Co prawda lato się już kończy, więc i pęd do wypracowania boskiej sylwetki nieco wyhamował – fałdki w końcu będzie można ukryć pod warstwami swetrów typu oversize – niemniej dla własnego zdrowia (haha) i lepszego samopoczucia (hahaha) warto przeanalizować posiadaną kondycję fizyczną. Psychiczną zostawmy specjalistom i jesiennej chandrze, która już niedługo znów zapuka do naszych drzwi, oferując swoje towarzystwo podczas niekończących się, jesiennych, deszczowych wieczorów.

Wróćmy jednak do sedna sprawy. Jesteś człowiekiem aktywnym fizycznie, regularnie ćwiczysz co najmniej 2 razy w tygodniu? To nie jest tekst dla Ciebie. Chyba, że empatyczna z Ciebie jednostka i pragniesz zrozumieć, z jakimi problemami borykają się inne człowieki. Natomiast jeśli Twój stosunek do sportu zawiera się w poniższym monologu:

Zostań. To jest wpis dla Ciebie.

Pewnie zdajesz sobie sprawę, że na udział w Olimpiadzie (w charakterze zawodowca) już trochę za późno. Najprawdopodobniej nie zostaniesz również kolejnym Robertem Kubicą, Otylią Jędrzejczak, czy Adamem Małyszem. Umówmy się, wbrew temu, co głoszą coachowie w trakcie swoich motywacyjnych wystąpień, to nie jest tak, że jak chcesz, to możesz wszystko. Niemniej jeśli chcesz – zawsze możesz coś zrobić. Coś dobrego, albo coś złego. Nie należysz do osób, które nawet jeśli na czole nie mają napisane „Jestem FIT”, to i tak ich wysportowaną sylwetkę zauważa każdy? – Cóż, w takim razie najprawdopodobniej nie masz też idealnej formy. Jak rozpoznać, że Ty i aktywność fizyczna jesteście w związku, który można określić jako „to skomplikowane”? Oczywiście poza zadyszką, która pojawia się zawsze, gdy zaczynasz wchodzić na drugie piętro.

Oto sygnały ostrzegawcze, pozwalające zdiagnozować, co zgrzyta w Twojej relacji ze sportem.

Wiecznie biadolisz

Czyli nigdy niekończące się marudzenie. Żalisz się i żalisz, lamentujesz i lamentujesz, ale Twoje kwękanie nie przekłada się na jakiekolwiek działanie. Myślisz sobie „O Borze, muszę coś zrobić ze swoją sylwetką, wszystko mi wisi, mam konsystencję gąbki”, a w sytuacji, gdy ktoś proponuje Ci pomoc w staniu się mniej galaretowatym obiektem, reagujesz na zasadzie:

Mam dla Ciebie radę. Kup sobie tabliczkę czekolady – może nie poprawi Twojej sylwetki, ale przynajmniej wstrzykniesz sobie porządną dawkę endorfin – dobry humor gwarantowany, lamentowanie odejdzie w zapomnienie.

Oczywiście do momentu aż nie przydarzy się kolejna dramatyczna sytuacja. Przykładowo: spotykasz na ulicy swoją koleżankę sprzed lat, której figura bogini zawsze wpędzała Cię w kompleksy (w wersji męskiej – kolegę, którego sylwetka wywołuje skojarzenia z boskim Adonisem).

No cóż, albo zaakceptujesz, że w Twoim życiu raz za razem będą zdarzać się podobne dramaty, albo… jednak udasz się na siłownię. Tylko pamiętaj, żeby przed wyjściem zjeść czekoladę. Tak na wszelki wypadek.

Gdy już dotrzesz do miejsca, które jawi Ci się jako czeluście piekielne, pewnie pierwsza myśl, która przyjdzie Ci do głowy to: „Co ja mam tu robić?!” Cóż, możliwości jest wiele, każdy znajdzie ćwiczenia odpowiednie dla siebie!

Szybko się zniechęcasz

Szybkość nie jest Twoją mocną stroną – to już ustaliliśmy. A jak z wytrwałością? Wierzysz w diety cud pt. zrzuć 5 kilogramów w dwa dni? Mam dla Ciebie złą wiadomość – niemożliwe, nie do wiary! – one nie działają. Naprawdę. Nigdy. Jedyne, czego możesz się po nich spodziewać to ssanie żołądka, poprzedzające wystąpienie efektu jojo.

Jeśli ktoś mówił Ci, że ćwiczenia to ciężka harówka – wbrew pozorom nie robił tego po to, by Cię zniechęcić (zresztą, i bez tego Twój zapał do sportu jest tak ogromny jak powierzchnia przeciętnej kawalerki).

