Przy byle okazji, by nie powiedzieć permanentnie, temat obecności religii w szkołach przewija się przed media. No i debatują! Że XXI wiek, że społeczeństwa się laicyzują. Że skoro mamy dżender i tęczową rewolucję, to po co i na co komu religia.  W dodatku w placówkach oświatowych! Zastanówmy się więc: czy to przystoi, by katolickie lekcje odbywały się w świeckiej szkole? Przyda się komuś wymuszona religia, czy raczej należy ją traktować w kategoriach (nie)groźnego przeżytku?

Krzyże w klasach i katechizmy pod ławkami – historia religii  w szkołach

Zrobiłam mały risercz internetów, coby sprawdzić jak się kształtowały dzieje obecności katolicyzmu w polskiej szkole. Okazuje się, iż związek religii i oświaty należy do tych sinusoidalnych – raz im było po drodze, w innych czasach zupełnie się rozmijały. Ostatecznie relacja została zalegalizowana i, na mocy Konstytucji marcowej, lekcje religii stały się składową obowiązku szkolnego. Nawet konkordat żeśmy podpisali! A co, jak już działać to z rozmachem 😉 . Potem, jak wiadomo, „okrutny PRL” najpierw zniósł obligatoryjność uczestniczenia w lekcjach religii, a później wyrzucił duchowość poza nawias systemu edukacji. To czasy, gdy na religię chadzało się do przykościelnych salek katechetycznych. I choć do okresu Polski Ludowej raczej nikt nie chciałby wracać, to jednak tęsknota za tymże elementem ustroju jest w naszym społeczeństwie żywa. Wielu przeciwników lekcji religii w szkołach z nostalgią wspomina czasy prawdziwie świeckich, socjalistycznych placówek edukacyjnych 😉 .

A jednak religia powróciła w mury szkolne, tyle że wcale nie w wielkim stylu. Rzekłabym raczej, iż została wprowadzona tylnymi drzwiami, by nie powiedzieć – po cichutku przemycona (rok 1990). Sprzyjało temu zamieszczanie związane z przemianami ustrojowymi. Niewielu więc, szczególnie w okresie wakacyjnym (a wtedy to podjęto decyzję o wielkim powrocie księży do szkół)  interesowało się kwestiami religijnymi. Były wszak ważniejsze tematy na tapecie!

Mamy jednak XXI wiek i spore grono rodaków, ze szczególnym uwzględnieniem internetowych śmiałków, krytykuje obecność lekcji religii w szkołach publicznych. Czy słusznie?

Pozorna dobrowolność lekcji religii

Za moich, wcale nie tak zamierzchłych czasów, uczestnictwo w lekcjach religii było zupełnie i absolutnie dobrowolne. Ocena z tegoż przedmiotu w żaden sposób nie wpływała na średnią ucznia, co wedle mego skromnego zdania było słusznym rozwiązaniem.

Obecnie niby nadal nikt nikogo do uczestniczenia w lekcjach religii nie zmusza, ale jak już się młody człowiek zdecyduje (czy w zasadzie zdecydują się jego rodzice), to ocena z tegoż przedmiotu zaważy na końcoworocznej średniej, bowiem jest do niej wliczana. No i ja się pytam – po cholerę? Mnie by to zdemotywowało, bo przeca na religię nie chadzam, by mieć same piątki, lecz by zgłębić swoją wiarę, zbliżyć się do Boga, zwanego również absolutem.

Po drugie – jakżeż to być może, że przedmiot dobrowolny, ale już ocena niejako przymusowa. Skoro zajęcia są z gatunku tych fakultatywnych, dodatkowych i – co istotne – dotykających sfery światopoglądowej, duchowej, to uczeń nie powinien być poddawany żadnej ocenie. Bo, dajmy na to, dziecko może chadzać co niedzielę na mszę, modlić się każdego ranka, ale nie znać tajemnic bolesnych czy jakichś tam innych różańcowych. Jak więc ocenić jego podejście do religii – na podstawie wiedzy czy wiary?

