Dziecko. Ona, on, nieważne. Ważne, że Wasze. Piękne. Najpiękniejsze. Ze wszystkich dzieci, jakie znacie. Tfu, na całym świecie. I we wszechświecie. Człowiek nie może się napatrzyć, nie może nacałować. Bo każdy całus – to o jeden za mało. Wieczny niedosyt, ciągle chce się więcej i więcej. Tych małych rączek, tych słodkich, mięciutkich, różowiutkich stópek. Do zakochania, tak na zabój. Do schrupania. Przy porannej kawie. ZIMNEJ.

Dziecko to najwspanialsze, co może przytrafić się dwójce ludzi. Są jednak pewne warunki brzegowe, które należy spełnić ZANIM zdecyduje się na potomstwo. Jednym z nich jest ZDROWA relacja między partnerami. Stabilna.

Ktoś, komu przemknęło przez myśl, żeby spróbować uzdrowić kulejącą relację, wprowadzając do niej osobę trzecią, tj. berbecia – jest prawdziwym kamikadze. Albo kimś, kto naoglądał się za dużo romantycznych filmów familijnych.

Zapamiętajcie na wieki wieków: Dziecko nie jest i nie może być deską ratunkową dla związku. A taka desperacka próba ocalenia relacji, doprowadzi tylko do jednego – pociągnie partnerów na samo dno. Dlaczego?

Brak czasu = brak możliwości prowadzenia rozmów?

Macie trudności w dogadywaniu się, nie słyszycie, lub nie chcecie usłyszeć tego, co mówi druga strona? To macie problem. ALE – jego rozwiązaniem na pewno nie jest dziecko – nie pomoże Wam się porozumieć… Tym bardziej, że na początku swego życia berbeć nie dość, że sam nie mówi, to jeszcze nie potrafi rozkminić, co mówicie do niego Wy😉.

Pewnie obiło Ci się o uszy stwierdzenie, że dziecko wynosi relację na inny poziom. I to jest 100% prawda. Funkcjonowanie w trójkącie to zupełnie inny poziom… wtajemniczenia – rozmowy o konsystencji i kolorystyce niemowlęcej kupy, częstotliwości ulewań czy długości trwania kolek – nie mają końca. Przerwać je mogą tylko dialogi na temat stanu chorobowego berbecia. Wówczas komunikacja między partnerami (dawnymi romantycznymi kochankami!) najczęściej wygląda tak:

Mierzyłaś mu temperaturę?/ Wysoka! //
Dzwoniłeś do lekarki? / No tak! Nigdy nie odbiera, jak jest potrzebna! //
Dałaś paracetamol? / A jak po paracetamolu nie spadnie, to co robimy? //
Może Ibuprom? / W czopkach czy syropie? // 
Dzwonimy na SOR? Teraz czy za godzinę? / Najlepiej pojedźmy do szpitala, w końcu od tego są, żeby pomagać ludziom! //

Musicie być świadomi jednego – wraz z pojawieniem się szkraba stosunki między partnerami, siłą rzeczy, schodzą na dalszy plan. Przez pierwszych naście miesięcy życia dziecka, świat rodziny koncentruje się wokół jej nowego członka. Jeśli Wasza relacja jest jak tykająca bomba, to po tych nastu miesiącach w końcu dojdzie do zapłonu. I to jakiego!  Big Bang gwarantowany. A siła eksplozji zostawi Was tylko z jednym – mętnym wspomnieniem związku.

Nowe obowiązki = nowe kłótnie

Kłócicie się? I dziecko ma sprawić, że tych kłótni będzie mniej? Bo wspólna troska o dobro małego człowieka Was połączy, tak? Myślicie, że z chwilą urodzenia się berbecia, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystkie sporne kwestie znikną, a Wy będziecie stanowić jedność?

To może tytułem przykładu: tylu kłótni, ile pojawiło się między mną a moim Ślubnym w pierwszych miesiącach życia Synola, nie przerobiłam we wszystkich, poprzednich związkach razem wziętych 😉. Innymi słowy: temat „dobra dziecka” będzie kolejną kością niezgody. Kolejnym obszarem z napisem „a ja uważam inaczej”. A jeśli myślicie, że Wasze spory dotyczyły już wszystkiego, w tym największych pierdół świata – spróbujcie przebić kłótnie rodzicielskie 😉. Wierzcie mi, że punktem zapalnym może być nawet to, jak partner(ka) płucze dziecku włosy, czy zapina pieluchę.

