Tak się składa, że stateczna, dojrzała i poważna ze mnie osoba, jak na matkę Polkę przystało. Bywały jednak czasy, nie przeczę, że zamierzchłe, kiedy z utęsknieniem wyczekiwałam 1 czerwca – mojego święta. Święta każdego dziecka. Tak, tak, ja też byłam kiedyś mała. Co więcej, czekałam jak szczerbaty na orzechy na wszelkie uroczystości (urodziny, imieniny, święta), żeby moje pragnienie posiadania wciąż nowych zabawek zostało zaspokojone 😂. I tu Wam przytoczę anegdotkę, jak to mnie rodzice oszukali. Znaczy się – jak mnie Zajączek oszukał.

Otóż w rodzinie kultywowana była tradycja obdarowywania się prezentami z okazji Wielkiej Nocy. Nie jakimiś szałowymi, wystrzelonymi w kosmos, za milion pieniędzy. Niemniej – fajnymi. Pamiętam takie jedne, nieszczęsne, wiosenne Święta, kiedy to na moim obliczu zagościło ogromne rozczarowanie. Początkowo nic nie zapowiadało zbliżającej się katastrofy. Znalazłszy ukryty przez Zajączka prezent, byłam bardzo uradowana rozmiarami pudełka – spore, prostokątne. Wydawało się kryć zawartość wielkości co najmniej Barbie albo Lego! I tak jak książki nie ocenia się po okładce, tak prezentu nie powinno się oceniać po wymiarach opakowania. Jednym słowem: pudełko mnie zmyliło. Gdy podniosłam wieko, twarz przybrała niedowierzający wyraz, trochę podobny do tego, który pojawił się po zobaczeniu ostrych cieni mgły autorstwa Andreja. Co się okazało? Że w pudełku były… buty. Półbuty. Na wysoki połysk. Lakierki. Czarne.

Czarne lakierki.

A pomiędzy nimi wetknięte 3 Kinder Niespodzianki. Słownie: trzy. Rozumiem, gdyby pudełko było całe wypełnione jajkami. Ale buty? Na co mi buty? Jak tu się nimi bawić?!

Na całe szczęście to jedno z niewielu tak traumatycznych przeżyć mojego dzieciństwa. Reszta, mimo iż spędzona w bloku z wielkiej płyty, rysowała się w jasnych barwach. Chciałabym więc przedstawić Wam kilka obrazków, z którymi kojarzy mi się dzieciństwo blokersa lat dziewięćdziesiątych. Mam nadzieję, że choć część z tych haseł wywoła u Was uśmiech i wzbudzi radosne wspomnienie (lub przybliży Wam rzeczywistość, która była moją codziennością).

Upragnione karteczki

Aż chciałoby się zanucić “karteczkowy szał, każdy z nas ich pięćset miał”. To zadziwiające, że w czasach gdy o internecie nikt jeszcze nie słyszał, a telefon na kabel stanowił rarytas dostępny nielicznym, dzieci w całej Polsce – mimo braku możliwości ustalenie tego ogólnonarodowego zrywu – opanował karteczkowy bzik. Do dziś zastanawiam się, o co w tym wszystkim chodziło. Dlaczego kolekcjonowaliśmy kawałki papieru wielkości złożonej chusteczki higienicznej? W jakim celu nasze zbiory przechowywaliśmy w albumach na zdjęcia? Dlaczego przestawaliśmy odzywać się do koleżanki z ławki, która niechcący POGIĘŁA jedną z naszych karteczek?  I wreszcie – jak to możliwe, że byliśmy gotowi obrazić się na najlepszego kolegę/ najlepszą koleżankę tylko dlatego, że nie chciał(a) wymienić się z nami na tę z Króla Lwa? Nawet za dwie nasze. No dobra. Trzy. Mówię Wam, to był prawdziwy szał.

