Tytułem przydługiego wstępu, żeby nie było, nie uważam się za Jaśnie Oświeconą, Nieomylną Alfę i Omegę w kwestii wychowywania dzieci. Chciałabym podkreślić, że to, co tu zamieszczam, nie stanowi wyłącznie moich przekonań. Są to również mądrości głoszone przez specjalistów maści wszelakiej – poczynając od lekarzy, na psychologach kończąc.

Jeśliś bezdzietnym człowiekiem, w dodatku singlem, to wcale nie znaczy, że tekst nie jest dla Ciebie. Wręcz przeciwnie – wszystko jeszcze przed Tobą, a zatem możesz uniknąć wtop na przyszłość i spokojnie zastanowić się, jaki obraz rodzicielstwa zamierzasz zmalować.

Scena I
Uroki centrum handlowego

Obrazek z dnia powszedniego. Centrum handlowe, a w nim mnóstwo rodziców z dziećmi, które są w takim wieku, że:

a) jeszcze nie mogą dziarsko zawyć: „Mamooooo, kupisz mi TO?! Proszęęęę”, ale już nabyły zdolność siedzenia w wózku (mniej lub bardziej potulnego)
b) mają możność biegania, skakania i innego kręcenia się pośród sklepowych alejek i z tejże niedawno posiądniętej umiejętności samodzielnego przemieszczania się, czerpią nieskrywaną radość.

Takich jednych rodziców, z takim jednym, małym kręciołkiem, wyłapałam kilka dni temu w tłumie przechodniów. Czekali w kolejce do, skąd inąd genialnego w swym założeniu miejsca, a mianowicie pokoju dla matki z dzieckiem. Czy też – coby żadnej płci nie dyskryminować – pokoju rodzinnego, po prostu. Wiecie, takiego, co w nim można pieluchę wymienić, uraczyć dziecko piersią bądź ukochaną przez szkraba butelką, a nawet i jedzenie ze słoiczka podgrzać. Wszystko w ukryciu, pełne intymności, bez narażania się na nieprzychylne komentarze tych wszystkich, których widok małej, gołej pupy bądź też matki karmiącej przyprawia o mdłości, a w najlepszym wypadku o krzywe spojrzenia. Czekają więc owi rodzice wraz ze swoją fikającą pociechą. Pociecha obsakuje mamę, a następnie kica do taty. Niestety, ani jedno, ani drugie nie reaguje na aktywność dziewczynki. Zarówno Pani jak i Pan pogrążeni są bowiem w swoich telefonach.

***

Autentycznie zrobiło mi się przykro na widok tego obrazka. Rozumiem sytuacje awaryjne, mama/ tata sam na sam z maleństwem, przygnieceni nadmiarem obowiązków, a tu nagle dzwoni ukochany dziadek, albo pani z banku, albo inny człowiek, od którego bezwzględnie należy odebrać telefon. W tym przypadku było jednak inaczej. Dziewczynce towarzyszyli OBOJE rodzice. I OBOJE poświęcali czas swoim telefonom, nie dziecku. Tak się zastanawiam, co mały człowiek ma sobie pomyśleć? Jak się poczuć, gdy najbliżsi, ci, których póki co traktuje jak bogów, traktują go jak powietrze?

Scena II
Wsiąść do pociągu

Miejscem akcji scenki rodzajowej numer dwa jest – jak to mówi nasz Dzidź – „tutum, tutum”, czyli że pociąg. A w nim pani mama wraz z córeczką. Córeczką maleńką z całą pewnością, bo stacjonującą w głębokim wózku, zwanym również gondolą. Obstawiam zatem, że wiek kruszyny oscylował w okolicach 6, góra 9 miesięcy. Jak to w tym pięknym, młodzieńczym wieku bywa, dziecię drze się wniebogłosy, a powodem owego oburzenia może być dosłownie wszystko. Wszystko, czyli przykładowo:

1. pielucha, której dłużej nie można akceptować, bo pojawiła się w niej kropelka siuśków,
2. nagły napad głodu,
3. potrzeba natychmiastowego przytulenia do rodzicielki,
4. po prostu smutek życiowy, nie wiadomo skąd pochodzący.

