Zacznę od tego, że każdy ma rzecz jasna prawa do decydowania o tym, gdzie przebiega granica pomiędzy intymnością, a tym, co dostępne dla ogółu, wszem i wobec. Chciałabym jednak, byście zastanowili się odrobinę nad powodami, dla których całej wirtualnej wiosce pokazujecie zdjęcia swoich pociech. Twarze Waszych pociech. Właśnie o tym będzie dzisiejszy wpis: Dzieci w sieci, czyli sharenting. Co kryje się pod pojęciem sharentingu? I dlaczego publikowanie zdjęć bąbelków jest złe?

Czym jest sharenting?

Sharenting to pojęcie ukute stosunkowo niedawno. Jak się domyślacie, związane jest z przestrzenią internetów, a konkretnie – mediów społecznościowych. Powstało ze zlepku dwóch wyrazów, anglosaskiego podchodzenia 😉 – „parenting” i „share”. Sharenting stanowi określenie zjawiska, polegającego na dzieleniu się w mediach społecznościowych zdjęciami swoich dzieci. A w zasadzie na zalewaniu wirtualnej wioski fotografiami przedstawiającymi najmłodszych członków rodzin. Czy to coś złego, zapytacie? Ano, złego. Jak wiadomo świat, w tym  (a może przede wszystkim?) ten wirtualny, bywa okrutny i groźny, o czym poniżej.  Przede wszystkim jednak sharenting z etycznego (i zwyczajnie… ludzkiego) punktu widzenia jest dyskusyjny, bowiem chcąc nie chcąc naruszamy granice intymności naszych dzieci. Oraz ich prawo do samostanowienia, decydowania o sobie.

Po pierwsze: Każdy ma prawo do decydowania o sobie. Każdy. Twoje dziecko również.

To dla mnie podstawowy i koronny argument za tym, by nie publikować zdjęć, na których widoczna jest twarz dziecka. W szczególności tego małego, jeszcze niepotrafiącego mówić, bądź wypowiadającego pojedyncze wyrazy. Ale nawet i starszy dzidź, kilkulatek, powinien podejmować decyzję o tym, czy chce znaleźć się na setnej focie, umieszczonej na profilu instagramowym swojego rodzica, świadomie. Świadomie, czyli nie pod wpływem impulsu i tłumaczeń rodziców, że to nic złego, bo na zdjęciu wygląda uroczo. Bo jest dumą taty. Skarbem mamy. Wiadomo, iż słysząc takie argumenty dziecko raczej nie będzie protestować przeciwko umieszczeniu jego słodkiej twarzyczki w sieci.

O tym, czy dziecko chce, by jego wizerunek publicznie rozpowszechniać, pociecha powinna zadecydować w momencie, gdy zrozumie znaczenie słowa „wizerunek”. Kiedy latorośl będzie na tyle duża i na tyle samodzielna, żeby faktycznie samemu o sobie stanowić. Zakładam, że jest to wiek mocno nastolatkowy. Tymczasem z badań wynika, iż przed ukończeniem przez dziecko 5 lat, większość rodziców umieści w wirtualnym świecie, tj. na Instagramie lub Facebooku, około 1500 zdjęć (nie, nie pomyliły mi się zera, słownie: tysiąc pięćset) swoich pociech (źródło: Child Rescue Coalition). Trochę dużawo, nie sądzicie?

Z jednej strony krzyczymy „my body my choice”, protestujemy przeciwko ACTA, stoimy na straży naszych praw, prywatności, wolności, możliwości decydowania samemu o sobie, a z drugiej… nie przestrzegamy i nie szanujemy granic prywatności oraz intymności naszych dzieci. Trochę na zasadzie „Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy to jest zły uczynek. Dobry, to jak Kali zabrać komuś krowy”.