Nieosiągalne Tamagotchi

zdjęcie: brett jordan z flickr

Każdy, kto nie wie, czym było Tamagotchi, ma okazję uzupełnić swoją wiedzę. Okazuje się, że hasło zostało umieszczone w Wikipedii. I nie – nie przeze mnie 😂. Czuję się jak prawdziwy dinozaur. Człowiek z innej, odległej epoki. Ba – galaktyki, w której to, co dziś jest opisywane w internetowej encyklopedii, kiedyś leżało w moich dłoniach.

Pożyczone.

Przyznam Wam się do czegoś. Ta sytuacja z lakierkami od Zajączka, nie była moim jedynym zawodem okresu pacholęctwa. Drugi to Tamagotchi. Nigdy go nie miałam. W sensie – na własność. Co więcej – nie posiadałam nawet podróby! Byłam trochę jak Amisz spragniony dostępu do osiągnięć rozwoju cywilizacyjnego. Moi rodzicie nigdy nie kupili mi małego, elektronicznego jajka, w którym siedział stworek, przypominający kotka, pieska, czy inne rybki. Zwierzątko dające znać o swoich potrzebach (jeść, pić, siku, spać) pikaniem. Prawdziwy hit wśród dzieciaków!

Piii, piiii słychać było wszędzie. Poza moim mieszkaniem. Tam głucha cisza. Rodzice uważali, że zabawka jest niewychowawcza. Dlaczego? Ano dlatego, że jak np. dziecko zaniedbało swojego jajkowego przyjaciela i ten odchodził na drugą stronę tęczy – zaraz wykluwało się nowe stworzenie. Ukochani Opiekunowie byli zdania, że uczy to braku odpowiedzialności i czułości względem zwierząt. Dlatego kupili mi… psa. Prawdziwego. No cóż. Lepszy rydz niż nic.

Kasety, walkmany i lista Hop Bęc

zdjęcie: Ashutosh Sonwani z pexels.com

Kto choć raz w życiu nie nawijał taśmy magnetofonowej przy pomocy ołówka – ten gapa.

Kto nie kupił sobie spodni typu bojówki tylko po to, żeby w bocznej kieszeni zmieścił się walkman – ten nie wie, co to poświęcenie.

No i kto nigdy, przenigdy nie wsłuchiwał się w listę Hop Bęc, ślęcząc przy przycisku “rec” i czekając aż poleci jego ulubiona piosenka – ten nie zna życia. A kto choć raz nie spóźnił się z wciśnięciem “stop” i nie nagrał słów prowadzącego listę Marcina Jędrycha, ten mistrz nad mistrze. Temu należy się prawdziwy szacunek!

 

Furby i jego ubogie podróbki

zdjęcie: Alexas_Fotos z pixabay

Kochane Dzieci Lat Dziewięćdziesiątych. Kto z Was nie uległ czarowi Furbiego? Kto nie chciał mieć w domu kolorowego, futrzanego stworka, wyglądem przypominającego słodką sówkę lub pucułowatego chomika? No ja chciałam! I uwaga, uwaga – tym razem miałam. Zresztą, nie ja jedyna –  Furby stał się Gwiazdkowym hitem i był kupowany jako prezent Bożonarodzeniowy przez rodziców na całym świecie.W latach 1998-1999 sprzedano 15,8 miliona egzemplarzy! Później jeszcze kilkukrotnie zmieniano zabawkę, udoskonalając ją i wprowadzając kolejne generacje kudłaczy.

Aż w końcu czas Furbiego bezpowrotnie przeminął. Pluszowy stworek żyje już tylko w naszych wspomnieniach… Swoją drogą, z dzisiejszej perspektywy, dziwi mnie zawrotna kariera gadającego kudłacza. Laleczka Chucky i jej psychodeliczny wzrok to przy Furbym romantyczny gap. Zobaczcie sami. Te oczy. Przyjrzyjcie się dokładnie. Strach się bać.

