę koleją) – korzystam z usług taksówkarskich. I wiecie co? To jest jak złoto! Kopalnia złota, można by rzec. Wśród taksówkarzy są bowiem prawdziwe diamenty – ludzie tak nietuzinkowi, że grzechem byłoby nie przedstawić ich szerszej publiczności, czyli Wam. Moje małe i duże taksówkarskie podróże obfitują w anegdotki, których aż żal nie przytoczyć. W rolach głównych, poza moją skromną osobą, występują oczywiście ONI – kierowcy taksówek.

Pan Twojego Czasu

Na początek o pewnym typie panów taksówkarzy. Są to mianowicie tacy kierowcy, którzy bardzo, ale to bardzo, ale to NAPRAWDĘ bardzo szanują czas. Swój, nie Twój, rzecz jasna.

Spotkanie zaczyna się niewinnie i nic nie zwiastuje nieuchronnie zbliżającego się konfliktu. Jak wiadomo wszystko jest jednak kwestią czasu. Tik, tak…

Wybierasz numer do ulubionej, bo najtańszej, korporacji taksówkarskiej w Twoim mieście. Lub w mieście, w którym obecnie przebywasz. Tam, o najbardziej korzystnych cenowo przewoźnikach informuje Cię wujek Google. No więc zamawiasz, dostajesz wiadomość, że samochód w takich to a takich barwach, pojawi się w tym i tym miejscu, za minut kilka. Dajmy na to siedem. Patrzysz na zegarek, myśląc: „świetnie! założę kurtusię, bucisie, łapnę torbę podróżną, zamknę drzwiczki mego pałacu i akurat karoca nadjedzie”. Robisz więc to wszystko, po czym żwawym krokiem zmierzasz w stronę przeznaczonego Ci pojazdu. Otwierasz drzwi, radośnie oznajmiając: „Dzień dobry, hasło: xyz” i z promiennym uśmiechem ładujesz się do środka. Świetny humor szybko Cię jednak opuszcza, bowiem Pan taksówkarz rozpoczyna swoją przemowę: „Czekam już 3 minuty. Miałem odjechać”. Wszystko wypowiedziane z miną typu:

Bang. Obuch właśnie poleciał w Twoim kierunku. Tłumaczysz się więc ze swojego spóźnienia. Choć w zasadzie nie wiadomo po co, przecież to kierowca przyjechał po Ciebie, a nie Ty po kierowcę. Przecież to on zarobi, a Ty stracisz. Reflektujesz się więc i mówisz, że zgodnie z zasadami korporacji taksówkarskiej, w której Pan pracuje, kierowcy czekają minimum 5 minut. Co słyszysz w odpowiedzi? Słowa w stylu: „Inni może czekają, ja nie. Następnym razem będzie Pani miała problem, bo taksówka odjedzie”.

W tym momencie zazwyczaj kończę rozmowę i w ciszy spędzam pozostałą do przejechania trasę. No bo, powiedzcie mi: czy naprawdę to ja będę miała problem, czy kierowca, który przyjechał i odjechał, nic na kursie nie zarabiając?

WażniakFilozof 

To już historia unikatowa, dzięki Bogu.

Rzecz miała miejsce w stolicy naszego pięknego kraju. Z tej dawnej, czyli Krakowa, wybrałam się w podróż koleją do obecnej. Gdy opuściłam warszawski dworzec kolejowy, sztachnęłam się prawdziwie wielkomiejskim powietrzem, spozierając na tak nielubiany przez niektórych symbol miasta, znaczy się Pałac Kultury i Nauki. Przez myśl przemknęło mi: „Jednak całkiem przyjemna ta Warszawa!”

Ale, ale, jak  to w życiu bywa, nie mów hop. Podjechała moja taksówka, pędzę zatem w jej kierunku. Szybka wymiana uprzejmości z kierowcą, torba podróżna ląduje w bagażniku, ja sadowię się na tylnym siedzeniu. Z ust taksówkarza pada magiczna, dobrze znana formułka: „To dokąd jedziemy?”.

„Na Dygata poproszę” – odpowiadam. Jak się rychło okaże albo zbyt cicho, albo zbyt mało wyraźnie.

Kierowca się zamyśla: „A gdzie to jest?”.

Z pewną dozą niepewności w głosie odpalam: „Zdaje się, że na Żoliborzu”.

Na Żoliborzu? Nie, na pewno NIE. Jestem z Żoliborza i znam tę dzielnicę jak własną kieszeń. Nie ma tam takiej ulicy”.