A jak myślicie, co na to wszystko sami zainteresowani, czyli dzieciaki? Jako odpowiedź na to pytanie wrzucam Wam bardzo ciekawy filmik, zrealizowany przez The New York Times, a zatem po angielsku. Wszystkim zapoznanym z  tym językiem obcym – serdecznie polecam:

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że część rodziców obecność swych pociech w internetach tłumaczy słowami „bo moje dziecko uwielbia obiektyw aparatu”. Do mnie ta argumentacja nie przemawia. Skoro maluch ma parcie na szkło – może warto pomyśleć o wysłaniu latorośli na profesjonalną sesję zdjęciową i zwróceniu się w kierunku modelingu? Mimo wszystko zapewni to dziecku większą anonimowość, niż umieszczanie jego zdjęć na Instagramie czy Facebooku, gdzie malec znany jest z imienia, nazwiska, a nawet dokładnego miejsca pobytu.

Zastanówmy się – po co umieszczane są zdjęcia dzieci w sieci? Według mnie z jednego tylko powodu – by podnieść samoocenę rodzicom (względnie zasobność ich portfela). Jasna sprawa, że miło się na sercu robi, gdy tysięczna osoba, pod zdjęciem na którym widnieje nasz zuch, pisze „jaki słodziak/ jakie piękne dziecko. Człowiek, po przeczytaniu tylu pochlebnych opinii, chodzi cały dzień dumny niczym paw! I ok, okazjonalne wrzucenie na ściankę fotki Antka czy innej Zosi nic złego światu, ani dziecku, nie uczyni. O ile oczywiście dziecię nie jest przedstawione w sposób kompromitujący. Dajmy na to w asyście nocnika, czy z buzią tak brudną od czekolady, iż widać na niej tylko zarys oczu.

Tym, co w sharentingu odpycha mnie najbardziej, jest budowanie popularności swojego konta na Instagramie (czy innym portalu społecznościowym) w oparciu o wizerunek dziecka. A takich osób, którym „sławę i splendor” zapewniły zdjęcia latorośli, istnieje całkiem sporo. Podobnie jak blogerek czy influencerek parentingowych, które reklamują produkty dziecięce, firmując je wizerunkiem własnego (!) malucha. Dla mnie świadczy to o bardzo małej świadomości rodziców i stawianiu chęci  bycia rozpoznawalnym ponad dobrem dziecka. Jest odzwierciedleniem myślenia, sprowadzającego się do stwierdzenia „dla hajsu sprzedam wszystko. Nawet bezpieczeństwo dziecka.

Po drugie: Bezpieczeństwo dziecka

O tym, na jak szeroką skalę bywamy w dzisiejszym świecie obserwowani, już Wam pisałam. Nie, to nie jest ani paranoja, ani mania depresyjno-prześladowcza, ani tym bardziej żadna teoria spiskowa. Obserwują i podsłuchują nas tajne służby, obserwują i zbierają dane na nasz temat reklamodawcy. Ba, myślicie, że potencjalny pracodawca, zanim zdecyduje, czy zatrudnić człowieka w swojej firmie, nie rzuci okiem na to, co też osoba pokazuje w mediach społecznościowych? Come on, wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, a ciekawość, to jedna z naszych podstawowych cech gatunkowych. Kiedyś popularne było hasło: „Skąd wiesz? Z Facebooka”, co samo za siebie mówi o współczesnych źródłach pozyskiwania informacji 😉 .

A teraz zastanówcie się, czy psychole, pedofilie oraz inni ludzie o nieczystych zamiarach, mogą używać tych samych środków, do czerpania wiedzy o swoich potencjalnych ofiarach, co tajniacy? Myślicie, że skoro wywiad sprawdza ludzi na Fejsie i między innymi w ten sposób namierza podejrzanych delikwentów, to podobnie nie działa druga strona mocy? Zorganizowane grupy przestępcze? Jesteście przekonani, że sytuacje porwań, uprowadzeń i sprzedaży dzieci, ot choćby na narządy, to jakieś science fiction i scenariusz filmu akcji? Cóż, statystyki policyjne mówią coś zgoła innego.