Yataman, Czarodziejka z Księżyca i Gigi

Jak obserwuję bajki dla dzieci, które są obecnie  dostępne – szczęka mi opada. Z wrażenia oczywiście. Większość ma szatę graficzną na naprawdę wysokim poziomie. Twórcy dostosowują animacje do wieku odbiorców. I to jak! Bajki pomagają dzieciakom w nauce nazywania emocji (serdecznie polecam w tej kategorii króliczka Binga), liczenia (Blaze i mega maszyny – co za geniusz to wymyślił!), czy zapoznania się z podstawami geografii (Super Wings, czyli bajka, która święci u nas tryumfy). No dobra, Świnka Peppa faktycznie nie wpisuje się w trend cieszących oko animacji, ale w trend “nauka przez zabawę” już jak najbardziej.

Kanały tematyczne z bajkami, bogata oferta Netflixa skierowana do najmłodszych, platformy typu VOD czy Player… Jezusie Drogi w słodkich malinach – w MOICH czasach dziecięctwa o takich dobrociach można było co najwyżej pomarzyć. My wychowywaliśmy się na Domowym Przedszkolu, Teleranku, wieczorynkach w TVP i bajkach nadawanych na kanale Polonia 1. Szczególnie te ostatnie… Ah, co to były za hiciory! Wszystko importowane, świeżutkie i pachnące, wprost z azjatyckich landów.

http://bagogames.com/sailor-moon-franchise-licensed-viz-media/

Super bohaterowie w stylu Yatamana, krzyżujący szyki do cna złej bandzie Drombo. Czarodziejka z Księżyca, czyli chyba pierwsza animacja pokazująca girl power w praktyce. No i Gigi – bajka o utalentowanym koszykarzu, który wzrostem dorównywał co najwyżej kosodrzewinie, za to upór miał gigantyczny.

Czy te bajki były piękne? Średnio. Czy mądre? Poproszę inny zestaw pytań. Czy były nośnikiem uniwersalnych wartości? Tu Was zaskoczę: owszem! Walka dobra ze złem, pokonywanie własnych ograniczeń, siła tkwiąca w kobietach. Ja to kupowałam. Zresztą – nie miałam wyboru. Innych bajek w TV nie było (ok, ok, później pojawił się Cartoon Network, a wraz z nim – nowa jakość życia).

Król Lew i popcorn w kinie

Były za to w kinie. W latach dziewięćdziesiątych Disney zawładnął sercami wszystkich dzieciaków. Piękna i Bestia, Aladyn, Król Lew, Toy Story, Pocahontas, Dzwonnik z Notre Dame, Herkules, Mulan… Oj, oglądało się, oglądało. Z koleżankami i tatą. Moim. Lub którejś z psiapsiółek. Swoją drogą to ciekawe, że do kina z dzieciakami zazwyczaj chadzają tatusiowe. Ciekawe, co w tym czasie robią mamy – sprzątają, czy odpoczywają, delektując się tak rzadko pojawiającymi się chwilami samotności? 😃

Ja jestem pewna jednego – kiedy Synol będzie w wieku kinowym, z ogromną przyjemnością będę oglądała bajki na dużym ekranie. Z popcornem w jednej i coca-colą w drugiej ręce. Jak za młodzieńczych lat.

Spice Girls, Britney Spears i Backstreet Boys

Moi Mili, czy muszę komukolwiek przedstawiać tych kultowych muzyków? Toż to legendy popowej sceny, girlsband i boysband z prawdziwego zdarzenia! Kto nie toczył klasowych wojen – Spice Girls czy Backstreet Boys – ten ewidentnie stracił możliwość zdobycia pierwszych szlifów w sztuce argumentacji. Zazwyczaj linia podziału przebiegała w ten sposób, że na Spice Girls stawiały dziewczyny (wiadomka!), z kolei chłopcy kibicowali Backstreet Boys. Oczywiście tajniacko, w domowym zaciszu, większość z nas słuchała nagrań obu zespołów, ale na forum klasowym człowiek nie śmiał się przyznać do takich działań – posądzenie o zdradę i wykluczenie społeczne murowane!

Z Britney nie było problemu – wokalistkę, na pewnym etapie jej kariery, kochali wszyscy.

