Mam ja Ci koleżankę, która razu pewnego stwierdziła, że dobrą pracą wcale nie jest ta, gdzie dużo się nazapierdzielasz i dużo zarobisz – to powinno być normalne. Jej zdaniem dobra praca to taka, w której mało się narobisz, a dużo zarobisz. Nie sposób się nie zgodzić 🙂 . Co jednak, poza zarobkami, przesądza o tym, że w danym miejscu zatrudnienia chcemy zostać, a z innego wybiegamy radośnie (osiągając prędkość światła), gdy tylko odtrąbimy wymagane 8 godzin? Poniżej myśli zebrane korpo-wyjadacza, specjalisty od złotych strzałów pracowniczych, mistrzyni zmieniania pracy, ba – rzucania pracy, redefiniowania ścieżki zawodowej i modyfikowania formy zatrudnienia. Innymi słowy – kilka słów o mojej dotychczasowej karierze. W Wasze ręce, całkiem za darmo, oddaję opis popełnionych błędów, na których możecie się sporo nauczyć, trafnie podjętych decyzji i doznanych olśnień. Gotowi?

Czas start!
Początek kariery

Czyli jak to wygląda(ło) na i po studiach. Stety niestety załapałam się na myślenie pokoleniowe, które hołduje zasadzie „ktoś chce Cię na darmowe praktyki? Leć, pędź, lepsza okazja się nie nadarzy”. No bo przecież taki oto młody człowiek nic jeszcze nie wie, nic nie umie. A zatem, gdy z nieba nam spadający, jaśnie pan pracodawca oferuje pomoc i pragnie czeladnika przyuczyć – należy natychmiast propozycję przyjąć. Uległam temu złudzeniu. Wyobrażacie sobie, że swoją pierwszą pracę świadczyłam za – UWAGA, UWAGA – 800 złotych polskich. Miesięcznie, nie tygodniowo. Ile tak wytrzymałam? Ano, dwa lata. Tak, lata, nie miesiące. Z dzisiejszej perspektywy w głowie mi się nie mieści, że mogłam przystać na takie warunki zatrudnienia. Niestety, wdrożono mi myślenie, że w wyuczonym zawodzie, tj. prawniczym, człowiek winien dostawać ochłapy, nim się porządnie wykształci (znaczy się nim aplikację zrobi, bo sam mgr to wiadomo – nic niewarty), bo… takie są realia. I już.

Dlatego tak ogromnie się cieszę, gdy widzę tych – zdaniem niektórych – „pyskatych” Milenialsów, co to wybrzydzają i nosem kręcą, jak im się potencjalna praca nie podoba. I dobrze, że kręcą! Świetnie, że wybrzydzają! Powiem Wam więcej – wszyscy powinniśmy brać z nich przykład! Przecież młody człowiek (a tym bardziej ten nieco zaawansowany wiekiem) czy to na studiach, czy świeżo po, nawet jeśli tylko przekłada papiery, kseruje, skanuje i parzy przysłowiową kawę – poświęca na to swój cenny czas. Wykonuje pracę. A za pracę należy się płaca. To tak jakby wszystkie panie sprzątające miały swoje obowiązki wykonywać za darmo. Komuś by to przyszło do głowy? Może i przyszło, ale czy ktokolwiek za darmo konserwowałby powierzchnie płaskie np. galerii handlowych? Nie sądzę. Skąd więc przekonanie, że „studenciak-praktykant” powinien robolić za darmo?

Koło fortuny,
czyli rozkręcamy się zawodowo

Dobra, początek za nami. Gdy mnie w końcu, po owych dwóch latach olśniło, roztropnie postanowiłam zmienić uwłaczającą mej godności pracę i przeniosłam się do kancelarii z prawdziwego zdarzenia. Tam moje zarobki co prawda wzrosły 3-krotnie, jednak wzajemne oczekiwania moje i pracodawcy szybko się rozminęły – ja chciałam pracować oraz robić doktorat, jednocześnie zachowując resztki work-life-balance, a mój pracodawca chciał, cobym przy okazji doktoratu robiła także aplikację. Słowem „no life, just work”. Przyzwoicie się pożegnawszy, zrezygnowałam z dalszej współpracy.

