Żyjemy w czasach, kiedy można wszystko. Można, przykładowo, być piękną, zawsze idealnie wyglądającą, oczytaną, fit super mamą, która ma mnóstwo czasu. I zadbane dziecko. Oraz dom. Przynajmniej na Instagramie 😂. Można też być zawsze radosnym, wiodącym życie z cyklu niekończąca się przygoda, singlem. Można być zarabiającym gigantyczne kwoty amerykańskich dolarsów kilkulatkiem (true story, jest takowy!). I nastoletnim youtuberem z milionami odsłon.

Świat 21 wieku to świat niekończących się możliwości. Wydawać by się mogło, że o czym sobie człowiek nie zamarzy – wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko pstryknąć palcami i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w przeciągu 5 sekund – mamy życie jak w Madrycie.

Właśnie dlatego tak bardzo jak bardzo kocham internety, nie cierpię ich. Bo dają złudne poczucie, że wszystko jest osiągalne. Że wszystko można. I w dodatku, że wszystko może każdy. No i są jeszcze ONI – ci, którzy podsycają te złudne przekonania – kołczowie, trenerzy motywacyjni. Sprzedawcy marzeń. Albo raczej – ściemy. Dlaczego nie słucham coachów? I dlaczego Wam też nie radzę ich słuchać?

Coach – a kto to w ogóle jest?

Zacznijmy więc od podstaw. Na przykład od podstawowej szkoły. Najpóźniej na tym etapie życia każdy z nas orientuje się, iż żeby coś osiągnąć – należy mieć określone predyspozycje w tymże kierunku. Okazuje się bowiem, że można być pedagogiem szkolnym, tudzież szkolnym psychologiem, albo i szkolną pigułą tylko wówczas, gdy najsampierw człowiek zdobędzie ku temu kwalifikacje. Czyli skończy studia kierunkowe. Posiądzie przygotowanie pedagogiczne. Potem zdobędzie szlify zawodowe, znaczy się odbębni praktyki. Dopiero po przebyciu tejże drogi – osoba zaczyna praktykować na żywym towarze, czyli w pracy zawodowej.

Tymczasem większość coachów… no właśnie. Kim oni w ogóle są? Wedle nieomylnej Wikipedii coach to osoba, która pomaga swojemu klientowi odkryć właściwą drogę do celu, używając do tego swoich umiejętności, doświadczenia życiowego, technik, narzędzi, jak również innych osób, z których klient może skorzystać”. Typowe bla bla bla, takie wszystko i nic. Z powyższego wynika, że coachem w zasadzie może być każdy. Tu docieramy do sedna.

Kwalifikacje zawodowe coachów

Jakie przygotowanie zawodowe i życiowe mają coachowie, by radzić innym, którą drogę zawodową i życiową wybrać? Jakie mają kwalifikacje? Studia kierunkowe? Jakie ukończyli kursy, szkolenia? W jaki sposób można określić, czy ich praca jest efektywna, przynosi pożądane rezultaty? Kto nadzoruje ich pracę? Kto mówi sprawdzam?

Odpowiem Wam: nikt. Ponieważ zawód coacha, w naszym cudnym, nadwiślańskim kraju, nie podlega żadnym regulacjom prawnym. Bang! Można sobie, dajmy na to, zrobić kilkudniowy kurs coachingu online i potem dumnie ogłaszać na youtubach, iż jest się trenerem motywacyjnym z prawdziwego zdarzenia. Trochę słabo, co? Podobnie jak słabe są gadki wielu, wielu, a nawet bardzo wielu, coachów.

Odpowiednia motywacja drogą do sukcesu? Bullshit!

Coś, co wywołuje u mnie palpitacje serca i przyprawia o mdłości, to coachowskie gadki motywacyjne. Z cyklu: możesz być kim chcesz, możesz wszystko osiągnąć, nigdy się nie poddawaj”, pracuj ciężko w ciszy, niech efekty zrobią hałas i nie ma porażek, są tylko lekcje.  Dlaczego tak nie cierpię tych haseł?

Bo czasami naprawdę lepiej odpuścić, czyli się poddać, niż dać robić z siebie pośmiewisko.

Bo nie, nie możesz być kim chcesz, jeśli nie masz odpowiednich predyspozycji. Jeśli dajmy na to, urodziłeś się w Azerbejdżanie i nie posiadasz zdolności językowych, to raczej nie zostaniesz nauczycielem polskiego w podwarszawskiej szkole podstawowej. A jak z WF-u w sprincie zawsze byłeś ostatni w klasie, to choćbyś nie wiem co zrobił – krótkodystansowym olimpijczykiem nie zostaniesz.

