Sezon urlopowy w pełni, wielu rodaków uda się na wymarzone wakacje, w te bardziej i mniej odległe kraje. Celem szybkiego do nich dotarcia, jako środek transportu, wybiorą samolot. Sama skorzystałam z przelotu aeroplanem, udając się na rodzinny wypoczynek z Dzidziem. Jako że jestem świeżo po przelocie, greckie słońce pięknie się do mnie uśmiechało, wyspiarska zieleń ukoiła zmysły, a bryza morska delikatnie orzeźwiła umysł, naszła mnie refleksja. O podróżnych właśnie. Na bazie swoich doświadczeń, zdecydowałam się przeprowadzić klasyfikację typów samolociarzy, która prezentuje się następująco:

Śmigacz-wyścigowiec

Z łatwością go rozpoznacie. Jest ambitny. Jest sprytny. I szybki. Zawsze pierwszy. Wyłowisz go z tłumu natychmiastowo – nerwowo przebiera nogami, nie spuszcza oczu ze swojej walizki i na wszelki wypadek ustawia ją w odległości pozwalającej na szybkie pociągnięcie za rączkę, gdy tylko na obserwowanej nieustannie tablicy, pojawi się napis „boarding”. Wtedy jest w swoim żywiole – rozpoczyna morderczy wyścig z czasem, pędzi co sił w płucach do uśmiechającej się pani z obsługi naziemnej, coby okazać dokument tożsamości, tym samym otwierając sobie sprinterską drogę do samolotu. Co prawda dopóki ostatni pasażer nie zostanie zabrany na pokład, ów i tak nie odleci, ale dla Śmigacza to nieistotne.

Ważne, żeby być numerem jeden – pierwszym w busie, pierwszym w samolocie i pierwszym z niego wysiadającym. Koniecznie należy również – najszybciej jak się da – wyłowić bagaż z wirującej taśmy, by niczym struś pędziwiatr, opuścić lotnisko. Wówczas ukontentowany Wyścigowiec może odetchnąć z ulgą i po zakończonej sukcesem misji – rozpocząć wakacyjną przygodę (względnie wrócić do swej pourlopowej rutyny).

Anioł Stróż Przestworzy

Czyli bohaterski książę, zawsze gotowy do pomocy. Lot uległ przesunięciu lub odwołaniu? To jest to, co tygryski lubią najbardziej – od razu organizuje grupę, w imieniu której będzie walczyć o odszkodowania, hotel na noc, a może i kosz słodyczy oraz szampana w ramach rekompensaty za powstałe niedogodności. Zasłabnięcie w samolocie? Za mało miejsca w luku bagażowym? Trudność z odnalezieniem swojego siedziska? Stewardessie brakuje drobnych, by wydać pasażerowi resztę za właśnie zakupione perfumy? To dla niego nie problem, roztacza opiekuńcze skrzydła nad każdą zagubioną w przestworzach duszą. Jednym słowem – zawsze i w samą porę spada nam z nieba!

Panikarz

Tych wyławiam najszybciej – w końcu swój swego pozna! Panikarz, nim jeszcze zasiądzie w metalowej puszce, która wzbije się na niezrozumiałą dla niego wysokość, traci oddech. Stres uchodzi z niego wszelkimi możliwymi drogami – spocone ręce, rozbiegany wzrok, nerwowe przyglądanie się machinie, która za chwil kilka poszybuje w górę. W głowie kłębią się setki myśli: Czy sprawdzili silniki? Paliwo, wystarczy nam paliwa? A jeśli dojdzie do dekompresji i moja maseczka nie wypadnie? Czy warto zaufać pilotowi? Może imć jest na kacu, jasność umysłu go opuściła, niechybnie zapomni o którymś punkcie z check-listy – nieszczęście gotowe!

Panikarz to podniebna alfa i omega – jego wiedza o możliwych przyczynach tragedii lotniczej jest kompletna – w końcu, celem opanowania swojej fobii, obejrzał wszystkie odcinki „Katastrof w przestworzach”. Każdy zgrzyt, każda turbulencja, każdy nieznany dźwięk, wydany przez aeroplan, przyprawia Panikarza o palpitacje serca oraz zawiązuje na supeł i tak już ściśnięty żołądek. Oczywiście ten typ wie, że ryzyko katastrofy jest znikome, że co 4 (słownie: cztery) sekundy gdzieś na świecie startuje samolot, że najniebezpieczniejszą część podróży – dojazd na lotnisko – ma już za sobą. Wie i rozumie. Po prostu żadna siła żadnego argumentu nie może się równać z siłą jego irracjonalnego strachu.