Handel dziećmi

Handel dziećmi w Europie Środowej i Południowej jest rozwinięty na ogromną skalę, choć zdecydowana większość z nas pewnie sobie tego nie uświadamia. Poszukajcie, poguglajcie, przejrzyjcie internety od A do Zet. Rok rocznie, kilka tysięcy dzieci jest uznawanych za zaginione. Co więcej, liczba zgłaszanych „zniknięć”, począwszy od 2011 roku, sukcesywnie rośnie. Na szczęście  zdecydowaną większość latorośli udaje się odszukać. Jednak kilka procent spośród zaginionych nigdy nie wraca do domu. Nigdy nie zostaje odnalezionych. Nigdy więcej nie widzi swoich bliskich.

Od czego zaczyna się procedura porwania? Od obserwacji dziecka. Potem się malucha namierza. No i porywa. Podkreślę – zaczyna się od obserwacji dziecka. Jak myślisz, czy ułatwiasz „pracę” ludziom złej woli, umieszczając na Instagramie, Facebooku, czy innym portalu społecznościowym, setne zdjęcie swojego szkraba – pięknego, rumianego, uśmiechniętego? W domowej scenerii. W bliskim otoczeniu. Tak, że naprawdę łatwo Was namierzyć. Według raportu Norstat (przygotowanego na zlecenie agencji Clue PR) 39% polskich rodziców wrzuca filmy i zdjęcia pokazujące, gdzie w danym momencie przebywa ich latorośl. W oparciu o zamieszczane w internetach treści (zdjęcia dzieci) można dowiedzieć się w zasadzie wszystkiego na temat nawyków, szkoły czy hobby berbeci.

Kradzież wizerunku

No i rzecz kolejna, jeśli chodzi o kwestie bezpieczeństwa w internetach – kradzież wizerunku. Szacuje się, że do 2030 roku sharenting będzie odpowiadał za 2/3 wszystkich przypadków owej kradzieży (źródło: Barclays). Znając imię, datę urodzenia oraz adres zamieszkania, przestępcy internetowi mogą przechowywać te dane do osiągnięcia przez dziecko pełnoletności i wówczas zacząć, ot na przykład, otwierać konta bankowe.

Po trzecie: Presja środowiska. Jak rówieśnicy zareagują na zdjęcie siusiaka w kąpieli?

Zdajecie sobie sprawę z tego, że w dzisiejszych czasach dziatwa w wieku szkolnym, gdy nie pała sympatią do którejś z koleżanek lub kolegów z klasy, napiętnuje tę osobę w internetach? Dzieciaki zakładają zamknięte grupy na Facebooku, do których dostęp mają jedynie uczniowie danej klasy. Następnie wyłaniają czarną owcę i… hulaj dusza, piekła nie ma – wrzucają memy, ośmieszające zdjęcia, komentarze, przerobione w programie do obróbki zdjęć printscreeny z filmów porno (serio, tak się dzieje), w których główną rolę odgrywa nielubiana koleżanka lub kolega. Wiecie, dzieci są wspaniałe, ale bywają okrutne i bezlitosne.

Nigdy nie wiesz, czy urocze zdjęcie z sesji niemowlęcej, na którym karmisz swojego malca piersią, wrzucone do mediów społecznościowych, za kilka lat nie stanie się powodem do wyszydzania Twojego dziecka przez grupę rówieśniczą. Podobnie jak to urocze, kiedy pluska się w wannie. Lub siedzi w foteliku do karmienia, całe upaćkane posiłkiem.

Naprawdę, zachwyty obcych osób (bo znane Ci i bliskie zachwycają się dzieckiem, widząc je podczas wspólnych spotkań) warte są podjęcia takiego ryzyka? Dołożenia cegiełki do ewentualnego hejtu, jaki za kilka lat (miesięcy?) może wylać się akurat na Twoje dziecko?