Skoro mamy w szkołach religię – to miejmy. Ale jako element światopoglądowy większości (przynajmniej wedle deklaracji) społeczeństwa. Nie jako element wiedzy, za zdobycie której człowiek jest premiowany. Obecne rozwiązanie kłóci się ze zdrowym rozsądkiem. Tym bardziej, że „program nauczania” religii nie podlega żadnej weryfikacji przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, ani przez żadnych pedagogów. Ot, co sobie księża na szczycie wymyślą, to duchowni na dole drabiny, znaczy się w szkołach, uczniom powiedzą. Nie, nie i jeszcze raz nie. Tak to wyglądać nie powinno. Chyba, że zmienilibyśmy nieco formę i zakres tematyczny tychże lekcji…

Swoboda religijna i równość wszystkich wyznań?

Mamy w Polandii taką przepiękną, niegrubą (a więc czytania na szczęście niewiele :P) książkę. Ponoć stanowi podwalinę naszej demokratycznej państwowości! Dla tych, którzy jeszcze nie odgadli, co autor ma na myśli, precyzję: rozchodzi się o Konstytucję. I wielu, w sporach mających na celu udowodnienie, że religia katolicka w szkołach to jawne pogwałcenie przepisów głoszących równość i swobodę wyznania, powołuje się na ustawę zasadniczą. A wiecie co jest w niej napisane?

„Religia kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej może być przedmiotem nauczania w szkole, przy czym nie może być naruszona wolność sumienia i religii innych osób.”

(art. 53 pkt. 4 Konstytucji RP)

Innymi słowy, w wolnym i uproszczonym tłumaczeniu, tak długo, jak długo wyznawca judaizmu, islamu czy protestantyzmu nie jest przymuszany do uczestniczenia w lekcjach religii, tudzież nie zabrania mu się swobodnie mówić o swojej wierze, obecność katolicyzmu w szkołach jest…. zgodna z Konstytucją. Co więcej, gdyby protestanci czy muzułmanie dopełnili wszystkich obowiązków i chcieli, coby również ich religia była nauczana w placówkach edukacyjnych – to zapewne by się w nich pojawiła.

Niemniej, oddając – nomen omen – Bogu co boskie, przyznać trzeba, że jednak mamy w nadwiślańskim landzie do czynienia z pewnym rodzajem dyskryminacji… Zastanawiacie się, o czym mowa? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi oczywiście o pieniądze!

Za hajs państwa baluj, czyli finansowanie lekcji religii w szkołach

O tym, że duchowni katoliccy od wieków mają uprzywilejowaną pozycję  w państwie, w stosunku do przedstawicieli innych religii, nikogo przekonywać nie trzeba. O tym, że wpływy księży sięgają nawet tam, gdzie wzrok nie sięga, również wie większość społeczeństwa. Powiązania między politykami / władcami, a katolickimi duchownymi można by określić facebookowym statusem „to skomplikowane”. Niemniej związek trwa praktycznie nieprzerwanie, od czasów kiedy Mieszko I ochrzcił ojczyznę. Jedną z podwalin tej relacji jest kwestia finansowania (a w zasadzie sponsorowania) lekcji religii w szkołach. Bo wiecie, to trochę niezgodne z zasadą świeckości państwa, czy tym bardziej równego traktowania (wyznawców) wszystkich religii, jeśli z budżetu  krajowego wykłada się hajsiwo, by zapłacić księżom za uczenie religii w szkołach.

Po pierwsze – wedle mojej opinii duchowni powinni to robić całkowicie za darmo, za tak zwane „Bóg zapłać” i „co łaska”. W końcu założeniem jest plewienie wiary, a nie zbijanie na niej pieniędzy, prawda?

Po drugie – jeśli już duchowni katoliccy wyszli z założenia, że za swoją szkolną posługę winni dostawać gratyfikację finansową, to uczciwie (!) byłoby, gdyby wypłacali ją sobie z własnych pieniędzy/ z pieniędzy wiernych, a nie zabierali je podatnikom.