Mama nie sprawdza. Daje smoczek. Smoczek spoko, nic mi do smoczków, w końcu nie każdy musi chcieć uspokajać dziecię własną piersią. Jak się jednak szybko okazuje, smoczek rady nie daje. Mimo tego, po jakichś 30 sekundach, mała w cudowny sposób, milknie. Jakimże to magicznym sposobem, zachodzę w głowę? Zaciekawienie sięga zenitu, ponieważ mój własny, osobisty Dzidź, będąc w wieku bohaterki, wyciszał się tylko przy dźwiękach suszarki. (Nie pytajcie, ileśmy wówczas wydawali na opłaty za prąd!) Jak się okazało, magia polegała na tym, że matula zaserwowała małym rączkom telefon. Bez podjęcia jakiejkolwiek próby odgadnięcia, co też mogło wywołać płacz.

To tu rozegra się prawdziwy dramat,
czyli kilka faktów (naukowych! 😉 )

Pewnie część z Was uzna, że przesadzam. Odrobina czasu w towarzystwie mediów elektronicznych to przecież żadna, wielka zbrodnia. Racja, o ile „oglądacz” ukończył choć półtora roku. Zgodnie bowiem z rekomendacjami AAP (Amerykańskiej Akademii Pediatrów), maluchy poniżej 18 miesiąca życia powinny mieć bana na korzystanie z urządzeń z ekranami. Tymczasem z badań przeprowadzonych na naszej, ojczyźnianej ziemi (przez Fundację Dzieci Niczyje i Millward Brown S.A.) wynika, że ponad 40% polskich roczniaków i dwulatków korzysta z tabletów lub smartfonów. Ba, jedna trzecia z nich korzysta z tychże mobilnych gadżetów codziennie lub prawie codziennie!

A wśród nich – płytki umysł

Zdajecie sobie sprawę, że nadmiar czasu (w przypadku małych dzieci, tj. około 2 roku życia, nadmiar to więcej niż 20 minut) spędzanego w towarzystwie wszelkiej maści ekranów, zmienia mózgi latorośli? Słyszeliście o takim pojęciu jak „płytki umysł”? Wbrew pozorom nie odnosi się do ludzi określanych przez niektórych jako „pustaki” czy „głąby”. Odnosi się do dzieci. Naszych, korzystających z dobrodziejstw rozwoju cywilizacyjnego – smartfonów, tabletów, telewizorów i internetów właśnie.
Co te gadżety małym człowiekom spłycają? Takie tam, przykładowo:

  • dzieci nadużywające internetu maja problem z koncentracją, nie potrafią utrwalać długich tekstów, ich pamięć szwankuje,
    (tako rzecze Nicholas Carr w swym dziele „Płytki umysł. Jak Internet wpływa na nasz mózg”)

  • dochodzi do zahamowania rozwoju mowy, umiejętności językowych i komunikacyjnych,
    (tako rzecze m.in. logopedka Magdalena Rybka)

  • obecność telefonu ogranicza procesy poznawcze, zmniejsza skuteczność inteligencji wrodzonej, spowalnia działanie pamięci roboczej
    (tako rzecze dr Konrad Bocian – psycholog społeczny, wykładowca SWPS).

Nieźle, prawda? No, to teraz prawdziwa BOMBA!

Emotki czy emocje?

Z pozoru niegroźne emotki. Z pozoru, bowiem emotkowy problem polega na tym, że widząc takowe, zazwyczaj nie widzi się miny nadawcy. Nam, dorosłym, to nie przeszkadza – każdy przecież wie, że jak rozmówca wysyła 🙁 znaczy się smutek zagościł na jego obliczu. Różnica między nami, a pokoleniem obecnych dzieci sprowadza się do tego, że mój i Twój czas dorastania przypadał na okres ery analogowej – co żeśmy się na „gęby” innych napatrzyli, to nasze! Co to ma do rzeczy? Całkiem sporo! Z przeprowadzonego w słonecznej Kalifornii eksperymentu, któremu poddano grupkę dwunastolatków wynika, że smartfonowo-internetowym dzieciakom (a zatem człowiekom dorastającym w erze cyfrowej) trudno jest rozszyfrować mimikę twarzy rozmówcy! Nie potrafią odgadnąć czy ktoś jest smutny, czy ironizuje, itp.