Po czwarte: Przyszłość zawodowa dziecka. Nie rzucaj kłód pod nogi.

Każdy kochający rodzic pragnie dla swoich dzieci jak najlepszego życia. Każdy chciałby, by jego potomstwo realizowało się na polu uczuciowym (związki, przyjaźnie), rodzicielskim, jak i zawodowym. A mimo tego, świadomie lub nie, utrudniamy dzieciom wejście na ścieżkę kariery.  I to już od najmłodszych lat, dzieląc się scenkami z ich życia z wirtualną społecznością.

Nigdy nie wiesz, czy Twoje dziecko nie będzie chciało zostać agentem CBA, CBŚ lub Służby Wywiadu Wojskowego. Człowiekiem, o którego przeszłości powinno się wiedzieć jak najmniej.

Nigdy nie wiesz, czy Twoje dziecko nie będzie kolejnym Ministrem oświaty, cyfryzacji, Premierem czy Prezydentem. Człowiekiem piastującym ważne funkcje społeczne, poważanym, szanowanym.

Nigdy nie wiesz, czy Twoje dziecko nie będzie gwiazdą kina światowego formatu, muzycznym bożyszczem, czy poczytnym pisarzem, pretendującym do nagrody Nobla. Człowiekiem na świeczniku, na którego tak czy inaczej będzie się wylewało wiadra pomyj. A to za duży nos, a to potargane włosy, zezowate oczy, za małe usta. Dołóż do tego dziesiątki kompromitujących zdjęć z okresu dziecięctwa lub takich, które będą zaprzeczeniem wypowiadanych przez Twoje już dorosłe dziecko poglądów – katastrofa gotowa.

Inna sprawa to kwestie stricte społeczne, znaczy się miejsce dziecka w społecznej hierarchii. Słyszeliście o chińskim pomyśle, przerastającym mistrza Orwella, tj. systemie oceny obywateli? Biorąc pod uwagę, że nie wiadomo, na jakiej podstawie władze będą kiedyś analizować i wartościować ludzi, może lepiej nie umożliwiać serwisom społecznościowy zbierania danych na temat naszych dzieci? Nigdy nie masz pewności, w jaki sposób informacje te zostaną wykorzystane, ani komu, do jakich celów, posłużą.

Uszanujmy prywatność i odrębność naszych dzieci. Spróbujmy zrozumieć, że to nie my jesteśmy kreatorami ich życia. Jesteśmy (aż) ich dawcami, przewodnikami po tymże.  Skoro nawet wszechwiedzący, chrześcijański Bóg dał człowiekowi wolną wolę oraz prawo do decydowania o sobie, to my dajmy dzieciom przynajmniej prawo do rozporządzania własnym wizerunkiem. Nie odbierajmy, kawałek po kawałku, wolności i swobody latoroślom.

Po piąte: Chroń. Chroń i jeszcze raz chroń. Od tego jesteś.

Wszyscy kochamy nasze dzieci. Chcemy je chronić. Dążymy do tego, by dać im to, co najlepsze. W końcu uważamy, że latorośl jest człowiekiem wyjątkowym, niepowtarzalnym i jedynym w swoim rodzaju. Nieba byśmy przychylili, bramy piekieł na cztery spusty zamknęli, bez chwili wahania oddali swoje życie. Dlaczego więc tak trudno nam zrezygnować z promowania siebie, poprawy swojego samopoczucia, kosztem dzieci? Dlaczego tak bardzo zależy nam na tym, by obcy ludzie (!) wychwalali pod niebiosa bliskiego nam człowieka? Jasne, to łechce nasze ego. Naprawa dumą. Ale wiecie co? Jest też przejawem próżności. Nie dziecka. Rodzica.

