Zawsze sobie myślałam, że Polska to raczej bidny niźli bogaty kraj. Jak już Wam donosiłam, o tutaj, moje przeczucia nie były pozbawione podstaw – znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości. I serio, w takim kraju, w którym kuleje mnóstwo obszarów, od służby zdrowia zaczynając, a na oświacie kończąc, stać nas na benefity typu pińcset plus, emerytura plus i plusy dla matek, co to porodziły więcej niż trójkę dzieci, ale nigdy nie wybrały się na rynek pracy? Ano, jak widać, stać nas. Tak długo, jak długo za te pieniądze można sobie kupić (dosłownie) wyborców.

***

Tym, których może zbulwersować poniższa opinia uprzejmie donoszę, że gdy program 500+ wchodził do użytku, byłam jego zagorzałą fanką. Jak jednak mawiała moja licealna polonistka: „tylko krowa nie zmienia poglądów”. No więc zmieniłam, i to diametralnie. Dlaczego? Primo – lubię słuchać mądrzejszych od siebie, secundo – lubię obserwować otaczającą rzeczywistość, wreszcie tertio – na podstawie tego staram się wyciągać wnioski. Zacznę więc od przywołania autorytetu. Weźmy na tapet Margaret Thatcher. Uwielbiam – kobieta inspiracja. Zachwycał i nadal zachwyca mnie jej bezpardonowy, bezkompromisowy sposób przemawiania i formułowania myśli w zdania. Trafiała w samo sedno, choć wielu nie podobało się mówienie wprost o tym, jak jest. Zresztą, w tej kwestii nic się w świecie nie zmieniło.
Najbardziej lubię argument zwolenników rozdawnictwa pod szyldem 500+ pt. ten rząd przynajmniej coś nam daje. No, to w ślad za Panią Małgorzatą, pozwolę sobie przypomnieć, że:

Nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze. Jeśli rząd mówi, że komuś coś da, to znaczy, że zabierze tobie, bo rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy.”

Innymi słowy ani ten, ani żaden inny rząd, nic nam nie daje. Co najwyżej mogą oddać to, co najpierw zabrali w daninach publicznych, m. in. podatkach. Żeby sypnąć socjalem, muszą też zmniejszyć różnorakie, uprzednio przyznane, ulgi. Na ten przykład, zrezygnować z programów pomocowych czy zmodyfikować emerytalne. O wilku mowa, a wilk tu  – weźmy osławiony ostatnio temat likwidacji OFE. Po co całe to zamieszanie? Eureka! – żeby pozyskać pieniądze na rozdawanie w ramach programów z plusem w nazwie. Dla niewtajemniczonych, w skrótowym skrócie, o co się rozchodzi: rząd sobie  wykoncypował, że system OFE zostanie podzielony. 75% sumki trafi na nasze indywidualne konta emerytalna. Pozostałą ćwiartkę przytuli coś takiego jak Fundusz Rezerwy Demograficznej. W praktyce oznacza to, że do ZUS-u wpłynie między 30 a 35 miliardów złotych. Ja się pytam jakim prawem ZUS ma dostać pieniądze, które należą się każdemu z nas jak psu buda? No cóż…wyborców kupuje się teraz, a emerytury trzeba będzie zapłacić za kilkanaście/ dziesiąt lat. Kto by się zatem przejmował, czy będzie na nie kasa?

Wsparcie dla młodych? Chyba nierobów

Przypominam również, że miłosiernie i łaskawie nam panujący, obcięli także m. in. programy wspierające młodych, a w szczególności młodych i ambitnych/ niezależnych. Jakie mianowicie? Ano, choćby:

  • Mieszkanie dla młodych – skądinąd świetny program, pozwalający, dzięki dofinansowaniu z budżetu Państwa, kupić pierwsze mieszkanie w zasadzie bez posiadania środków na pokrycie wkładu własnego!

  • Obcięcie dofinansowania w ramach programu „legalna niania” – wcześniej było tak, że całość składek pokrywało Państwo, a rodzice płacili opiekunce szkraba tylko kwotę „na rękę”, obecnie dofinansowanie jest tak niewielkie, że aby legalnie zatrudnić nianię – trzeba być krezusem 🙂 .

  • Podniesienie tzw. małego ZUS-u dla rozpoczynających biznesową przygodę, młodych przedsiębiorców – obecnie wysokość składki to ponad 1000 złotych, gdy program wchodził w życie (za „poprzednich rządów”) wynosiła ona niewiele ponad 400 złotych.

Dlatego twierdzę, że te wszystkie benefity to tania kiełbasa wyborcza – fajnie się wydaje nie swoje pieniądze. Fajnie się cichaczem tnie w jednym miejscu, coby spektakularnie dorzucić w innym. Pięknie się obiecuje dać coś, na co nie trzeba samemu zapracować. Jeszcze piękniej jest robić w jajo swój kraj li tylko i jedynie, by… utrzymać się u jego sterów. Najlepsze, że ludzie to kupują. Najwyraźniej działa zasada, w myśl której jak bubel zapakujesz w ładny papierek – każdy będzie się zachwycać super produktem.