Bo – litości! – porażki się niestety zdarzają (często tragiczne w skutkach). Nie każdą porażkę można określić mianem życiowej lekcji (ale o tym innym razem).

I jeszcze jedno hasło, najbardziej drażniące, czyli:

co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Please. Ciężko o większą głupotę. Dlaczego? Ano, choćby dlatego, co powiedział Pan Jacek Walkiewicz – doświadczony psycholog. Czytajcie Jego słowa wszyscy:

„Słyszałem wiele takich tekstów przez całe życie, typu: Człowiek się uczy na błędach. Co nie zabije to wzmocni. […] To wszystko nieprawda.
Nie podpisałbym się pod tym i moim dzieciom bym tego nie powiedział. Bo jestem psychologiem od 25 lat i znam ludzi, którzy potrafią 10 lat walić głową w ścianę. I ciągle są zdziwieni, że ich głowa boli, a ściana stoi. Także człowiek się uczy na błędach wtedy kiedy wie, że je popełnia. […] No i co nie zabije to wzmocni. To nieprawda.
Co nie zabije. to nie zabije, wcale nie musi wzmacniać. Potrafi sponiewierać i zostać na całe życie.

Dlatego uważam, że coaching powinien zostać wpisany na listę działalności zakazanych. W większości przypadków wyrządza bowiem więcej szkody niźli pożytku.

Coach nie sprzedaje marzeń. Coach sprzedaje ściemę.

Widziałam  już takich, którzy radzą w kwestii uczuć. Związków znaczy się. A konkretnie: jak odzyskać byłą/ byłego. Serio. Wydają książki na temat tego, co zrobić, by wrócić do eks. Tworzą przemowy, szkolenia. Pierwsze pytanie brzmi oczywiście: ale po co? Po co dawać rady na temat odzyskiwania byłego partnera? I o ile można tu próbować udzielić wyjaśnień (dość smutnych) – dla zapełnienia portfela radzącego, to na kolejne pytania naprawdę trudno znaleźć odpowiedzi. Bo czy wysłuchanie kilku tricków z pogranicza psychomanipulacji, faktycznie pomoże nam wrócić do eks i zbudować satysfakcjonującą, opartą na wzajemnym zaufaniu relację?

Dodam jeszcze tylko, że ów radzący trener-znawca związków żadnego wykształcenia psychologicznego, czy parapsychologicznego, nie posiada. Ba, nawet seksuologii podyplomowo nie ukończył. Ale ładnie i przekonująco mówi. A to się w dzisiejszym świecie liczy.

Albo inna beczka (śmiechu) – darmowy, i jednocześnie obowiązkowy, coaching pracowniczy. To jest po prostu… niepoważna sprawa. W zdecydowanej większości przypadków wygląda następująco: starszy stażem pracownik coachuje młodszego stażem pracownika. Teoretycznie ma mu pomóc wybrać ścieżkę kariery w firmie. Praktycznie – po prostu sobie plotkują. No bo jakie ów bardziej doświadczony pracownik ma przygotowanie? Zerowe. Odbyte w zakresie coachingu studia, kursy, szkolenia? Zero. Absolutne. Wiem jak toto wygląda, bo sama byłam poddawana kołczowaniu w trakcie swojej korpo kariery. I wiecie co? Pic na wodę, fotomontaż, strata czasu.

Albo trenerzy motywacyjni od zakładania własnych biznesów i porzucania pracy etatowca, bo – jak wiadomo – tylko bycie na swoim daje wolność, swobodę oraz szczęście.

Pomijam, że człowiek prowadzący własną działalność pracuje znacznie więcej, niźli ten na etacie. Pomijam również, że człowiek prowadzący własną działalność myśli o pracy 24 godziny na dobę. Jednych bowiem będzie satysfakcjonować możliwość pracowania 12 godzin dziennie, byle na swój rachunek i w czasie im odpowiadającym, inni będą woleli tyrać w ośmiogodzinnym kieracie. Oba rozwiązania mają swoje plusy i minusy.

Największe nieszczęście polega na tym, iż taki trener motywacyjny to w zdecydowanej większości przypadków człowiek, który zrezygnował z etatu, otworzył własną firmę, rok mu toto hula, więc ów już się ma za speca od przedsiębiorczości. Zatem dawaj ludziom radzić, jak osiągnąć satysfakcję zawodową i być byznesmenem pełną gymbą.

Ba, ja nawet rozumiem, gdyby coachowie, z dobroci serca, radzili zbłąkanym, zdezorientowanym ludziom, jak żyć. Gdyby robili to pro bono. Nawet jeśli niechcący skrzywdziliby odbiorców, to przynajmniej mieli dobre chęci i złamanego grosza za nietrafione słowa nie wzięli. Problem polega jednak na tym, iż kołczowie za omnipotencję liczą sobie całkiem pokaźne sumki.

