Pamiętam, jak za dziecięctwa, nieświadoma szkodliwości, zaciągałam się krakowskim powietrzem, ilekroć miałam okazję znaleźć się w tym magicznym dla mnie mieście. Ja, dziecko ze Śląska, tego Górnego (wbrew pozorom nie biegałam po dworze z twarzą osmoloną węglem), starałam się nawdychać artystyczno-piwnicznej atmosfery na zapas. Tak, żeby starczyło do następnej wizyty. Byłam totalnie oczarowana Miastem Królów.

***

Pamiętam, jak za wczesnej młodości, znaczy się prosto po maturze, marzyły mi się studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Fantazja przemieniła się w opcję na wyciągnięcie ręki, kiedy to przyjęto mnie na kierunek Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna (nie wiedzieć czemu oblegany niczym sklep monopolowy w sobotni wieczór). Wybrałam jednak studia prawnicze. We Wrocławiu. Nie pytajcie dlaczego. Po dziś dzień zachodzę w głowę, czemu to sobie zrobiłam.

***

Pamiętam, jak z moim ówczesnym Chłopakiem, a obecnym Mężem, opuszczałam warszawskie gniazdko, uwite przy ulicy Belwederskiej, splatając je od nowa w Krakowie. To miała być nasza bezpieczna przystań. Z nieskrywaną radością i obezwładniającą wręcz ulgą, opuszczałam stolicę. Warszawa jawiła mi się jako miasto 3Z – zabetonowane, zakorkowane i zblazowane. A Kraków był synonimem piękna, artyzmu, miastem kultury oraz uroczej zabudowy.

No właśnie. BYŁ.

ZANIM zamieszkałam tu na stałe.

ZANIM poznałam metropolię od podszewki.

Co takiego jest w Krakowie, co powoduje, że na odległość przyciąga, a w bliskim kontakcie odpycha?

Smok zieje smogiem

Nie ma się co oszukiwać, w Krakowie życie w sezonie jesienno-zimowym to prawdziwa udręka. Fakt, jest lepiej niż było 10 lat temu, bo jednak działania KAS (Krakowskiego Alarmu Smogowego) jakiś efekt przyniosły, ale wciąż – oddycha się tu ciężko. I myśli zbiera długo. Wraz z nastaniem listopada zamykam szczelnie okna, pilnie śledząc aplikacje kontrolujące jakość powietrza. Choć bez tego też wiem, kiedy powietrze na zewnątrz dalekie jest od świeżości. To widać. I czuć. Zapach palonej gumy oraz gęste kłęby niby mgły (ha, ha…ha :/ ) to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Oczy łzawią, głowa pęka. Kraków się dusi. A my w nim. Dusimy się w szczelnie pozamykanych mieszkaniach. Z filtrującymi powietrze nawiewnikami w oknach. Z oczyszczaczem powietrza, hulającym na najwyższych obrotach. Naprawdę, życie w potrzasku. Szklana pułapka i absurd absurdów – nie mieć dostępu do czystego powietrza. Nie móc odetchnąć z ulgą. Pełną piersią.

Jasne, smog jest wszędzie. Wszędzie w Polsce, rzecz jasna, bo bardziej cywilizowane pod tym względem nacje, skutecznie z nim walczą. My jednak, jak zawsze pod prąd, na przekór innym – walczymy z nagonką na węgiel.

A więc smog jest wszędzie. Wszędzie jednak mniejszy niż w Małopolsce. Człowiek chciałby skorzystać z uroków zimy, coby mróz trochę poszczypał poliki, a ręce przemarzły, a tu – jak mawia elita naszego narodu – „chuj, dupa i kamieni kupa”.

Brak zieleni przytłacza

Czy ja napisałam, że WARSZAWA jest zabetonowana? Serio, myślałam że jest. A potem poznałam Kraków. I…zobaczyłam wszędobylskie żurawie, oznakę piętrzących się, wciąż nowych, bloków. Rosnących kosztem terenów zielonych. To, że Tauron Arena zabrała Krakowianom sporą część największego parku – Lotników, można jeszcze zrozumieć. Że niby a konto kultury. Że niby fajna akustyka, więc gwiazdy światowego formatu zjeżdżają się, coby nam tu i grać, i śpiewać. Fajno jest.

Ano właśnie, że nie. Jest niefajno – w Mieście Królów nie powstają nowe tereny zielone. Takie z prawdziwego zdarzenia. Parki kieszonkowe? Litości, przecież to skrawki trawy, parę ławek i kilka drzew. Kraków = beton. Naprawdę jest tu zieleni jak na lekarstwo. Stanowi – uwaga! – 9% powierzchni miasta. Dla porównania – w Warszawie zieleń to 30%. Smutne, że człowiek musi wsiadać w automobil, by móc się przespacerować po parku. Toć taka miejska połać zieleni powinna być w każdej, absolutnie każdej, dzielnicy. W zasięgu 15 minut spacerem. Nie samochodem.