Mnie wystarczy, że najbliżsi są wpatrzeni w Synola. Że dla mnie jest najwspanialszy. Dla Jego Taty. Babć. Dziadków. Cioć. I Wujków. A reszta? Jestem pewna, iż zachwyci się, jak tylko Go poznają 😉 . Ale o tym, kto oraz kiedy będzie mógł wejść z Dzidziulcem w interakcje – pozwolę zadecydować mojemu dziecku samodzielnie. Gdy będzie na to gotowe. Świadome siebie, świadome zagrożeń związanych z upublicznianiem wizerunku w sieci. Gdy będzie umiało reagować na hejt. Gdy będzie rozumiało, jakimi prawidłami rządzi się świat internetów. Nie chcę też wystawiać na szwank relacji z Maluchem, ot choćby w sferze wzajemnego zaufania. Myślicie, że przesadzam? Więc posłuchajcie (tym razem po polsku) :

Chrońmy więc dzieci. Nie tylko przed panem na ulicy, który chce dać cukierka i zaciągnąć do samochodu. Chrońmy również przed tym, który siedzi po drugiej stronie monitora, pożądliwym wzorkiem wpatrując się w naszego cukiereczka. Osłaniajmy nie tylko przed kolegą (czy koleżanką), który na placu zabaw wali na oślep pięściami w naszego malca, ale także tym, który uderza w jego godność słowami wypisanymi w wirtualnym świecie. Jeden i drugi cios boli tak samo.

Oczywiście nie chodzi mi o to, by udawać, że dziecko nie istnieje. Małe człowieki stanowią znaczną część świata rodziców i to nie ulega żadnej wątpliwości. Nie mam więc nic przeciwko temu, by pokazywać, w subtelny sposób, ich obecność. Jednak każdorazowo – przy poszanowaniu intymności oraz odrębności naszych latorośli.

Jesteśmy rodzicami – dorosłymi, którzy powinni pokazywać swoim dzieciom, jak poruszać się w świecie. Tymi, którzy podejmują decyzje – za nas samych, za najmłodszych. Czasami jednak błądzimy po omacku. Dziś nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć konsekwencji sharentingu w perspektywie 10, 20 czy 30 lat. A skoro nie wiemy, w jaki sposób zdjęcie dziecka, spontanicznie wrzucone do wirtualnej wioski, zostanie wykorzystane, i w jaki sposób wpłynie na życie latorośli, już jako dorosłego osobnika, to nie idźmy tą drogą. Po prostu.

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

5
Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Laurel
Gość
Laurel

Jestem zdania, że zdjęcia dzieci trzeba publikować z umiarem. Sama wstawiam je tylko sporadycznie. Niektórzy naprawdę przesadzają, ale być może nie widzą w tym nic złego

panidesigner
Gość
panidesigner

Bardzo dobry wpis. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie wrzucają mnóstwo zdjęć swoich dzieci do neta, ale to może wynika z tego, że sama ich nie mam. Ale niezwykle denerwują mnie zdjęcia półnagich lub nagich dzieciaków na instagramie. Czasami mam wrażenie, że rodzice nie mają za grosz wyobraźni, kto może te zdjęcia przeglądać, dlatego jak tylko widzę to takie konta zgłaszam.

jamaska
Gość

Znam kilka niezlych blogów parentingowych, gdzie na zdjęciach są dzieci. “Znam” je od noworodków, a teraz są już kilkulatkami, zastanwiam sie kiedy zrozumieją, że jest ich ich pełno w sieci. i ciekawe co zrobią ich mamy, kotry całą markę bloga o nie oparły. W końcu nie każde dziecko chce pokazywać swoje całe życie, co wtedy? Wykasować pół bloga?
Ja moje “bombelki” pokazuję rzadko, a jeśli już to nie za bardzo je widać, szanuję ich prywatność. To 1500 zdjęć to naprawdę szokująca liczba.

blogierka
Gość

Zupełnie podzielam Twoje zdanie i nie rozumiem, dlaczego ludzie budują popularność na dzieciach- tak nie powinno byc :/