Nieco skonsternowana tłumaczę: „Wie Pan co, no z tego co wiem, jest. Ale może się mylę. Zaraz sprawdzę. Następuje przedłużająca się chwila ciszy, bowiem próbuję wydobyć telefon komórkowy z czeluści torebki. Odnajduję SMS z adresem. Aha! Bingo. Triumfalnie ogłaszam: „Tak jak mówiłam, Dygata”.

„Dygata? Dygata? Mówiła Pani Dekerta!” – ze stanowczością w głosie, tą nieznoszącą sprzeciwu, oznajmia taksówkarz.

Proszę Pana, mówiłam Dygata, nie Dekerta”.

Nieprawda, proszę Pani, powiedziała Pani Dekerta” – odpowiada oschle taksówkarz, rzucając w moim kierunku minę:

Dębieję. No kurde, czy ten człowiek właśnie kłóci się ze swoją klientką, oskarżając mnie o kłamstwo?! Uprzejmie, acz stanowczo, odpowiadam: „Proszę Pana, powiedziałam Dygata, na pewno. Wiem, gdzie chcę dojechać”.

Najwyraźniej Pani nie wie. Powiedziała Pani Dekerta, wiem co usłyszałem” – kontynuuje kierowca, choć ewidentnie nie powinien.

Dobrze, niech Panu będzie, krakowskim targiem, że Dekerta. Proszę mnie zawieźć na Dygata” – kwituję na odczepnego. Naprawdę, sympatia do stolicy powoli odchodzi w zapomnienie. Niby jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale za to jeden burak może napsuć człowiekowi krwi i odebrać cały entuzjazm.

Pan, no bijcie zabijcie, zdaje się, że złośliwie kontynuuje pogawędkę: „A którędy chce Pani jechać?”.

Tego już za wiele. „Najkrótszą trasą, proszę Pana. Ja zawsze jeździłam tak, że skręcałam w lewo na światłach. Na tym skrzyżowaniu, zaraz za flagą”.

Za flagą?!” – z niedowierzaniem dopytuje kierowca. Minę ma jakbym mówiła co najmniej o tym, że żądam dostępu Krakowa do morza i latarni morskiej na Giewoncie.

„Tak proszę Pana, za flagą. Po drodze jest plac, na którym stoi wielki jakby… maszt. Na jego szczycie łopocze polska flaga” – uszczegóławiam.

„Pierwszy raz spotykam się z tym, żeby ktoś w ten sposób opisywał trasę i punkty orientacyjne”. Nie wiem, czy taksówkarz właśnie mnie obraził, czy skomplementował. Nieistotne, marzę tylko o tym, by jak najszybciej wysiąść. Po kilku minutach jesteśmy niemalże u celu. Już, już witam się z gąską, aż tu nagle…

„A wie Pani chociaż kto to był Dekert?” – aha, trafił mi się egzemplarz historyczny. Człowiek renesansu. Szkoda tylko, że bez wyczucia.

„Nie wiem i szczerze mówiąc niespecjalnie mnie to interesuje” – ucinam rozmowę.

Mój drajwer nie daje jednak za wygraną: „Dekert był warszawskim, XVIII-wiecznym kupcem proszę Pani”.

Nie wiem, czego spodziewał się kierowca, po wygłoszeniu swojej historycznej anegdotki? Reakcji pełnej zachwytu?

W odpowiedzi ofiaruję memu jaśnie oświeconemu, tymczasowemu szoferowi potakującą ciszę.

Stajemy. Wysiadam. Pan taksówkarz również. Otwiera bagażnik, podaje mi torbę i rzecze: „A Dygat? Dygata Pani chociaż kojarzy?” – z triumfem w głosie dopytuje taksówkarz.

Nie wytrzymuję: „Dygatowi, proszę Pana, zdaje się, że nie było po drodze ze swojego artystycznego świata, do tego kupieckiego Dekerta.” – puentuję, moim zdaniem nad wyraz elokwentnie 😀 . Odpowiada mi milczenie. Odwracam się na pięcie i słyszę tylko trzask drzwi, poprzedzający ryk silnika odjeżdżającego pojazdu. Krzyż na drogę.

Już wiem, dlaczego mimo wszystko wolę mój niedoskonały Krakówek, z zatęchłym powietrzem, niż powiew oświeconej stolicy 😉

Przeproś, że musiałem przyjechać

Kolejna z cyklu true story. Ja, Mąż i Dzidź byliśmy na wakacjach. Co więcej, lecieliśmy na nie samolotem. Kto ma dzieci, ten wie, że zapakowanie się z dwulatkiem na jakikolwiek wyjazd, to himalaje logistyki. A i tak człek kończy z mniej więcej takim dorobkiem:

By jednak sprostać wymogom formalnym oraz możliwościom luku bagażowego, nasze, znaczy się moje i Małżonka rzeczy, ograniczone zostały do minimum. Dzięki temu spakowaliśmy te najpotrzebniejsze Synolcowi.