A po trzecie – żadna inna religia nie może liczyć na równie uprzywilejowaną pozycję. I oto jest odpowiedź na pytanie dlaczego tylko katolicyzm jest nauczany w szkołach publicznych. Bo choć w teorii, w świetle zapisów Konstytucji, każdy związek wyznaniowy może swoją religię wprowadzić do systemu edukacji, to w praktyce żadnego, poza dotowanym katolicyzmem, nie stać na samodzielne finansowanie owych lekcji.

Kiedy więc słyszę, że społeczeństwo burzy się, bo nauczyciele ośmielili się strajkować, żądając wyższych zarobków, to myślę sobie: coś tu jest poprzestawiane. Może by tak, sukcesywnie i głośno, oburzać się na to, ile pieniędzy, rok rocznie, przeznaczanych jest na wypłaty dla księży nauczających religii w szkołach? Ot, coby nie pozostać gołosłowną – jak donosi Wyborcza:

„w 2018 nauka religii w szkołach kosztowała budżet państwa 1 482 mln zł, a uczyło ją ok 22 tys. osób”.

Łał… półtora miliarda złotych? Jest to trochę piniądza. A pomnóżcie to przez, dajmy na to, 10 lat. Z całą pewnością tę sumę można by lepiej zainwestować. Ot, choćby w rozbudowę innowacyjnego zaplecza szkół, doposażanie klas, budowę nowoczesnych boisk, czy rozwijające zajęcia dodatkowe. A zatem:

Czy religia powinna zostać w szkołach?

Jeszcze kilka dni temu na zadane pytanie: „po co w szkołach są lekcje religii?” odpowiedziałabym, że po nic. Ba, dysputę na ten, jakże filozoficzny temat o zabarwieniu duchowym, prowadziłam wespół z moim Małżonkiem. Wdaliśmy się w dyskusję przy okazji wymiany opinii w kwestii innego, nośnego ostatnio zagadnienia. Mianowicie przydatności w szkołach zajęć z tak zwanej edukacji seksualnej. Wracając jednak do duchowości – twardo oponowałam za wyprowadzeniem religii z placówek edukacyjnych. Argumenty podałam podobne do tych, o których powyżej napisałam. Czyli, że:

to duże obciążenie finansowe dla budżetu państwa.

♥♥ sama w swej szkolnej karierze nie natrafiłam na księdza potrafiącego krzewić wiarę, bo takich ze świecą szukać.

♥♥♥ wiara to kwestia indywidualna i żaden światopogląd nie powinien mieć uprzywilejowanej pozycji, czyli być głoszony w szkołach.

Jak jednak mawiała moja licealna polonistka, tylko krowa nie zmienia poglądów. I bez względu na to, czy komuś czasami ciśnie się na usta przyrównanie mnie do tego – skądinąd cudownego, sympatycznego i bardzo pożytecznego – zwierzęcia zapewniam, że jednak należę do gatunku ludzkiego. Dlatego też swój pogląd odnośnie obecności religii w szkołach odrobinę zmodyfikowałam. A to za sprawą… jednego z najlepszych dziennikarzy, jakich nosiła polska ziemia. Mam na myśli Konrada Piaseckiego. Zawsze chłopa lubiłam i szanowałam. Jednak po przeczytaniu jego książki „Zamki na piasku”, z sympatyczki  redaktora stałam się jego fanką. Jest to człowiek niesamowicie wyważony, a jednocześnie zabawny. Rozsądny i nieskory do jednoznacznych ocen, a jednak potrafiący przekazać emocje i wyrazić opinię. Są to cechy, które mnie osobiście urzekają. Tym bardziej, że wśród żurnalistów obiektywizm w ostatnich latach wyraźnie umiera.