Coach Ci pomoże – wydać ciężko zarobione pieniądze

Książki, kursy online, spotkania autorskie, szkolenia, webinary. Tu 50 złotych, tam 100, gdzie indziej 500 albo 1000 plnów. Co otrzymujesz w zamian? W najlepszym wypadku to samo, co mogłabyś/ mógłbyś przeczytać w dostępnych w bibliotece miejskiej książkach psychologicznych, czy poradnikach rekinów biznesu typu Warren Buffet. W najgorszym – naprędce przygotowaną gadkę, z pogranicza psychomanipulacyjnego bełkotu, pełną wzniosłych słów, ale pozbawioną użytecznej treści. Efekt? Żaden.

Dlaczego? Ponieważ nawet najlepiej i najbardziej przekonująco mówiący coach, niczego w Twoim życiu nie zmieni. Znaczy się zmieni – napełni Cię przeświadczeniem, że od teraz wszystko będzie inaczej, lepiej, że masz tę moc! A gdy za tydzień lub dwa stracisz rozpęd – popadniesz w jeszcze większe przygnębienie niż to, w którym tkwiłaś/ tkwiłeś przed wysłuchaniem złotych rad trenerów motywacyjnych. Coach bowiem nie zna ani Ciebie, ani Twoich problemów. Zna uniwersalne rozwiązania. A jak wiadomo, gdy coś jest do wszystkiego – to tak naprawdę jest do niczego. Żaden trener motywacyjny nie ma pojęcia o targających Tobą sprzecznych emocjach, stopujących Cię zahamowaniach, schematach zachowań, w których tkwisz po uszy, czy przyczynach Twoich błędnych decyzji.

I nie, nie próbuję powiedzieć, że jak chcesz coś zmienić w swoim życiu – nie ma na to szans. Nie chcę również dać do zrozumienia, że lepiej tkwić w bagnie po kres swoich dni. Twierdzę tylko, że jeśli pragniesz coś w życiu zmienić – musisz zacząć od zmiany siebie. Co bez odpowiedniego wsparcia – graniczy z cudem. A najlepszym powiernikiem i pomocnikiem będzie… psycholog-terapeuta.

Masz problem? Idź do terapeuty. Serio. To nie boli.

To pomaga.

Znam mnóstwo osób, które mówią, że psycholog jest dla wariatów. Nie, wprost przeciwnie – trzeba być wariatem, żeby dojść do takiego przekonania. I jeszcze większym – żeby w owym przekonaniu tkwić.

Nie znam za to ani jednej osoby, która chodziła na terapię i powiedziała „e tam, psycholog jest do niczego, a terapia to strata pieniędzy”.

Szczerze? Każdemu z nas przydałyby się wizyty u terapeuty przynajmniej raz na dwa tygodnie. Dla zachowania zdrowia psychicznego. Swojego i bliskich. Dla lepszej jakości życia. Lepszych związków oraz lepszych relacji z ludźmi. Po to, by podejmować bardziej trafne, świadome, zgodne z naszymi wewnętrznymi potrzebami decyzje. Ba, by owe wewnętrzne potrzeby NAPRAWDĘ poznać. Polubić się ze swoimi emocjami. I ze swoim życiem. Wiedzieć, czego się od niego NIE chce (to już jest coś!).

A czego na pewno nie chce każdy z nas? Idę o zakład, że… być w dupie! To teraz w tymże temacie cytacik:

„Znajdując się w dupie, możesz zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze, postarać się zrozumieć dlaczego w niej jesteś. Po drugie, wyleźć stamtąd. Błąd poszczególnych jednostek i całych narodów polega na tym, że myślą, iż te dwie czynności są jakoś ze sobą związane. A nie są. I wyleźć z dupy jest o wiele łatwiej, niż zrozumieć, dlaczego się w niej znajdujesz. (…) Wyleźć z dupy trzeba tylko jeden raz, i potem można o niej zapomnieć. A żeby zrozumieć, dlaczego się w niej znajdujesz, potrzebne jest całe życie. Które w niej spędzisz”.

Wiktor Pielewin

Słowem jak jest się w owych przysłowiowych czterech literach, to choćby się człowiek skichał, nasłuchał kołczów od wszystkiego – i tak ostatecznie pozostanie w dupie. Dlaczego? Bo problem najprawdopodobniej leży w każdym z nas. W nim. W niej. I w Tobie. Dopóki nie odważysz się rozprawić ze swoimi złymi duchami (tak, na terapii!), to tak naprawdę niewiele będziesz w stanie zmienić. Czy poprawić.