Nieprzespane noce = większa nerwowość

Zacznijmy od sytuacji czysto hipotetycznej. Z naciskiem na „czysto”  i „hipotetycznej” 😉. Może się zdarzyć, że Wasz szkrab będzie tym wyjątkowym wyjątkiem, który od pierwszych chwil życia przesypia całe noce. Żadnych pobudek na flaszkę z mlekiem. Żadnych kwęków, wywołanych zbyt mokrą pieluchą. Żadnego kwilenia z powodu oddalającej się – po godzinnym tuleniu, całowaniu i noszeniu – matuli.

Pewnie, że może Wam się trafić Dziecko-Anioł. Cuda dzieją się przecież każdego dnia! Jeśli traficie do grona takich szczęśliwców – istnieje szansa, nie tyle na poprawę związku, co na utrzymanie dotychczasowego stanu względnej równowagi.

Jeśli jednak trafi Wam się aktywne oraz wymagające maleństwo (takie jak nasze i jak dzieci zdecydowanej większości znajomych), to przez kolejne dwa lata możecie liczyć tylko na jedno. Że nie będziecie budzić się wyspani. Choć budzić będziecie się dużo i często. W trakcie jednej nocy. I tak aż do osiągniecia przez potomstwo pełnoletności 😉.

Zapamiętajcie: wraz z pojawieniem się dziecka, ziewanie oraz uczucie ciągłego zmęczenia staną się towarzyszami Waszej codzienności. A wiecie, jakie są skutki niewyspania? Rzecz jasna poza pragnieniem stworzenia jedności z poduszką i potrzebą natychmiastowego zatopienia się w mięciutkiej pościeli 😉. Ciągłe niewyspanie powoduje ot choćby zwiększoną nerwowość. Co za tym idzie – niższy próg tolerancji dla irytujących zachowań partnera. Częstsze wybuchy gniewu. Więcej okazji do kłótni. Brzmi zachęcająco, prawda?

Wzorce, które przekażesz dziecku

Można się łudzić, że dziecko poprawi relację. Ba, można nawet założyć, że maluch ją w pewnym sensie uratuje, bo póki dzidziulec w domu – partner(ka) nie odejdzie. Nikt przecież nie chce narażać dziecka na traumę związaną z rozstaniem rodziców – z dwojga złego już lepiej tworzyć pozory szczęśliwej rodziny, prawda? No… nieprawda! Takie myślenie jest najgorszym, co można zrobić i sobie, i dziecku, ale o tym pisałam, o TU.

W tym całym zamieszaniu, zwanym rodzicielstwem, kluczowe jest, co przekażemy dziecku. Jaki wzorzec budowania relacji. Jaki obraz związku zakodujemy w jego małej, niewinnej główce. To, co berbeć zobaczy w domu – będzie tym, co zacznie powielać w życiu dorosłym. Zacznie odwzorowywać sposób, w jaki tata traktuje mamę, a mama tatę.

Nigdy nie przepraszasz pierwsza? Bądź pewna, że Twoja córka również nie będzie przyznawać się do winy. Z kolei syn będzie nauczony brania całej winy na siebie.

Mówisz do żony tak, żeby zawsze wbić jakąś szpilę? Dajesz jej do zrozumienia, że jest od Ciebie mniej zaradna? Jesteś na najlepszej drodze, by wychować córkę, która wyrośnie na kobietę niepewną swojej wartości. A syn – na mężczyznę, który będzie uważał kobiety za głupsze ogniwo ewolucji.

Dziecko w niepoukładanym związku to egoizm

Nie wszyscy ludzie powinni mieć dzieci. Nie wszyscy nadają się na rodziców. A już na pewno nie ci, którzy wykorzystują dziecko do realizacji własnych celów. Ot na przykład ratowania związku. Decydują się powołać na świat nowego człowieka tylko dlatego, że nie potrafią posprzątać syfu, który sami narobili (w relacji).

Dziecko jako sposób na ratowanie związku jest chybiony z jeszcze jednego, kluczowego powodu.Atmosfera ciągłego napięcia nie sprzyja wychowywaniu dziecka. Nie zbuduje w nim poczucia, że dom to bezpieczny port, do którego można zacumować zawsze wtedy, kiedy życiem targają burze. Zbuduje w nim poczucie, że życie to jedna wielka nawałnica, którą fundują mu gromowładni rodzice. Jak, w takich warunkach, mały człowiek ma się harmonijnie rozwijać?

Żeby zbudować dla berbecia dom, trzeba najpierw wylać solidne fundamenty. Takim fundamentem powinna być dobra relacja między przyszłymi rodzicami. Dziecko nie scementuje związku, jeśli relacja między partnerami nie jest z gatunku tych na mur-beton. Jeśli to nie stosunki między partnerami będą spoiwem związku, tylko dziecko – konstrukcja runie ….A odgruzowywanie pozostawi trwały ślad nie tylko w psychice dorosłych, ale przede wszystkim – dziecka.

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!