500 na plus, ale w innych warunkach

I co, 500+ jest fajnym programem? Może i byłby, gdybyśmy w pierwszym rzędzie zadbali o podstawy funkcjonowania naszego Państwa. Jak to mawiają – first things first!

Gdyby sprawujący władzę zadbali o służbę zdrowia, co to o pomstę do nieba woła. Jakoś nikogo w rządzie nie rusza, że co chwilę na platformach typu siepomaga zdesperowani rodzice błagają o wpłaty, coby móc za granicami naszego mlekiem i miodem płynącego kraju, zoperować swoje dziecko. Za milion pieniędzy, rzecz jasna. Pieniędzy, których rządzący dla tych biednych dzieci nie mają. Bo wydają na 500+.

Gdyby sprawujący władzę zadbali o oświatę – jakżeż tu nieść kaganek, gdy nauczycielom założono kagańce w postaci przeładowanych programów nauczania, przywiązano ich do papierologii niczym psa do łańcucha i pozbawiono godności, serwując wypłaty wystarczające co najwyżej na miskę suchej karmy?
Mieszkam w dużym, niby cywilizowanym mieście, w którym rzekomo żyje się dobrze. Mimo tego, rozbudowa infrastruktury krakowskiej nie nadąża za rozbudową deweloperską miasta. Na mym osiedlu, naprawdę sporym, funkcjonuje jedno, podkreślam jedno, publiczne przedszkole, jeden publiczny żłobek i jedna publiczna szkoła. Finito. W dodatku ich istnienie zawdzięczamy czasom PRL’u. Ok, niech działa 500+, założenie programu jest zacne oraz szlachetne, przyznaję. ALE NAJPIERW dajmy dzieciom i nauczycielom godne warunki do pracy i nauki. Postawmy nowe szkoły, przedszkola, żłobki. Dzięki temu będzie można zmniejszyć liczebność klas oraz grup, co przełoży się na jakość kształcenia. Czy naprawdę da się czegokolwiek nauczyć w klasie liczącej 30 osób? Czy naprawdę da się odpowiednio zaopiekować rocznymi szkrabami, jeśli na jednego opiekuna przypada ich 6-10? Nasze dzieci będą się uczyły w archaicznych budynkach, w przeładowanych klasach, przyswajając wiedzę wedle nieprzystających do realiów programów nauczania, spędzając w szkołach i na przygotowaniu do lekcji całe dnie (i częstokroć noce!), ale za to rodzice dostaną 500+. Krótkowzroczność level master.

Za hajs z VAT baluj!

Wiecie, trzeba oddać PiS, że naprawdę uszczelnili system podatkowy, zwiększyła się ściągalność VAT, w budżecie napływ złotówek. No i super. Jednak zamiast rozdawać pieniądze na prawo i lewo, warto byłoby w pierwszej kolejności zainwestować we wspomniane powyżej obszary. Tyle tylko, że taka praca u podstaw nie byłaby chwytliwa marketingowo. Jak człowiek zobaczy dodatkowy piniądz na koncie to zawsze milej, niż jak ten piniądz dostanie pod postacią lepszych warunków do życia. Rozbudowa i usprawnienie funkcjonowania kraju brzmi dumnie, ale szelestu banknotów w rękach potencjalnych wyborców nic nie zastąpi. Czy ja już wspominałam o krótkowzroczności?

W tym całym sponsoringu jedna sprawa zastanawia mnie jednak najbardziej (i prowadzi do smutnych wniosków). Bez przeprowadzania wnikliwych analiz, przytaczania co mówią eksperci, a co odpowiadają im przedstawiciele Ministerstwa Finansów – sposób rozdysponowania nagłego zastrzyku pieniędzy w budżecie jest co najmniej wątpliwy. No bo, wszystkie te programy typu 500+ to jednak stały wydatek Państwa. A zwiększenie wpływów z VAT – kwestia zmienna, zależna m. in od koniunktury gospodarczej. W jednym roku wpadnie więcej, w innym mniej. A na plusowe programy płacić trzeba zawsze. Czy w takim razie sensownie jest przeznaczać rok do roku konkretną kwotę na socjal, pozyskując ją ze środków, których wysokości tak naprawdę się nie zna? Najsmutniejsze jest, że chyba nikogo to tak naprawdę nie obchodzi. Grunt, żeby przy urnach wyborczych głosy się zgadzały.

Tania zagrywka. Jednak czy nie od zawsze skuteczna? „Chleba i igrzysk” ubrane w nowe szaty. A w myśl zasady „po nas choćby i potop” nie trzeba się przejmować, jakie skutki rozdawnictwo wywoła w perspektywie długoterminowej – w razie czego Grecja bis już za kadencji następców. Tak to historia kołem się toczy. Jeszcze.

Dodaj komentarz