Kiedy pierwszy raz pojawiła się w mej głowie myśl, że własny, osobisty telefon mnie podsłuchuje, przepędziłam ją. Byłam przekonana, iż to pierwsze oznaki nadmiernie narcystycznego usposobienia. Aż taka ze mnie ważna persona, że mnie inwigilują? Być to nie może – skwitowałam.

Sprawie postanowiłam przyjrzeć się z bliska dopiero wówczas, gdy przemówiły do mnie Mapy Google. A sytuacja wyglądała tak.

Będąc mamą kangurzycą na ostatnich nogach, znaczy się w 8 miesiącu ciąży, postanowiłam, że nim powiję syna, udam się z Mężem na Mazury. Jest to zdecydowanie najpiękniejszy region ojczyźniany. Zachwyca mnie natura sama w sobie, co poradzę, prostam w konstrukcji. Gdy widzę dużo drzew, jeszcze więcej jezior, a pomiędzy nimi połacie łąk, na których beztrosko pasą się krowy oraz inne zwierzęta gospodarskie, buzia sama się śmieje, ciało relaksuje, a mózg ładuje akumulatory.

Towarzysz Życia nie miał więc wyboru, spakował walizki do samochodu i powiózł nas na drugi koniec Polski (jako że stacjonujemy w Krakowie), aż pod samo Węgorzewo. Już, już witaliśmy się z gąską, gdy wtem samochodowa nawigacja wyprowadziła nas w pole. Sięgnęłam więc po niezawodny sprzęt, czyli mój telefon wyposażony w Mapy Google, wpisałam adres destynacji i… zdębiałam. Na mapce wyświetliła się nazwa obiektu, do którego zmierzaliśmy oraz dokładny termin naszego pobytu. Było to o tyle osobliwe, że nigdzie, absolutnie nigdzie takiej informacji nie udostępniałam. Poza własną, osobistą, rzekomo prywatną (!) skrzynką (g)mailową. Nawet podczas rezerwacji pobytu wszystko załatwiałam drogą wiadomości mailowych, żadnych rozmów telefonicznych. W mojej głowie pojawiło się jedno – WIELKI ZNAK ZAPYTANIA i słowa:

Jak to możliwe? ONI mnie śledzą!

No właśnie – śledzą, czy nie śledzą? Mnie, Ciebie, czy nas wszystkich? I kim są oni? Specjalnie dla Was (dobra, dla zaspokojenia własnej ciekawości trochę też) przeprowadziłam śledztwo, prawie że dziennikarskie. Oto, co udało mi się ustalić.

Telefony nas podsłuchują. Paranoja czy fakt?

Ustalmy jedno – jak to w końcu jest? Są tacy, którzy twierdzą, że gdy porozmawiają na dany temat z innymi osobnikami gatunku ludzkiego, zaraz adekwatna reklama, dotycząca przedmiotu pogawędek, ląduje na ich smartfonie. Oponenci ripostują: „to teorie spiskowe!”. Argumentują, że kogo niby obchodzi, co tam Jan Kowalski opowiada swojej dziewczynie, matce, czy kochance. Ano, okazuje się, że obchodzi. Choćby reklamodawców. Nie od dziś wiadomo, że reklama skrojona na miarę, tj. daną osobę, szybciej odpowie na jej potrzeby zakupowe. I skłoni do nabycia towaru.

Ale wracając do faktów. Grupka studentów z Uniwersytetu Northeastern (Boston), pod przewodnictwem ichniejszego profesora, przeprowadziła taki mianowicie eksperyment, w którym to postanowiono sprawdzić, czy smartfony nas śledzą, czy też należy temat potraktować w kategoriach miejskiej legendy. Stworzyli specjalny program mający zbadać, co robią aplikacje na telefonie, tzn. jak wykorzystują dane jego posiadacza. Otóż wyniki eksperymentu co prawda nie potwierdziły teorii o nasłuchujących nas, szpiegowskich smartfonach. Było znacznie gorzej – część aplikacji potajemnie, bez zgody użytkownika, robiła zrzuty ekranu. Ni stąd, ni zowąd. Następnie owe zrzuty lądowały na serwerach zewnętrznych. Ot, to tak odnośnie tego, czy Kowalskiego śledzić warto, czy nie warto. Mieć zrzut ekranu logowania do konta bankowego? – jak dla mnie się opłaca. Warto więc przypomnieć raz jeszcze, że:

Darmowe aplikacje NIGDY nie są darmowe.