Wszystko pięknie się udało, zmęczeni, acz szczęśliwy, wracamy z wakacji. Lądujemy, wysiadamy, wyławiamy walizki z wirującej taśmy i dziarskim krokiem opuszczamy przybytek zwany lotniskiem. Mężu wybiera numer, słyszę dobrze znane: „halo? taxi?”. Czekamy. Pan będzie za 5 minut. Jak już wszyscy wiemy czas rzecz święta, zatem nasz drajwer rychło pojawia się w umówionym miejscu. Wita się kaleczoną polszczyzną i na dzień dobry serwuje  prosto w twarz: „Za kurs będzie 20 złotych dopłaty”.

Dębiejemy, co nie umyka uwadze taksówkarza.

„Za wózek” – uszczegóławia, widząc naszą konsternację.

„Za wózek?!” – wypalamy niemal równocześnie ja oraz moja Druga Połówka. Jesteśmy zszokowani, bowiem w drodze na lotnisko również wieźliśmy się taksówką i wózek piękniutko schował się w bagażniku normalnego samochodu.

„Tak, bo do innego auta by się nie zmieścił. Musiałem przyjechać kombi. Za kombi jest 20 złotych dopłaty”. Ej, zaraz, chwila moment. Wszystko byłoby super, gdyby ktoś nas o dopłacie primo – poinformował przed wysłaniem taksówki, secundo – wyrazilibyśmy na to zgodę. Mężu oba argumenty Panu przytacza i kwituje z pełną stanowczością: „Ponieważ nikt nas o tym nie uprzedził, nie będziemy nic dopłacać”. W tym momencie następuje pojedynek na miny:

I tak naprawdę ciężko powiedzieć, kto go wygrywa. Ostatecznie, groźny niczym Bohun kierowca bełkocze, że akceptuje. Dopłaty nie będzie. Będzie za to kara pod postacią najbardziej chamskiej podróży taksówką, jaką można sobie wyobrazić.

Kierowca nie raczył włączyć klimatyzacji, mimo, że samochód był w takową wyposażony, a za oknem temperatura sięgała 40 stopni. Na cały regulator puścił techniawkę, którą melodyjnością można porównać do maszyn pracujących na placu budowy. Prośby o ściszenie padły kilkukrotnie. Za każdym razem nasz kierowca poskramiał bowiem dźwięki o jeden ton. Na koniec, zatrzymał się pod wskazanym adresem i skwitował z pełną pogardy miną: „Proszę wysiadać”.

Żadnego podania bagażu, żadnego „dziękuję za kurs”, żadnego „do widzenia”. Usłyszeliśmy tylko, że obsługiwanie pasażerów nie leży w jego obowiązkach i jak nie chce to nic nie musi. Wiecie, taki luzak-cfaniak.

I niby prawdę rzekł. Ale prawdą jest również, że hasło: „czy się stoi, czy się leży, hajs się należy” odeszło (na szczęście!) do lamusa. O czym wielu kierowców taksówek zdaje się nie pamiętać. A potem lament: musimy z Uberem konkurować, to nieuczciwe! Wiecie, co jest nieuczciwe? Chamskie traktowanie drugiego człowieka. Bo ten, kto w konkurencji na bycie bardziej opryskliwym wygrywa, przegrywa w walce o klienta. Na każdym rynku. Nie tylko taksówkarskim.

Zatem na dalszą drogę (życia), wszystkim życzę więcej uprzejmości!

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

7
Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
balkanyrudej
Gość

Ja korzystam z Ubera lub Volta, gdzie jak wiadomo pracuję sporo osób ze Wschodu. Część z nich nie mówi w żadnym języku, poza ukraińskim, więc nie da się z nimi pogadać. Ja zwykle jednak trafiam na panów, którzy chcą ćwiczyć swój polski i opowiadają mi całe historie swojego życia, niemalże od poczęcia aż do czasów współczesnych. Jeden Pan nawet mi się oświadczał całą drogę. 😉

blogierka
Gość

Kobieto, jak Ty fajnie piszesz! 😀 <3

Marta Lewandowska-Sobolewska
Gość
Marta Lewandowska-Sobolewska

Podsyłam ten tekst zaprzyjaźnionemu taksówkarzowi, on zawsze opowiada kwiatki o klientach, niech też coś dostanie 😛

Krystyna Bożenna Borawska
Gość
Krystyna Bożenna Borawska

O matko, jeżdżę taksówkami, ale takich kierowców nie spotkałam jeszcze, u nas cieszą się albo zachowują normalnie i życzliwie…