Siedziałam ja sobie w restauracji, wespół z mym Mężem, oczekując na strawę. Tę dla ciała, bo dla duszy już sobie z Wybrankiem serwowaliśmy 😉 . Pośród poruszanych przez nas tematów o charakterze iście egzystencjalnym, pojawił się TEN JEDYNY. Dysputa odnośnie tego, czy warto być prymusem. Co prawda została w dość brutalny sposób przerwana, nagłym telefonem do Małżonka, niemniej ziarno już zakiełkowało, więc postanowiłam pociągnąć temat dalej, tu, na blogu.

Prymus, orzeł, wzorowy uczeń. Warto być najlepszym, czy… lepiej sobie odpuścić?

Moja historia prymuski

Zacznę od tego, że odkąd sięgam pamięcią, tkwił we mnie pierwiastek „najlepszości”. Ja naprawdę CHCIAŁAM być we wszystkim numerem jeden. Autentyczną radość sprawiało mi zdobywanie najwyższych ocen. I to, gwoli ścisłości, z każdego przedmiotu – byłam niczym Leonardo da Vinci czy inny człek renesansu. Uczyłam się pilnie i matematyki, i przedmiotów humanistycznych. Nie gardziłam również tymi biologicznymi.

Wiecie, jak to się nazywa? Nadambicja.

Kacperkowe życie, czyli kariera w klasach 1-3 

W klasach 1-3 nasza wychowawczyni stosowała dość nowatorską, jak na ówczesne realia, metodę zachęcania dzieci do aktywności w czasie zajęć – kacperki. Kacperki były niczym innym, jak małymi kwadracikami wyciętymi z kolorowego papieru, z narysowanymi radosnymi buźkami. Za pożądane społecznie postawy, a także za prawidłowo udzielane odpowiedzi, dziecię otrzymywało gratyfikację – kacperka. Co się z owymi, tęczowymi skrawkami robiło? Ano, wklejało na ostatniej stronie w zeszycie. Wyobraźcie sobie, że zawsze miałam tych kacperkowych stron zapełnionych co najmniej kilka. I to najdalej w połowie semestru.

Wiecie, jak to się nazywa? Nadambicja.

Czerwone paski, czyli idealne świadectwa

Im dalej w las tym… więcej grzybów (? nie wiem skąd mi się wzięło to skojarzenie 😀 ). Czyli jak już rozpoczęłam „poważną” edukację w 4 klasie podstawówki, to piątkom w dzienniku nie było końca. Wyobrażacie sobie, że moi rodzice, idąc na zebrania szkolne, wracali z karteczkami (tak, tak, to były czasy, gdy rodzice dostawali kartki z ocenami swoich pociech, o elektronicznych dziennikach nikomu się nawet nie śniło!), na których z góry do dołu, jako oceny cząstkowe, widniały piątki. Względnie szóstki. Z rzadka, sporadycznie, przypałętała się jakaś jedna lub dwie czwórki. Nic więc dziwnego, że pasek na końcoworocznym świadectwie był w moim przypadku normą. Dziwić mógł co najwyżej stosunek piątek do szóstek.

Wiecie, jak to się nazywa? Nadambicja.

Porażki prymuski

Za to uczciwe przyznaję, że za tabliczkę mnożenia dostałam jedynkę! Bo… pomyliłam dni, w których miała być kartkówka. Była to jedyna ocena niedostateczna, jaką dostałam w całej swojej podstawówkowej karierze. I jedna z trzech, które pojawiły się w trakcie mojej szkolnej przygody.

Ta druga wpadła do dziennika w czasach gimbazy, na lekcji niemieckiego. Za co? Brak papierowego zegara. Tak, dobrze czytacie. Nauczycielka kazała nam przygotować papierowy zegar, bo akurat przerabialiśmy temat czasu, a ja bezczelnie zaprotestowałam i nie wykonałam pracy plastycznej. Wiedzę przyswoiłam śpiewająco, ale to już nikogo nie obchodziło.