Popłynęłam z prądem i wylądowałam w jednej ze spółek Pana Leszka Cz. Taki tam polski przedsiębiorca, jakieś banki pozakładał i inne firmy brokerskie. Tyle tylko, że jego biznesy, spojrzawszy przez pryzmat mojego doświadczenia, fajne nie są. Trochę działania na granicy przyzwoitości, trochę więcej grania na ludzkich emocjach (głównie emocjach klientów) i trochę robienia prania mózgu pracownikom (a nawet więcej niż trochę). Odeszłam więc, w wielkim stylu. Jak?

Otóż dnia pewnego, będąc niezwykle poirytowaną, że mój przełożony próbuje po raz kolejny zrobić ze mnie głupią, wciskając swój sposób sprzedaży (może i skuteczny, ale nielicujący z moim systemem wartości oraz inteligencją) powiedziałam, że bardzo przepraszam, ale ja tak nie zrobię. I kropka. W odpowiedzi usłyszałam podszyte groźbą: „Nie musisz tu pracować”. Oooo, ludzie drodzy. Wiecie jak to na mnie podziałało? Jak płachta na byka. Niewiele myśląc odparowałam: „Wiem, że nie muszę… Do widzenia”. I odwróciwszy się na pięcie – wyszłam. Momentalnie. Może i straciłam pracę, ale zachowałam godność. Jaki z tego morał?

Primo – uciekaj z pracy, w której:

1. Masz poczucie, że wiesz więcej niż Twój pracodawca.
2. Zmuszają Cię do działań, które są sprzeczne z Twoim systemem wartości.
3. W jakikolwiek sposób Ci grożą, mobbingują lub próbują zaszachować.

Secundo – nie bój się zmian! Z każdej sytuacji jest wyjście, każdą pracę można zmienić i zawsze, ale to absolutnie zawsze dostaniesz inną. No, chyba że nie wysyłasz CV i olewasz rozmowy kwalifikacyjne – wtedy faktycznie możesz mieć problem ze znalezieniem zatrudnienia 🙂 .

Korpo na prowadzeniu,
życie prywatne w cieniu

Ja również dostałam inną i to szybciutko – wylądowałam w jednej z korporacji zaliczanych do Wielkiej Czwórki. Potem przeniosłam się do drugiego giganta. Następnie, wraz z przeprowadzką do stolicy (cóż to był za piękny epizod w mym krótkim życiu!), miałam okazję pracować w największej, polskiej kancelarii, jaka powstała w nadwiślańskim kraju. O korpo mogłabym więc pisać sporo, i zresztą trochę już napisałam. Na potrzeby niniejszego tekstu, najogólniej rzecz ujmując, pracę takową polecam każdemu. Nauki przy niej masa, w zasadzie na każdym polu.

Umiejętność jedzenia i pracowania równocześnie posiądziecie najszybciej. Potem, mimowolnie, weźmiecie udział w konkursie na to, kto danego dnia wleje w siebie najwięcej hektolitrów kawy. Nie zdziw się tylko, gdy dumnie wypita 10 filiżanka, nie zagwarantuje Ci miejsca na podium. Następnie przyjdzie czas na naukę pracowania bez przerw, bez wytchnienia i bez poszanowania 40-godzinnego tygodnia pracy. Gdy przejdziesz przez powyższe stopnie wtajemniczenia, uzyskasz dostęp do najsekretniejszego z sekretów – życie poza korpo istnieje tylko w ściśle ograniczonym zakresie. Powiedzmy, kilka godzin tygodniowo. Oddajmy jednak bogom, co boskie – wiedzę w kuźni korpo-talentów nabędziesz na pewno. Dobre maniery biznesowe również. W gratisie otrzymasz możliwość obserwacji skomplikowanego systemu naczyń powiązanych, z człowieków się składającego – dobra zabawa gwarantowana. Pod warunkiem, że złapiesz odpowiedni dystans.

W korpo od bycia pracownikiem roku i najlepszą koleżanką ever, do zostania czarną owcą przez już-nie-koleżanki mierzoną wzrokiem pełnym pogardy, droga jest krótsza niż z jednego końca Twojego łóżka do drugiego. Mimo wszystko – gra w korpo jest warta świeczki!

Lubisz to co robisz?
Jesteś tam, gdzie chciałeś?

Powiedzmy, że doświadczenie zawodowe już masz. Może miesiąc, może pół roku, a może dwanaście lat. Jesteś szczęśliwy/a w miejscu, w którym się znajdujesz? Praca daje Ci satysfakcję?