WIP

Wszechpotężny i Przewspaniały. Pan na włościach, zwany również klientem awanturującym się. Totalne zaprzeczenie Anioła Stróża Przestworzy. Można odnieść (wcale nie mylne) wrażenie, że samolotem podróżuje po to, by stworzyć okazje do marudzenia. Kontrola bagażu podręcznego? A niby dlaczego ma wyciągać z torby laptopa?! Jak to nie można mieć butelki wody mineralnej?! Jakim prawem Pan karze ściągać zegarek do prześwietlenia, przecież nie jest MacGyverem – nie skonstruuje z niego bomby!

WIP kupuje bilet u taniego przewoźnika i oczekuje, że będzie mieć warunki niczym na luksusowym jachcie, w najgorszym wypadku – jak w samolocie prezydenta Ju Es Ej. Nie podoba mu się cena kawy w aeroplanie. Co? Nie z ekspresu? Za TYLE pieniędzy?! Skandal i złodziejstwo! Jest gotowy rozpętać wojnę światową z racji pięciominutowego opóźnienia startu machiny. Za nic w świecie nie siądzie na przeznaczonym dla niego miejscu przy oknie, bo woli te przy przejściu. Wszystkie płaczące/ piszczące/ skaczące/ wydające jakiekolwiek dźwięki dzieci najchętniej zakułby w dyby i wrzucił do luku bagażowego. Nie wie jednak, że każdy współpodróżujący zrobiłby dokładnie to samo. Tyle, że z WIPem.

Gapcioturysta

Opisując go w dwóch słowach – pocieszny i sympatyczny. W drodze na wakacje gubi w samolocie telefon. Nie znajduje go. W drodze powrotnej, zupełnym przypadkiem, zostawia na lotnisku bagaż podręczny. Również go nie znajduje. Rachunek strat 2:0. Gapcioturyście to jednak nie przeszkadza, w końcu przywykł do figli, które nieustannie płata mu życie. Najważniejsze, że zdążył na samolot.

Co prawda pozostali podróżujący piorunowali go spojrzeniami i ciskali w niego błyskawicami słownymi, ale przecież każdy może się zagubić na lotnisku? Naprawdę nie słyszał, jak jego imię i nazwisko powtarzane było przez megafony. Osiem razy wzywali go do natychmiastowego udania się do bramki? Niemożliwe, nic mu o tym nie wiadomo! Bez przesady, to że wszyscy pozostali pasażerowie piętnaście minut czekali w samolocie aż Gapcioturysta łaskawie stawi się na boarding, nie jest żadną tragedią życiową. Oczywiście to nie była jego wina. No bo umówmy się – kto rozsądny ustawia lot po locie, tymi samymi liniami, do dwóch różnych destynacji, ale położonych w jednym kraju?! Całe szczęście, że zawrócili go z samolotu do Warszawy, jednak wygodniej lecieć prosto do Poznania, skoro się w nim mieszka.

Alkowesołek

Tego typka chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jest wyluzowany, radosny, skory do żarcików (przede wszystkim tych żenujących). Na lekkim rauszu przez całą drogę (a może i całe życie?). Nie gardzi piwem, winem, whisky, whiskey czy innym szampanem – jak to mawiają: „siki, nie siki, byle były procenciki!”. Chętnie, i stanowczo zbyt często, zagaduje współpodróżujących. Nakłania obsługę samolotu do wspólnego śpiewania. No i nieustannie zgłasza gotowość przejęcia sterów, gdyby kapitan zaniemógł. Jest inicjatorem wszelkich form rozrywki na pokładzie aeroplanu, z oklaskami dla miszczowsko lądującego pilota włącznie. Prawdziwy wodzirej przestworzy!

Katalog otwarty

Oczywiście wśród podróżnych można wyróżnić znacznie więcej typów i podtypów. Zdarzają się Rzezimieszki, Matki Polki Bolejące, Filozofowie, Dokumentujący całe swoje życie telefonem, względnie Opowiadający o całym swoim życiu pierwszemu napotkanemu człowiekowi. Wymieniać i katalogować można by bez końca. Dlatego właśnie w podróżowaniu najpiękniejsi są… napotkani ludzie. Zapadło mi w pamięć takie ładniutkie zdanie, które przytoczę w oryginale, czyli in inglisz, mianowicie:

„You can’t understand a city without using its public transportation system.”

A ja Wam w języku ojczystym napiszę, nieco parafrazując powyższe:

„Poleć człowieku z rodakami czarterem, a poznasz cech charakterystycznych narodu swego wiele!