No i jeszcze liceum. Brak zadania domowego z historii. Pomimo samych piątek, czy to ze sprawdzianów, kartkówek, odpowiedzi, czy innej aktywności, ta jedna, nic nieznacząca ocena niedostateczna, przeważyła na końcoworocznej. Wtedy to dobitnie przekonałam się, że system jest brutalny. A w zasadzie brutalnie absurdalny i sprawdza nie to, co umiesz, ale to co zdaniem kogoś tam na górze powinieneś robić 🙂 .

Tak czy inaczej, każda z tych trzech „tragicznych” ocen na dobre zapisała się w mej pamięci. I każda była powodem rozpaczy oraz poczucia porażki.

Wiecie, jak to się nazywa? Nadambicja.

Hura hura, już matura. I co dalej?

W czasach liceum moja ambicja napotkała delikatne schody. Okazało się bowiem, że poza nauką istnieje coś równie interesującego, czyli spotkania w cztery oczy z przedstawicielami płci przeciwnej.

Do tego doszły weekendowe zajęcia w studium aktorskim. Efekt? Moja średnia drastycznie pikowała. Przez całe liceum oscylowała w okolicach 4,6 – 4,8. I wiecie co? Uważałam to za porażkę, miałam poczucie, że totalnie opuściłam się w nauce. Z dzisiejszej perspektywy oczywiście zupełnie inaczej na to patrzę, bardziej racjonalnie.

Za to maturę zdałam śpiewająco. Studia na najlepszych uczelniach w naszym nadwiślańskim kraju, w dodatku na najbardziej obleganych kierunkach, stały przede mną otworem. A ja… zamiast w końcu pójść za głosem serca, po raz kolejny postawiłam ambicję na pierwszym miejscu. Pomimo, iż uczuciowo bliskie były mi studia dziennikarskie, prestiż, jakim cieszyło się prawo, wygrał. O tym, że żałuję swojego studenckiego wyboru już Wam pisałam.

I tu przechodzimy do sedna. Jako że sama byłam prymuską, czuję się uprawniona, coby o bezsensie bycia we wszystkim najlepszym, napisać.

Co daje bycie prymusem?

Oczywiście, bycie szkolnym prymusem to:

prestiż wśród nauczycieli, miano swoistego rodzaju pupilka;

♥♥ poszanowanie pomieszane z zazdrością ze strony innych uczniów;

♥♥♥ duma rozpierająca familię, ba, czynienie z człeka bohatera rodzinnych anegdot, tych pozytywnych rzecz jasna;

♥♥♥♥ kształtowanie w sobie wytrwałości, skrupulatności, trening pamięci, budowanie pewności siebie.

Jednak bycie prymusem, to przede wszystkim strata ogromnej ilości czasu!

I to jest najważniejsza myśl, jaką chciałam się z Wami podzielić. Wiecie, ja należałam nie tylko do tych uczniów o najlepszej średniej w klasie. Byłam również wygadana oraz dość towarzyska (dziś wiodę życie matki samotniczki, które choć daje masę radości, to ogranicza nieco kontakty społeczne). W dodatku taki typ Matki Teresy, która broniła uciśnionych koleżanek i kolegów. Ponadto człowiek nader aktywny – uczestniczyłam w niezliczonej ilości konkursów z pogranicza przedmiotów humanistycznych, w tym rzecz jasna w konkursach recytatorskich.

Z dzisiejszej perspektywy myślę, że powinnam była inwestować tylko w te obszary, które wymieniłam jako ostatnie. Zamiast zajmować się każdym szkolnym przedmiotem i udowadniać sobie, rodzinie oraz otoczeniu, że potrafię, że mogę być we wszystkim numerem jeden, trzeba było skupić się na tym, w czym byłam najlepsza i czego nauka sprawiała mi autentyczną radość. Mogłam po prostu zająć się rzeczami, do których czułam przysłowiową miętę i w nich starać się być coraz lepszą. Lepszą wersją siebie, jak mawiają coachowie 😉 .

Czy prymus ma czas na pasje?