Niby wszyscy o tym wiemy, ale mało kto cokolwiek z tym robi. Niby dają nam do zaakceptowania jakieś regulaminy, ale kto by je tam czytał. Niby zezwalamy aplikacjom na dostęp do mikrofonu i galerii zdjęć, ale to według nas logiczne – przecież służą albo rozmowom video, albo publikowaniu zdjęć online. W rzeczywistości tak naprawdę nie wiadomo, co aplikacje robią w ramach udzielonej przez nas zgody na dostęp do mikrofonu.

Oto słowa tajniaka z NSA (tej agencji podobnej do CIA, która nie jest CIA, ale wielu myśli, że jest):

Były szef NSA Michael Hayden opowiadał, że sprzedawca zachwalał mu niedawno kolejnego iPhone’a, mówiąc: „Czy pan wie, że dla tego telefonu opracowano już 400 tysięcy aplikacji?”. Hayden nie powiedział głośno tego, co pomyślał: że 400 tysięcy aplikacji oznacza 400 tysięcy nowych sposobności szpiegowania.”

Cieszymy się więc mnogością aplikacji (jak głupi?). A potem takie scenki na różnego rodzaju forach:

OK google mam wyłączone. Używam w aucie, ale na przycisk. I teraz taka historia: W niedzielę rozmawiamy ze znajomymi o filmach. Padły m.in. tytuły Big Short i Chciwość. Big Short dodatkowo wyszukałem przez googla. Netflix w poniedziałek podpowiedział mi Big Short a w środę Chciwość. Wcześniej ich nie było na liście.

Swoją drogą to właśnie Netflix ostatecznie skłonił mnie do dogłębnego przyjrzenia się tematowi inwigilacji. Jakim że to sposobem? Ano, uzależnił mnie od siebie. Na platformie jest bowiem dostępny serial, który zwie się „Homeland”. Ja i Pan Mąż zostaliśmy jego psychofanami. W związku z tym ogłoszenie parafialne: Wszystkim, których interesują zagadnienia związane ze służbami specjalnymi, CIA, Afganistanami, Irakami oraz różnymi, politycznymi wątkami międzynarodowymi, serdecznie NIE polecamy serialu. Jak już zaczniecie oglądać to standardowo nie będziecie mogli skończyć. Nie to jest jednak najgorsze lecz fakt, że Wasze nerwy zostaną zszargane, a patrzenie na świat nigdy nie będzie takie samo. Potarzam: NIGDY. Serial nawiązuje bowiem do wydarzeń „rzeczywistych”. Jakich? Różnych, bieżących 😉 . Między innymi tych z aferą podsłuchową w Niemczech, w wykonaniu tajnych służb Ju Es Ej.

Po obejrzeniu serialu zafiksowałam się na osobie Snowden’a i tym, co gość zrobił. Niby wiedziałam, że sprawa dotyczyła jakiegoś tam wycieku tajnych dokumentów, podsłuchów telefonu Pani Andżeli, która Niemcami rządzi, jednak o co dokładnie chodziło – bij zabij! Nie wiedziałam. Ale już wiem. I po pierwsze – szacun. A po drugie – Orwell to słaby zawodnik. Jego wizje w „1984” nie są ani trochę przerażające w porównaniu z tym, co dzieje się na świecie. W skrócie, cytując Snowden’a:

 „Każdy analityk może szpiegować kogo tylko chce i gdzie tylko chce.”

Bang! Czyli jednak! Zresztą, taki wniosek sam się nasuwa po przejrzeniu ujawnionych przez tego byłego pracownika CIA, i byłego współpracownika NSA, dokumentów. Amerykanie mogą szpiegować każdego na świecie. Jakim sposobem? Mają ci oni takie dwa systemy, o nic niemówiących nazwach – PRISM i Echelon – które o ludziach z całego świata mówią im wszystko. Serio.

Superszpiedzy na usługach supermocarstwa wiedzą o Tobie wszystko!

Czy jest się czego bać? No raczej. James Bond szpiegującym programom do pięt nie dorasta. Taki oto Echelon jest w mej ocenie piekielnie mrocznym system. Z najgorszych ludzkich koszmarów. Wyłapuje wszystko, co pojawi się na łączach – maile, sms, rozmowy telefoniczne, faksy. Do treści tychże dostęp mają pracujący dla służb analitycy. Idea, która legła u podstaw stworzenia systemu może i jest szczytna – rozchodzi się o to, coby łatwiej złapać potencjalnych bombowych chłopaków, wysadzających się w europejskich miastach, albo wlatujących w budynki w USA. Niemniej komunizm też miał szczytne założenie, a wiadomo, jak to wyszło w praktyce.