Ja na przykład przez długi (stanowczo zbyt długi!) czas żyłam w przeświadczeniu, że z pracą jest podobnie jak ze szkołą – chodzisz, bo musisz. Nie lubisz większości nauczycieli, nie interesuje Cię większość przedmiotów, ale męczysz się dalej, bo tak trzeba. Jesteś istotą ambitną, więc choć fizyka kompletnie nie leży w zakresie Twoich zainteresowań – uczysz się na każdy sprawdzian i kartkówkę, mając nadzieję, że zaowocuje to dobrą oceną. W efekcie, na to co naprawdę Cię interesuje, masz tyle samo czasu, co na przedmiot, który – umówmy się – powinieneś mieć w dupie.

Chodzisz do pracy z taką samą pasją jak na lekcje fizyki? Choć nie lubisz tego co robisz, to dzięki uporowi i ambicji świetnie się na swojej pracy znasz? W dodatku współpracownicy traktują Cię jak eksperta? Zmiana zatrudnienia Ci nie w głowie – przecież dla każdego szanującego się człowieka życie zawodowe powinno oznaczać harówkę? Jeśli na którekolwiek z powyższych pytań udzieliłeś odpowiedzi twierdzącej – może przybić sobie piątkę. A potem wziąć się do roboty – czas na zmiany! Myślisz, że już za późno na zaczynanie wszystkiego od nowa? No cóż, biorąc pod uwagę, że w pracy spędzamy większość dnia, co daje przeciętnie 1890 godzin rocznie, to moim zdaniem nigdy nie jest za późno na przedefiniowanie życia zawodowego. Do odważnych świat należy! Tym bardziej, że mamy rynek pracownika – tak komfortowych warunków do poszukiwania nowego miejsca zatrudnienia jeszcze nie było. I za chwil kilka – może już nie być!

Ja już tak!

Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby nie mój obecny mąż, a ówczesny chłopak, nadal tkwiłabym po uszy w bagnie pra(co)wniczym. Pomimo, że od zawsze fascynował mnie świat kreatywny, utknęłam w tym pełnym sztywnych reguł i zasad. Mój Towarzysz Życia jako pierwszy tak naprawdę uświadomił mi, że mogę pracować robiąc to, co lubię. Bingo! Zanim jednak rzuciłam prawniczy świat wielkich korporacji na rzecz PR’owej przestrzeni, upłynęło pięć długi lat. Pięć lat, w trakcie których mogłabym codziennie, z uśmiechem na ustach, wchodzić do pracy. Zamiast tego spędziłam owe lata na niemal całodobowym szperaniu w przepisach, orzecznictwie i literaturze. Po co? Dobre pytanie! Ogólnie rzecz ujmując, by pomóc klientom udowadniać, że czarne jest białe 🙂 . Teraz mogę odetchnąć z ulgą – to wszystko już za mną. I nie wróci więcej!

Być może, gdybym zawczasu przeczytała słowa mojej ulubionej aktorki, zapaliłaby mi się lampka ostrzegawcza i nie męczyłabym się tyle czasu w zawodzie, którego nigdy nie chciałam wykonywać. Danuta Szaflarska pytana bowiem o poradę dla młodych, którzy dopiero wchodzą w tzw. dorosłe życie, podkreślała, że najważniejsze jest:

„żeby wybrali zawód, który będą kochać (…). Jeżeli się nawet pomylą, to warto jeszcze zmienić (…). Uważam, że praca jest błogosławieństwem, a emerytura dobra jest chyba dla tych, którzy nie lubili swojego zawodu.

Recepta na dobrą pracę jest więc jedna, odwieczna i prawdziwa – jeśli się jej nie kocha, to trzeba ją przynajmniej polubić. W przeciwnym razie należy z kieratu uciekać, nim doprowadzi człowieka na skraj załamania nerwowego. Nie marnujcie więc ani chwili, niechaj to będzie najszczęśliwszy poniedziałek/ wtorek/ środa/ jakikolwiek inny dzień tygodnia – pędźcie składać wypowiedzenia! 😉

najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] pracy. Ale jej nie zmieniasz. Bo to nie takie łatwe (a właśnie, że łatwe, co udowadniałam tutaj). Twoim celem jest chodzenie na fitness przynajmniej dwa razy w tygodniu, by w końcu mieć tyłek […]

trackback

[…] już, bo o tym pisałam, ot choćby tu, że przeszłam przez niejedną korporację. Moja dotychczasowa praca zawodowa była bardzo, ale to […]