Dwa ognie, trzepak i bazy na studzienkach

Kto nie grał na zielonej trawce w dwa ognie? Kto nie bawił się w ganianego, z bazami na studzienkach kanalizacyjnych? Bazy – miejsca nietykalności, bezpieczne azyle, schrony na miarę dziecięcych potrzeb.

zdjęcie: Ignacy Płażewski, Bloki mieszkaniowe na osiedlu Włady Bytomskiej w Łodzi

Choć pierwsze skrzypce i tak grał on – trzepak. Centrum dowodzenia światem, miejsce spotkań – tych przyjacielskich i tych romantycznych. Taki Facebook lat 90. To tu tętniło życie. To tu rodziły się plotki. To stąd rozpoczynały swoją wędrówkę po osiedlu. To tu rozgrywały się podwórkowe dramaty. Wreszcie – to tu człowiek sprawdzał siłę swojego charakteru i testował odwagę, robiąc fikołki z najwyższego poziomu – samiuteńkiej góry trzepaka. Niesamowite, cztery rury na krzyż, a tyle wrażeń, możliwości, godzin zabaw, wspomnień!

Wyobrażacie sobie trzepaki w dzisiejszych czasach? Zaraz by wybuchła rodzicielska afera, że jakże to tak, dziecko fika koziołki, kręci się, salta robi, a jakby nie daj borze szumiący spadło? No prosto na beton, no! Głowa rozbita, izba przyjęć, szpital, noga w gipsie. Kto to widział takie zabawy – dzieci na kontuzje narażać. Świadome proszenie się o nieszczęście! A rozmontujcie te trzepaki w cholerę.

 Namioty pod kocem i sięganie gwiazd

Tak, my dzieci lat 90 nie mieliśmy wiele, choć wydawało nam się, że mamy wszystko.

Nie mieliśmy bajeranckich placów zabaw, z mnóstwem designerskich urządzeń, wyłożonych bezpieczną, atestowaną matą z hipoalergicznych surowców wtórnych 😃. Mieliśmy metalowe huśtawki, które można było rozhuśtać tak, że obracały się dookoła drążka.

Nie mieliśmy smartfonów. Mieliśmy mnóstwo radości, wykręcając w budkach telefonicznych nieznane numery (halo? tu audiotele, wygrała Pani samochód!).

Nie mieliśmy kolorowych tipi, rozstawionych w idealnie zaprojektowanych pokojach. Mieliśmy namioty pod kocami, przewieszonymi przez barierki na klatce schodowej (szczęśliwcy mieszkający na parterze – przez barierki balkonowe wprost na zieloną trawkę).

W  szarej rzeczywistości bloków z wielkiej płyty, żyliśmy kolorowo. Świat leżał u naszych stóp. Mogliśmy wszystko. Mogliśmy sięgnąć gwiazd. Tak, jak dzieci lat 80. Dzieci lat 70. Dzieci lat 60. I jak dzisiejsze dzieci. Bo w małych człowiekach, mimo zmieniających się czasów, nie zmienia się jedno – potęga wyobraźni, wiara w swoje zdolności, w swoją sprawczość .

Dlatego nie pozbawiajmy dzieci ich największej siły. Nie sprowadzajmy na ziemię, nie wymagajmy, żeby twardo po niej stąpały. Nie karćmy za bujanie w obłokach. Zachęcajmy do chodzenia z głową w chmurach. Nie betonujmy ich myślenia. Nie wtłaczajmy w schematy. Bo to dzieci wykreują nową rzeczywistość, w której wszyscy będziemy żyli. Otwarte i kreatywne umysły – zaprojektują nasyconą kolorami codzienność. Każde pokolenie może sprawić, że świat stanie się piękniejszym miejscem – trzeba mu tylko na to pozwolić. Więc chodźcie mali-wielcy ludzie, pomalujcie nam świat na żółto i na niebiesko!

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

2
Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
koza domowa
Gość

Zafundowałaś mi całkiem przyjemną podróż do przeszłości i dzieciństwa! 😀 Dziękuję Ci za to! Dla mnie to był fantastyczny czas! Kasia