Złe związki są jak wino – najpierw się upijasz, a potem masz kaca, który uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Są też jak rollercoaster – z jednej strony nienawidzisz przeciążeń, z drugiej nic nie nadaje Twojemu życiu takiego pędu.

Nawet najmniej muzykalna osoba prędzej czy później powinna jednak zanucić „Niech ktoś zatrzyma wreszcie mnie, ja wysiadam”. Tylko kiedy i jak to zrobić, by pozbyć się wrażenia, że to fałszywa nuta? A może pytanie powinno brzmieć:

Po co w ogóle zaczynać toksyczną relację?

Cóż, jedni powiedzą, że nie ma sensu wsiadać do pociągu byle jakiego. Że trzeba dbać o swój bagaż (emocjonalny) i bilet (na właściwą relację). A ja Wam powiem, że dobrze jest się czasem zgubić, pomylić trasę i wylądować w czarnej dupie uczuciowej. Przede wszystkim dlatego, że jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz. Nie ma drugiego bardziej prawdziwego przysłowia niż to mówiące, że człowiek uczy się na błędach. Prawda, prawda i jeszcze raz prawda. Jeśli zdarzy Ci się wylądować w toksycznym związku, to spotykając kolejnego życiowego połamańca-pogmatwańca, pięć razy zastanowisz się czy warto z nim wchodzić w relację.

Przypomnisz sobie ogrom przeszywającego Cię bólu, gdy żadnym sposobem nie dało się porozumieć z Twoją (już byłą) miłością. Niezaspokojony głód uczuć i skrajne wyczerpanie emocjonalne, wiążące się z koniecznością skrywania własnych potrzeb. Odszukasz w odmętach pamięci obraz siebie, jako osoby starającej się za wszelką cenę pomóc ukochanej istocie. Działającej niczym Matka Teresa, w pełni poświęcającej się drugiemu człowiekowi, w imię tak zwanej miłości. Siebie, jako osoby próbującej odesłać partnera na terapię, która pozwoli zmierzyć się z demonami przeszłości (a Wam zbudować szczęśliwą przyszłość). Siebie, jako osoby próbującej zastąpić partnerowi niekochających rodziców. W końcu siebie, jako osoby próbującej wyrwać partnera z nałogu, próbującej tłumaczyć kolejną nielojalność drugiej połówki. Potencjalne scenariusze można wymieniać bez końca. Jednak zawsze będą się sprowadzać do kadru, na którym uchwycono postać skomlącą o miłość niczym zbity pies, czekającą na magiczną przemianę partnera.

Kobieca tendencja do dramatyzowania

Mam nieodparte wrażenie, że ten obraz nędzy i rozpaczy niestety częściej dotyczy przedstawicielek płci pięknej, czyli mojej. Tak jakby mężczyźni – w ujęciu statystycznym rzecz jasna – mieli więcej godności i szacunku do samych siebie. Teraz więc kieruję się li tylko i wyłącznie do Pań. A komunikat brzmi: Sorry, przykro mi i przepraszam Droga Czytelniczko, ale żadna z nas nie jest Kopciuszkiem, do którego przyjdzie dobra wróżka, pomacha zaczarowaną różdżką, z niej posypie się równie zaczarowany pył i w mgnieniu oka nasze upiorne, niczym haloweenowa dynia życie uczuciowe, przemieni w kwitnącą, pachnącą łąkę.

Niemniej…dopóki sama przez takie toksyczne piekełko nie przejdziesz, to będziesz skłonna uwierzyć w bajkową prawdę, że miłość wszystko przezwycięży i jeśli tylko wystarczająco mocno się postarasz – Twój partner zacznie traktować Cię jak księżniczkę. No nie. Tak to nie działa. I nie zadziała. Plusem jest, że cała ta sytuacja ma swoje… plusy. Czy też plusa – jeśli przerobisz w swoim życiu toksyczną relację, to spotykając kolejnego pana, który na wstępie zareklamuje się „Cześć, tu pogmatwaniec”, będziesz wiedziała, że jedyne na co możesz liczyć to ochłapy uczuć, a najlepszym happy endem jest po prostu jak najszybszy END takiej relacji. Jeśliś mężczyzną uwikłanym w romans z toksyczną kobietą – zakończenie dotyczy Cię w równym stopniu.

Ślepy zaułek i światło w tunelu

Toksyczne relacje uczą jeszcze jednej ważnej rzeczy – w życiu naprawdę są drogi bez wyjścia. Możesz krzyczeć „Mam tę mooooc”, uchwycić się motywacyjnych haseł, że jak się chce to można wszystko, ale finał będzie taki jak z tonącym i brzytwą – to nie może się udać, będą ofiary. Oczywiście tkwiąc w destrukcyjnym związku jest się zazwyczaj przekonanym, że nieuchronnie zmierzamy do zakończenia pt. żyli długo i szczęśliwie. Niestety, wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że te dwa przyimki w przypadku toksycznych relacji wzajemnie się wykluczają – długo (stanowczo zbyt) to można tkwić w związku, a szczęśliwie się opamiętać i go zamknąć.