Jeżeli nic z tym nie zrobimy, za 50 lat ludzie nie będą potrafili rozpoznać, że ktoś na ulicy potrzebuje pomocy, szef nie zobaczy smutku na twarzy podwładnego.
– przestrzega doktor Konrad Bocian.

Brzmi przerażająco? Cóż, na własne życzenie szykujemy sobie pokolenie zombie.

Halo halo, policja? Poproszę na plac zabaw!

A propos zombie/ smombie – wiecie, że przeciętny użytkownik smartfona spędza przy nim niemal trzy godziny dziennie (wyszperane w badaniach, rzecz jasna)? Dokładając do tego pozostałe 8, a nawet i 10 godzin, poświęconych pracy, musi się to odbić na jakości czasu spędzanego z dzieckiem. Potwierdzenia tej tezy daleko szukać nie trzeba – wystarczy przejść się po byle placu zabaw, przypadków do analizy bez liku. Spora część rodziców na słowa swej pociechy: „Tato/ mamo, patrz!” odpowiada, nie podnosząc wzroku znad ekranu telefonu: „patrzę, patrzę!”. Jasne, szkoda, że nie na dziecko. Wiecie co dzieje się później? Kilka lat takich obserwacji, gdy to smartfon i komputer są priorytetem rodzica, sprawia, że dziecko zaczyna czuć się… bardzo SAMOTNE. Mój ulubiony pedagog – Jesper Juul (dla niewtajemniczonych – pan jest duńskim terapeutą, autorem książek i poradników dotyczących funkcjonowania w rodzinie) stwierdza rzecz niesłychanie przejmującą:

„Kiedy rodzic odrzuca dziecko, ono po prostu czuje się smutne, rozczarowane albo wściekłe (…). Z czasem rezygnuje ze swoich prób nawiązania kontaktu z rodzicem i traci nadzieję.
Nie ma potem znaczenia, ile razy rodzic powtórzy „Kocham cię!” ani ile razy obieca jakiś rodzaj rekompensaty. Szkoda już została wyrządzona. Dodatkowo małe dzieci wierzą bardziej słowom rodzica niż własnemu doświadczeniu, więc jeśli dorosły odrzuca je, ale zapewnia, że „kocha” i że „przecież jesteś dla mnie ważna/y”, to dziecko zwątpi raczej w swoje odczucia i samego siebie niż w jego zapewnienia.

***

Zaiste smutne mamy czasy, w których to budujemy małym człowiekom piękne place zabaw, urządzamy im bajeczne pokoje, kupujemy cudne i fikuśne zabawki (toooonyyyy zabawek!), z pieczołowitością wybieramy przedszkola, szkoły, opiekunki, dodatkowe zajęcia, słowem dajemy im wszystko, za co jesteśmy w stanie zapłacić. Nie potrafimy jednak zaoferować tego, co bezcenne – naszego czasu. Czasu poświęconego tylko i wyłącznie dziecku. Skupieniu na nim uwagi. Nawet, gdyby oznaczało to wgapianie się przez pół godziny, jak dzidź klepie babki z piasku. Albo podkłada głos pod figurki z klocków Lego – róbmy to, dajmy maluchom NAS. W przeciwnym razie odbierzemy dzieciom to, co najważniejsze – wiarę. W to, że dorośli będą dla nich ostoją, będą pomagać w zrozumieniu kim są, a ponad wszystko – będą zapewniać wsparcie w poszukiwaniu swojego miejsce w świecie. Zawsze.

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
Powiadom o