Najlepsze więc, co możesz zrobić dla siebie i swojej przyszłości – w tym także tej zawodowej – to spotkać się z psychologiem – terapeutą. Tenże zajrzy w głąb duszy, poprzygląda się dotychczasowemu życiu oraz pomoże zobaczyć, w jakich niezdrowych schematach tkwisz. Gdzie i co Cię blokuje. Jak znaleźć klucz, by owe blokady usunąć. I wierz mi, żaden coach, żaden trener motywacyjny nie zrobi Ci tak dobrze, jak sesje u terapeuty. Żadne szkolenie nie zmieni Twojego życia tak bardzo na lepsze, jak sesje u terapeuty. 

Kiedy już poznasz swoje ja, odkryjesz mocne oraz słabe strony – nie będą Ci potrzebne gadki motywacyjne. Będziesz wiedzieć, co dalej robić ze swoim życiem, tak po prostu. A gdyby mimo wszystko dodatkowe wsparcie okazało się potrzebne – najlepiej sięgnąć po poradniki tych, którzy w danej tematyce są mistrzami-znawcami. Z doświadczeniem. Wykształceniem. Prawdziwymi, licznymi osiągnięciami i sukcesami.

* jedyni coachowie, jakim bym zaufała to Ci, którzy najsampierw ukończyli studia psychologiczne, następnie wyszkolili się jako terapeuci, a potem doszli do przekonania, że najlepiej pomogą ludziom doradzając im w sprawach związanych z karierą zawodową. Oczywiście przy założeniu, że z coachem człek widzi się w cztery oczy, na prywatnych sesjach. Tylko… czy to tak naprawdę nie jest po prostu rodzaj terapii?

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

12
Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ewelina z bloga W poszukiwaniu końca świata
Gość

Bo czasami naprawdę lepiej odpuścić, czyli się poddać, niż dać robić z siebie pośmiewisko. Bo nie, nie możesz być kim chcesz, jeśli nie masz odpowiednich predyspozycji.

ciężko się z tym nie zgodzić. dodałabym jeszcze, że nie na wszystko przychodzi czas wtedy, kiedy akurat tego chcemy. 🙂

Ines z PozaSezonem.pl
Gość

Bardzo pouczający artykuł, aż podeślę go swojej znajomej — wyjaśniasz to, czego ja często nie potrafię 🙂

erepetitio
Gość
erepetitio

o to, to! Mnie najbardziej bawi, gdy facet przed 30 uczy panie 50+ jak żyć

erepetitio
Gość
erepetitio

to wszystko prawda! każde słowo

Mikołaj Korsak
Gość

No niestety trzeba dokładnie weryfikować coachów i ich kwalifikacje bo zgodzę się, że większość z nich wciska kit.
Tak jak Ty uwielbiam „rozmowy coachingowe” w Korpo gdzie kierownicy powtarzają regułki przekazane im na szkoleniach centralnych, w które sami nie wierzą.

ladymamma.pl
Gość

Nie do końca się zgodzę z myślą, że coachem może być każdy… Myślę, że jak do każdego zawodu potrzebne są właściwe predyspozycje. Jedni wciskają ściemę – to właśni jedni z “każdych”, a są tacy, którzy pomagają dotrzeć do spraw których wcześniej nie mieliśmy odwagi z siebie wydobyć 😉

fitgeekmama
Gość

też nie słucham 😉 kiedy widzę te zdania “obudz w sobie swoje wewnętrzne zwierzę” od razu widzę grubego kota 😉 zgadzam się, że lepiej zasięgnąć języka gdzieś, gdzie ludzie wiedzą co robią, a nie tylko “motywują” (https://www.skarbynapolkach.pl)

Maciej Pawlik
Gość

Dobry krytyczny artykuł. Temat podobny do kibiców i pseudokibiców. Są ludzie, którzy mają odpowiednią wiedzę zdobytą na uniwersytetach, dzięki której mogą pomóc tam, gdzie da się pomóc. Nie są to cudotwórcy tak samo jak trenerzy w lekkoatletyce. Dobry trener prowadzi setki zawodników, z których tylko dwóch, trzech wygrywa olimpiadę. To co piszesz- nie każdy może być każdym, zwłaszcza jeśli wymaga to koordynacji ruchowej. Niektórzy próbują podłączyć się pod ten trend na zasadzie: zostanę malarzem abstrakcyjnym bo oni robią bazgroły i nikt się nie pozna na tym, że nie mam pojęcia co robię 😀

Basia
Gość
Basia

Jest popyt – jest podaż. Ludzie sami sobie tych kołczów tworzą, ślepo wierząc wielkim (i mniejszym) mowom. Z czegoś to wynika… Pustka duchowa, chęć szybkiego dojścia do celu czy może zwykła głupota? 😉