Mając już doświadczenie, jak wiele miesięcy (nie daj Boże lat) zmarnowało się na zaklinanie rzeczywistości, której zasadniczy element to powtarzanie mantry „On/ ona się zmieni”, ma się również świadomość, że są sytuacje, w których jedynym wyjściem jest odwrócenie się na pięcie i pójście własną  drogą. Nawet jeśli na tej drodze będzie się samemu. Zawsze to lepsze zakończenie niż wspólne utknięcie w ślepym zaułku, nerwowe przebieranie nogami i paniczne okrzyki „ciemność widzę, widzę ciemność”.

Na szczęście u większości z nas przychodzi refleksja pt. „mam przed sobą jakieś 50, w porywach do 80 lat życia”. I kolejna, że wbrew pozorom nie jest to wiele czasu. Ślepy zaułek to jedno z nielicznych miejsc, które donikąd nas nie doprowadzi, i w którym głową muru się nie przebije – do każdego innego obszaru prędzej czy później dotrze światło. A wszak idąc w stronę światła, mamy gwarancję, że dobrze skończymy 😉 . Najlepiej z właściwym partnerem u boku.

Droga ku niezwykłej przygodzie

Co więc gna nas do toksycznych ludzi? Obietnica wielkiej niewiadomej, brak możliwości przewidzenia jak będzie wyglądać kolejny dzień razem? Od euforii do stanów depresyjnych – fakt, taka huśtawka ma ogromnie uzależniającą moc. Dodając do tego fałszywe wyobrażenia miłości, jakie w naszej dziecięcej wyobraźni wykreował Disney, a na dalszym etapie życia wzmocniły komedie i inne ckliwe filmy pod szyldem „romantyczne”, mamy gotową receptę na prawdziwy życiowy dramat.

Naoglądawszy się historii Pocahontas, Syrenki Ariel czy – sięgając po nieco bardziej mroczne scenariusze – Belli ze „Zmierzchu”, w których to bohaterki musiały kontynenty przemierzać, oceany przepływać i własną naturę przezwyciężać, by móc połączyć się w wiecznej miłości z ukochanym, wielu z nas naprawdę może dojść do przekonania, że prawdziwa miłość MUSI być trudna. Skoro nawet poczciwa Bridget Jones miała pogmatwane życie uczuciowe… To znak, że wszędzie tam, gdzie na początku jest pod górkę, na końcu osiągniemy szczyt szczęścia, wypełnieni po brzegi miłością. Oto i wielka tajemnica popularności destrukcyjnych związków.

Normalność, czyli najtrudniejszy i najlepszy składnik związku

Owszem, będąc w toksycznej relacji można się poczuć jak w niebie – przez te krótkie chwile, kiedy jest w niej…normalnie. Mam wrażenie, że właśnie tego za wszelką cenę szukamy w destrukcyjnych związkach – czegoś nieosiągalnego – NORMALNOŚCI. Czegoś, co jest na wyciągnięcie ręki w każdej innej, zdrowej relacji. Takiej, w której jest przewidywalnie – po prostu zazwyczaj fajnie, spokojnie, radośnie. Takiej, w której normalność mamy podaną na tacy, nie trzeba o nią walczyć. I wiecie, to jest prawdziwa miłość – nie dajcie sobie wmówić, że musi być trudna już na wstępie.

Owszem, w każdej relacji będzie trudno. Bo w życiu prędzej czy później pojawią się rzucane nie wiadomo skąd kłody, mniejsze i większe potopy. Ba, spiętrzą się góry tak wysokie, że zabraknie siły, by się na nie wspiąć. Będzie trudno chociażby dlatego, że jak mawia moja babcia (60 lat stażu małżeńskiego), pytana o receptę na szczęśliwy związek: „czasem trzeba być trochę ślepym i trochę głuchym”. Prawdziwe wyzwanie! Dodając do tego dbanie, żeby było „zwyczajnie fajnie”, piszemy się na największą przygodę, jaką można sobie w życiu zafundować. A jeśli poczujesz, że potrzeba Ci więcej adrenaliny – wybierz się na rollercoaster. Z kimś, kto w stresujących momentach mocniej ściśnie Cię za rękę, dodając odwagi. A nie z kimś, kto funduje niekończącą się jazdę bez trzymanki.

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

6
Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Toukie
Gość
Toukie

Warto… Nie warto. Kwestia trudna i sporna. Miłość ponoć jest ślepa, a i nią możemy wiele naprawić.

Paulina Gaworska-Gawryś
Gość
Paulina Gaworska-Gawryś

Myślę, że każdy z nas ma za sobą relację, która go dużo kosztowała. Jednak, jeśli takiej nie masz, to bardzo dobrze. Jeszcze lepiej uczyć się na cudzych błędach niż własnych.

Rafał
Gość
Rafał

Osobiście uważam, że nie warto, jaka by to miłość nie była. Szkoda marnować życie na zmienianie drugiego człowieka (toksycznego). Biorę człowieka takim, jakim jest i godzę się zaakceptować jego wady i nie wymagam zmian, ale nie toksyczność.

Miye's Imaginations
Gość

Moja druga połówka jest osobą, która ma problemy z artykułowaniem swoich uczuć. Przez lata nauczyłam się do nich docierać i zamiast strutych dni mamy strutą godzinę, a żyje nam się znacznie łatwiej. Także czasami wystarczy po prostu kogoś zrozumieć.