Trochę ma, a trochę nie. Oczywiście po części szukałam swojej niszy. Podświadomie i świadomie czułam, że zdecydowanie łatwiej przychodzi mi poszerzanie wiedzy humanistycznej, niźli tej z przedmiotów ścisłych. Niemniej moja ambicja, i wspomniany na początku pęd do bycia najlepszą, tak naprawdę sprawiały, że brakowało mi czasu, by rozwijać się w tych obszarach, które mnie interesowały. Zamiast tego poświęcałam im dokładnie tyle samo czasu, ile zdobywaniu wiedzy z przedmiotów, które dziś nie mają dla mnie żadnego znaczenia. I nie są mi do niczego potrzebne. Ani nawet przydatne!

Z perspektywy czasu bardzo tego żałuję, bo zanim zrozumiałam, na czym tak naprawdę powinnam się w życiu skupić, straciłam sporo czasu 🙂 . Piątki z matematyki, z fizyki i chemii? Ładnie wyglądają, owszem, tylko pytanie brzmi: co poza tym? Czy to potrzebne humaniście? Tym bardziej, że dziś nie byłabym w stanie podać nawet najprostszych wzorów czy formułek!

Czerwony pasek? Po raz kolejny: ładnie wygląda, ale nic poza tym. Wiecie, ile razy ktokolwiek zapytał mnie o świadectwo, choćby i maturalne? Zero. Absolutne zero! Ba, nawet oceną z dyplomu ukończenia studiów żaden pracodawca nie był zainteresowany. A jak wiecie kilka tych korporacyjnych zakładów pracy przerobiłam 😉 .

O co mnie pytano podczas rozmów kwalifikacyjnych? O pasje. Doświadczenie. Kursy doskonalące. O rozwój w DANEJ dziedzinie.

Bądź najlepszy. W tym, w czym jesteś najlepszy.

To się w życiu liczy – bycie najlepszym, ale w swojej niszy. Jeśli człowiek będzie się skupiał na wszystkich obszarach, zaniedba te, do których ma predyspozycje. Truizm, ale często zapominany, albo traktowany z przymrużeniem oka. Więc go przypominam i odświeżam.

Bycie prymusem nie daje niczego, poza chwilową satysfakcją. Co człowiekowi po zadowoleniu innych? Czy naprawdę bycie wspominanym przez belfrów, w rozmowach pt.  „to była świetna uczennica” jest warte czasu straconego na niepotrzebną naukę ? Nie jest! Same piątki z góry na dół nie są człowiekowi do niczego potrzebne! Nawet naukowcy z PAN nie muszą specjalizować się w każdej dziecinie 😉 .

Nie róbcie prymusów ze swoich dzieci!

Chyba, że bardzo, bardzo tego chcą. One, nie Wy 🙂 .

Myślę, że gdy moje dziecko osiągnie ten wiek, w którym na rodzimym śląsku wręcza się maluchowi tytę (taki rożek obfitości, wypchany po kokardę słodyczami), czyli gdy rozpocznie szkolną przygodę, nie będę go ganić do nauki. Nie zamierzam gderać, że nie dostał szóstki ze sprawdzianu z biologii, jeśli będę wiedziała, że interesuje się fizyką. Nie będę wymagać niczego poza ocenami dostatecznymi z przedmiotów, do których Synol po prostu nie będzie czuł chemii.

Chcę natomiast być na tyle uważnym rodzicem, by dostrzec predyspozycje swojego dziecka. I umożliwić Dzidziulcowi rozwój w obszarze, który będzie jego prawdziwą pasją. Czas, to najcenniejsze co mamy. Dlatego chcę inwestować zarówno swój (tym bardziej, że sporo go już straciłam 😀 ), jak i moich bliskich w to, co ważne. To co da spełnienia, a nie to, co inni uważają za istotne.

Jest jeden niewątpliwy plus z bycia prymusem – na swoim przykładzie wiem, że  to przereklamowane i w żaden sposób nie wpływa ani na sukces życiowy, ani na obycie człowieka w świecie. Ani nawet na jego poczucie szczęścia i spełnienia. Dlatego uczcie się na moich błędach! Ja tą wiedzą na pewno podzielę się jeszcze z jedną osobą – Dzidziulcem. Mam nadzieję, że dzięki temu będzie mieć znacznie prostszą drogę edukacji, niźli jego nadambitna mama 🙂 .

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
Powiadom o