Ciasna zabudowa dusi

Nie wiem nawet, czy nie bardziej niż smog. Tu jest tak ciasno, ale tak kurwa ciasno, że mnie to miasto zaczęło przytłaczać. Człek nie może swobodnie wyleźć na własny balkon i poszukać linii horyzontu, bo ta kończy się na balkonie sąsiada z naprzeciwka, który wesoło macha do nas z odległości 6 metrów. Gdzie się nie spojrzy – tam morze blokowisk. No i dobra, rozumiem, ludzie gdzieś przecież stacjonować muszą. Dlaczego jednak nikt nie dba o infrastrukturę nowych osiedli? Zapewnienie mieszkańcom odrobiny PRZESTRZENI i odrobiny krzaczorów to naprawdę tak wiele? Myślicie, że przesadzam? Specjalnie dla Was – galeria makabrył krakowskich.

To tylko wcinek większej całości. W tym mieście wydaje się nie być absolutnie żadnego planu zagospodarowania przestrzennego. Mój sztandarowy przykład – i jednocześnie faworyt wśród architektonicznych absurdów – to blok, który został wybudowany…pomiędzy dwoma innymi, z wielkiej płyty. Wiecie, gdy te wielkie płyty powstawały, panował trend, coby jednak ludzikom nieco przestrzeni zielonej zostawić.  Żeby się człowiekom miło przez okno patrzyło. No, ale oczywiście PRL się mylił, więc pomyłkę sprostowano i wpierdzielono w ten skwer nowy blok, o w ten sposób (twórczość własna, acz zgodna z rzeczywistością):

Mistrzostwo świata. Gdybyśmy z takim samym zapałem, jak zabudowujemy miasto, recyklingowali odpady, to Polska byłaby naprawdę zieloną wyspą na mapie Ojropy 😉 .

Korki zatruwają życie

Tak, wiem, że w każdym dużym mieście są korki. Tak, wiem, że w Warszawie są większe. I w Londynie też. Tyle tylko, że w Królewskim Mieście w zasadzie nie ma dla nich alternatywy. Nie ma możliwości, by je ominąć czy skrócić sobie drogę, grzecznie przesiadając się na komunikację miejską. Ta grzęźnie w tych samych zatorach, co samochody. I tak, w Krakowie powinno być metro. Ale jeszcze długo nie będzie. Bo obowiązująca tu filozofia sprowadza się do wszędobylskiego „nie da się”.

Kultura wyższa za wysoko

Kocham, kochałam i będę kochać krakowskie teatry – Scena Stu, Stary, Słowackiego, Bagatela. Cóż z tego, skoro dostanie się na jakikolwiek spektakl z np. tygodniowym wyprzedzeniem, graniczy z cudem. Co mi po codziennej bytności w artystycznym mieście, skoro z jego dobrodziejstwa nie sposób skorzystać? Dajmy na to Dziadki przybywają z odsieczą, coby spędzić wieczór z Dzidziem. Radośni rodzice – czyli my – mamy wychodne. Okazja niesłychana do randkowania z Mężem. Ochota ogromna na odrobinę kultury, lecz rozczarowanie jeszcze większe – w krakowskich teatrach spektakle są tak oblegane, że nie sposób się na nie dostać prędzej niż za pół roku. A ileż można chodzić do Multikina. Czy Piwnicy pod Baranami. Mieszkam w Krakowie i chcę dostępu do teatru! Już i natychmiast!

Drogo. Zaściankowo. Krakówek

Jeszcze bym chciała ponarzekać na ceny. Jest, co tu dużo mówić, drogo. W restauracjach. W kawiarniach. Wszędzie. Dużo płaci się za mieszkania. Te kupne, i te do wynajęcia.

Gdzieś kiedyś usłyszałam, że zabudowa miasta odzwierciedla sposób myślenia mieszkańców. Wiecie, coś w tym musi być! Podczas gdy gloryfikowaną tu Warszawę można by określić mianem miasta spełniania marzeń, sky is the limit, czyli od zera do bohatera (w Warszawie, jeśli tylko chcesz, naprawdę możesz osiągnąć wszystko!), Kraków cechuje…hermetyczność (już szczególnie w kwestiach zawodowych – naprawdę każdy każdego kolegę i koleżankę “po fachu” zna, wieeele można załatwić dzięki znajomościom) oraz rezerwa. Do tego co nowe. Co inne. Taki to nasz, jak pewna znajoma pieszczotliwe określiła – Krakówek. Żyj nam sto lat. Byle nie za resztą świata!

P. S.
Tak, ponarzekałam sobie na miasto. Bo mam prawo. Dlatego.

P. S. 2
Nie, na razie się z niego nie wyprowadzę. Bo nie wszystko, co niedoskonałe, należy porzucić. Dlatego.

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

1
Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] liku, choć to, w którym stacjonuję, jest akurat „ciut” przereklamowane, o czym pisałam Wam o tutaj. Za to Trójmiasto obłędne, Wroclove jeszcze w czasach studenckich skradł me serce, a Katowice […]