Dygresja dygresją, a meritum woła. Właśnie na łamach tejże książki natknęłam się na fragment odnośnie lekcji religii w szkołach:

„Jako obywatelowi marzy mi się, by rozdział Kościoła od państwa był faktem, a nie pustym słowem. By między celebrą religijną a państwową nie stawiano – jak często się to dzieje – znaku równości. By Kościół walczył raczej o pozycję autorytetu i moralnej busoli niż sternika życia publicznego. Daleki jednak jestem od entuzjazmu dla rewolucyjnej, gwałtownej laicyzacji. Nie będąc entuzjastą choćby szkolnych lekcji religii, nenie mam też w sobie pełnego przekonania, że warto – jak chce tego wielu – je ze szkół wyrugować. Wiem, że marne bywają to lekcje, że uczniowie traktują je często per noga, ale boje się, że przekaz tych spotkań z katechetą może być jednym z nielicznych przekazów duchowych, etycznych, moralnych, z jakimi młodzi ludzie mają do czynienia, a może jedynym. Choć chropawy, archaiczny, dyskusyjny, to jednak (przynajmniej w swych pięknych nowotestamentowych założeniach) przekaz uczciwości, szacunku, empatii i altruizmu. Jeśli go wyeliminujemy, czy na pewno będziemy go  w stanie zastąpić czymkolwiek innym? […] Kościół nie jest na pewno jedynym, pewnie nie jest też najlepszym i najskuteczniejszym nauczycielem przyzwoitości i etyki,ale boję się, czy w naszym zabieganym świecie zdołamy znaleźć i osadzić takie autorytety, które osiągną choćby zbliżoną do niego pozycję i siłę oddziaływania.”

I wiecie co? Pomyślałam, przeanalizowałam, przeczytałam jeszcze raz i… przychyliłam się do poglądu Pana Konrada. Tak, kościół katolicki jest ułomny. Owszem, księża bywają pozbawieni otwartości na inność, dalecy od postawy pełnej miłości. Owszem, wielu z nich nie traktuje swojej pracy jak powołania, lecz jak szansę na wygodne życie bądź łatwą ścieżkę kariery. Mimo tego jednak, tak długo jak długo ktoś nie wymyśli lepszego sposobu na przekazywanie w gruncie rzeczy uniwersalnych prawd życiowych, pozostawmy dzieciakom możliwość uczestniczenia w lekcjach religii. Tym bardziej, że Polska to nie jedyny świecki kraj, w którym lekcje religii odbywają się w szkołach. Jesteśmy w dość licznym gronie 23 państw unijnych, szerzących duchowość w laickich placówkach oświatowych 😉 .

Chrześcijaństwo, choć zapisało się na kartach historii mnóstwem okrutnych wydarzeń i złych czynów, w swoich założeniach jest naprawdę dobrą, pełną miłości „filozofią”. Dbajmy więc o to, by właśnie tak przedstawiać ją młodym ludziom.

A gdybyśmy żyli w idealnym świecie idealnych ludzi? Wówczas w szkołach najchętniej widziałabym lekcje religii pod szyldem religioznawstwa. W trakcie których dzieciaki byłyby zapoznawane z podstawowymi założeniami wszystkich wielkich religii świata.  Z ich największymi osiągnięciami. Z tym, co dobrego dały ludzkości. Ale… to temat na odrębny wpis!

A Wy – jesteście za, czy przeciw szkolnym lekcjom religii?

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

4
Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Natalia
Gość
Natalia

Będąc uczennicą religia wcale mi nie przeszkadzała w szkole. Z perspektywy nauczyciela obserwującego to, co się dzieje w szkole średniej uważam, że lekcje religii powinny mieć miejsce albo gdzieś przy kościele, albo powinny być nieco lepiej zorganizowane w szkole. 🙂

Krystyna Bożenna Borawska
Gość
Krystyna Bożenna Borawska

Myślę ,że oprócz minusów religia w szkole ma wiele plusów, chociażby taki ,że dzieje się w jednym miejscu, gdzie dzieci przebywają i są pod kontrolą dorosłych. Nie wyobrażam sobie jakby miały przemieszczać się w inne miejsca.
Szczególnie te mniejsze.

Mamuśka Fiction
Gość

Szkoła to nie miejsce dla religii. Dzieci powinny tam zdobywać rzetelną wiedzę, a nie uczyć się o dogmatach. Dla tych, którzy mają taką potrzebę wystarczy w niedzielę po mszy zorganizować zajęcia w salkach przykościelnych.
Nie zgadzam się również z tym aby finansować takie zajęcia z budżetu państwa.
Jest to generalnie drażliwy temat i tyle ile osób, tyle będzie różnych zdań:)