W rzeczywistości Echelon to z jednej strony narzędzie inwigilacji człowieków, a z drugiej ważny (kluczowy?) element… wywiadu gospodarczego zamorskiego mocarstwa. Tak, tak, kto ciekaw – niechaj wklepie w Google, albo inną wyszukiwarkę, frazę: „Echelon, Airbus, Arabia Saudyjska” lub „Echelon, systemy radarowe, Brazylia, Thomson-CSF”. Dowiecie się jak to jest, że korporacje amerykańskie są takie potężne i wygrywają zacne kontrakty międzynarodowe.

Drugi szpieg – PRISM – jest jeszcze gorszy. Z punktu widzenia pojedynczych jednostek, czyli nas, szarych człowieków. Działa podobnie jak Echelon i również zbiera dane ludzików, tyle że… dostarczane przez swoich „informatorów”. A dokładnie przez gigantów internetowych – Microsoft, Facebook, Apple, Skype, YouTube, Yahoo, Google. Mówią Wam coś te nazwy? Zgodnie z treścią dokumentów wykradzionych przez Snowden’a, firmy te udostępniają NSA bazy danych swoich użytkowników. Dzięki temu tajniacy mieli (i jak zakładam nadal mają) dostęp m. in. do wszystkich wiadomości (g)mailowych, wszystkich użytkowników, na całym świecie! Wyobrażacie sobie tę skalę? Powiedzieć, że to przerażające to jak uznać, że Neil Armstrong był średniej klasy pilotem.

***

Oczywiście, jak się domyślacie, wszyscy wyżej wymienieni „informatorzy” twierdzą, jakoby żadnych danych nie udostępniali i nie współpracowali, na polecenie własnego rządu (!), z tajnymi agencjami. Jeśli jednak Snowden przedstawił oryginalne dokumenty, a wszystko wskazuje na to, że tak właśnie było, to mamy zagadkę na miarę Sherlocka Holmesa. Brzmi ona: „Kto w tej układance kłamie”?

Podsłuchy mniejszego kalibru

Do systemów szpiegowskich Ju Es Ej dorzućcie pomniejsze skandale i skandaliki. Typu Cambridge Analytica, czyli dowód na to, że media stosują względem nas psychomanipulację. Albo ukryte w robotach kuchennych Lidla mikrofony, o których nie było słowa w instrukcji obsługi sprzętu, ani tym bardziej w jego opisie. Niebezpieczne są nawet z pozoru niewinne, interaktywne, pluszowe miśki dla najmłodszych milusińskich. Te od firmy Spiral Toys pozwalały nagrywać wiadomości – od rodziców dla dzieci, i w drugą stronę. Niestety, wraz z danymi posiadaczy maskotek, wiadomości te wyciekły do sieci. W setkach tysięcy. No i na koniec mój „faworyt”, czyli podsłuchujące oraz podglądające nas w domowych pieleszach (!) smartne telewizory, ot choćby Samsunga.

Serio, w świetle powyższego ktoś się jeszcze zastanawia, czy smartfony nas podsłuchują?

***

Wiecie, najzabawniejsze w tym wszystkim jest, że nam się wydaje, iż jesteśmy wolni. Ba, my całkiem poważnie myślimy, że jesteśmy. Że nikt nie wpływa na podejmowane przez nas decyzje. Przechodzimy obojętnie koło afer o psychomanipulację przy wyborach prezydenckich w USA (wspomniane Cambridge Analytica). Chwilę ktoś poszumi, a potem cisza – przecież to nas nie dotyczy, dzieje się za dalekim oceanem! Cieszymy się życiem w demokratycznych ustrojach, czerpiemy garściami z rozwoju technologicznego, który – jak się powszechnie utarło – ułatwia życie. Owszem, ułatwia. Pytanie, za jaką cenę? I jak długo będzie ułatwiał, nim zacznie utrudniać? Czy naprawdę tak daleko nam do Chin i ich makiawelicznego planu kontrolowania jednostek ludzkich za pomocą systemu oceny obywateli? Czasem wydaje mi się, że różnica polega głównie na tym, iż Chińczycy wiedzą, że są inwigilowani, a my nie. Albo na tym, że my sami (bardziej lub mniej świadomie) pozwalamy się inwigilować, a mieszkańcy Chin są do tego przymuszani.

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

4
Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
papugarium
Gość
papugarium

Świetny tekst! Sama miałam podobną sytuację – wzięłam laptopa z pracy, żeby w weekend zrobić dodatkowe zlecenie. Siedzę sobie, rozmawiam w między czasie o zegarkach i jakiejś konkretnej firmie. Na drugi dzień wszędzie zaczęły mi się pojawiać reklamy tej firmy. Przypadek? Nie sądzę!

Marta
Gość

Oczywiście, że wszędzie jesteśmy śledzenia i podsluchiwani, dlatego trzeba się zastanowić czasem co się mówi 🙂