Pewnie trening(i) zaczynasz od przysiadów i brzuszków? Świetnie, dobry początek. Dlaczego zatem nie widzisz efektów? Cóż, sprawa ma się tak, że w jeden wieczór nie zniknie ani mięsień piwny, ani tym bardziej urocza piłeczka, w której skrywa się Twój pępek.

Jeśli jednak zrobisz ich 20, po czym powtórzysz serię 12 razy, codziennie, przez 12 miesięcy – efekt „wow” gwarantowany. W końcu ćwiczenie czyni mistrza!

Szukasz wymówek. Zawsze

A teraz bądźmy ze sobą szczerzy. Ile razy zdarzyło Ci się przeprowadzać ze swoimi myślami podobną rozmowę?

Spokojnie, każdemu się to przytrafia. Od czasu do czasu. Jeśli jednak stosujesz podobną wymówkę za każdym razem, gdy widok Twojego odbicia w lustrze wywołuje nagłą, natychmiastową potrzebę rozpoczęcia treningu – jesteś na najlepszej drodze do zostania kanapowym ziemniakiem. Określanym również mianem pokraki, zramolałego lub niezgrabnego nieruchliwca.

Nie masz czasu na chodzenie na siłownię? Wiesz za to, że Ania z 6B właśnie wróciła z wakacji na Dominikanie, a Basia z sąsiedniego działu wrzuciła na Instagram zdjęcie ze swojego ślubu. Z kolei Plotek donosi, że Twój ulubiony zespół muzyczny zakończył działalność. Komentarz? Zbędny.

Poszłabyś na jogę, ale nie masz odpowiedniego stroju? Ćwicz w domu. Usiądź wygodnie na dywanie, odpal YouTube i poszukaj jogina przewodnika. Nie dość, że oszczędzisz czas na dojazd, to jeszcze będziesz mogła założyć ulubiony, rozciągnięty do granic galaktyki, dres. Plusów z ćwiczenia we własnych, czterech ścianach jest zresztą znacznie więcej:

Wiesz kiedy człowiek naprawdę nie ma czasu? Gdy pod jego pieczą przebywa dwójka lub trójka małych ludzików. Dzieci (własnych), w przedziale wiekowym od około 2 do 5 lat. Z drugiej jednak strony, wtedy nie potrzebujesz sportu – co się nabiegasz i nagimnastykujesz przy maluchach, tego nie zapewni Ci żaden trening. Żaden.

Kondycja to Twoja pięta achillesowa

Nie ćwiczysz, bo najzwyczajniej w świecie nie dajesz rady?

Ostatni raz byleś aktywny fizycznie wtedy, gdy w bloku, w którym masz uwite gniazdko, popsuła się winda i trzeba było wejść po schodach na czwarte piętro? Każdy kiedyś był w miejscu określanym jako „nie potrafię, nie znam się”. W pierwszej klasie pewnie nie znałeś tabliczki mnożenia. W przedszkolu nie miałeś pojęcia, że za kilkanaście lat „Lalka” wcale nie będzie oznaczała zabawy polegającej na wożeniu w wózku szmacianki, lecz kilkuset stronicową drogę przez mękę. Skoro udało Ci się przebrnąć przez licealny koszmar – praca nad kondycją nie powinna stanowić większego problemu.

Brak Ci motywacji

I chęci. Czyli w zasadzie motywacji. Cóż, trudno jest cokolwiek poradzić na… lenistwo. Każdy musi znaleźć własne dno, od którego się odbije. Legenda głosi, że najlepsza motywacja pojawia się wtedy, gdy ktoś Ci dokopie. Wówczas w człowieka wstępują takie pokłady sił zwanych „ja Ci jeszcze pokażę”, że można góry przenosić.

Ta taktyka się u Ciebie nie sprawdza? W takim razie możesz spróbować metody kija i marchewki:

Aczkolwiek ja jej nie polecam. Co sprytniejsi od razu wpadną na to, by po prostu obejść bieżnię z drugiej strony. I gotowe – ciasto zjedzone bez ponoszenia zbędnego wysiłku.

Co jednak zrobić, gdy chwilowo nikt nie zaszedł nam za skórę, a pragniemy zrzucić kilka miłosnych kilogramów (wbrew pozorom kochanego ciała może być czasami za wiele – nie oszukujmy się)? Na dobry początek (dnia) można po prostu wyłączyć budzik.

Tik, tak. Do biegu, gotowi – start!