Co do zasady jadać poza domem lubię. Bo, po pierwsze, człek nie musi sam stać przy garach, warząc zupę, smażąc kotlety i mieszając składniki sałateczek. Po drugie – nie trzeba później owych garów zmywać. Po trzecie – jak będzie niesmacznie, to przynajmniej nie z mojej winy 😉.

Ogólnie rzecz ujmując, lubię w restauracyjach bywać. Z jednym wszak wyjątkiem. Tych trendi, top, hipsterskich. Tych polecanych, w przewodnikach opisywanych, wszem i wobec zachwalanych. Po prostu unikam fancy restauracji jak ognia. Powód? Proszę bardzo, i to niejeden!

1. Drogo i jeszcze raz drogo

Pierwszy i najbardziej zniechęcający mnie punkt. Zdaję sobie sprawę, że dobre jedzenie (w tym porządne składniki) kosztuje. Ba, jestem  również w stanie zrozumieć tajniki ekonomii (przynajmniej w podstawowym zakresie) i pojąć, że wykwalifikowanemu szefowi kuchni oraz personelowi restauracyjnemu należy się przyzwoite wynagrodzenie. Zdaję sobie sprawę także i z tego, iż za dobrze zlokalizowaną miejscówę trzeba płacić solidną dawkę czynszu. Wiem, wiem, życie kosztuje! A prowadzenie działalności (w tym tej restauracyjnej) mejd in Polend to nie bułka z masłem.  Jednak… żądać od klienta  80 parę PLNów (co najmniej!) za porcję obiadową? Nawet jeśli serwuje nam się filecik z kaczki sous vide (swoją drogą nie cierpię tego sposobu przyrządzania mięcha) to jednak… osiemdziesiąt złotych polskich?! Really?

Weźmy jeszcze pod lupę desery.  Za kawałek szarlotki z gałką lodów, fancy restauracje życzą sobie przeciętnie 40 złotówek.

Ok, jeśli w tej kaczce byłby ukryty posrebrzany medalik z Matką Boską i Jezuskiem Malusieńkim, a szarlotka zostałaby posypana, miast cukrem pudrem (czy innym cynamonem), kryształkami Swarovskiego – zaakceptowałabym cenę. Ale za zwykłą porcyjkę jedzenia (!) płacić miliony monet? Na to mojej zgody nie ma! 😉

Gdyby tym się chociaż dało najeść. A kaj tam, gdzie tam. Zapomnij Pan (i Pani).

2. Mało, mniej, nie najesz się

Biorąc pod uwagę wielkość porcji w fancy restauracjach, mam nieodparte wrażenie, że ktoś serwuje mi kolację degustacyjną w wersji ubogiej. Dlaczego ubogiej? Bo gdybym faktycznie na degustację się zapisała, to choć każda porcyjka byłaby niewielka – w ogólnym rozrachunku, sumując poszczególne odrobiny strawy, szumnie nazywane daniami, człowiek jednak byłby w stanie nasycić nie tylko zmysł wzroku i powonienia (bo takie żarełko, coby nie mówić, wygląda cudnie), ale i przede wszystkim – zapchać kiszkę.  A to jest wszak podstawowy cel konsumowania, co nie? Najeść się. Wiem, wiem, nie brzmi to wyrafinowanie, dostojnie ani nawet finezyjnie. Niemniej – prawdziwie.

W takiej fancy knajpce osiągnięcie owego celu – zaspokojenie głodu – jest w zasadzie niemożliwe. Porcje są bowiem wielkości orzecha włoskiego, względnie – przy odrobinie szczęścia – młodej, sosnowej szyszki.

Serio, razu pewnego otrzymałam takie właśnie – orzechowej wielkości – dwa gołąbki. A to wszystko już za pięćdziesiątych złotych polskich. Wiecie, wolę pierogi z garmażerki u Pani Krysi. Może nie wyglądają, ale smakują. No i pełny brzuch gwarantowany!

3. Jem niom, czyli właściwie co nam serwują?

Jedyne, czego z pewnością doświadczycie w fancy restauracji, to element zaskoczenia. Już na etapie czytania menu, poczujecie się jak na wakacjach w egzotycznym zakątku świata, w którym nie rozumiecie większości komunikatów, kierowanych do Was przez tubylców. Nazwy potraw przyprawiają o zawrót głowy! Oksymorony typu „bigos z jarmużu” (serio!) czy „kiszony łosoś” (serio, serio!), stanowią nazewnicze perełki z hipsterskiego świata wykwintnej strawy. Ale przynajmniej są zrozumiałe. W przeciwieństwie do opisów niektórych innych dań.

Pół biedy, jak w fancy restauracji znajdziemy się przy okazji koleżeńskiej uczty. Wtedy bez skrępowania można podpytać współbiesiadników: „ejże, a co to jest?”.

Gorzej, gdy zabierze nas tam, w ramach romantycznej kolacji, kandydat na wybranka.  Lub szef. Lub ważny kontrahent. Jak tu dopytać, co to jest – przykładowo – ponzu (jakby nie mogli napisać: japoński sos sałatkowy)? Albo grasica źrebięca? Czy to się w ogóle je?

Myślicie, że przesadzam? Hmmm… w takim razie ja Wam tutaj zostawię zagadkę – wybrane pozycje z menu krakowskich restauracji. Sprawdźcie, czy rozszyfrujecie wszystkie nazwy potraw:

„żebro wołowe pieczone 8 godzin, luzowane

„krokiet z imbirową gęsiną/ buerre blanc na barszczu białym”

„oscypek/ grzyby shimeji/ żurawina”

„pierś z kaczki sous vide/ polenta/ mus jabłkowy/ fasolka szparagowa”

Gładzica / marchew / imbir / fenkuł”

„Maccheroncini w pikantnym sosie serowym z boczkiem”

„Risotto szafranowe, tofu, yuzu, fasola edamame

„Kotlet cielęcy z zasmażaną kapustą, ziemniakami i suską sechlońską

Jeśli żadna z powyższych nazw nie nastręczyła Ci ani odrobiny trudności i niczym Sherlock Holmes rozszyfrowałeś składniki wszystkich dań to… po pierwsze – gratuluję. Po drugie – może warto rozważyć zmianę ścieżki kariery zawodowej? 😉

4. Pan tu nie stał, czyli fenomen procedury rezerwacji stolika

Zaprawdę powiadam Wam: nie zakosztujesz strawy w fancy restauracji bez uprzedniej rezerwacji (nawet się zrymowało!). I nie, nie chodzi o rezerwację z dwu czy trzydniowym wyprzedzeniem. Jeśli zamarzy Ci się weekendowa kolacja w jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc danego miasta, to stolik zarezerwuj przynajmniej tydzień wcześniej. Albo dwa. Inaczej…

Wiecie, ja tam wychodzę z założenia, że idę do restauracji, żeby – jak wspomniałam na wstępie – zjeść potrawę przygotowaną nie moimi ręcami. W  Krakowie aż roi się od jadłodajni maści wszelakiej. Jeśli więc w brzuchu burczy, a ja akurat mam ochotę zjeść poza domem, to naprawdę nie potrzebuję do szczęścia tatara z buraka (tak, są takie cuda), na zjedzenie którego muszę czekać tydzień z okładem. Do tego czasu zeszłabym z tego świata wskutek śmierci głodowej. Wolę więc być mniej fancy, ale jeść wtedy kiedy mam na to ochotę, a nie wtedy, kiedy ktoś łaskawie przyjmie mnie w swoje restauracyjne progi, niczym królowa Elżbieta na audiencję.

5. Trują Panie, trują!

Na koniec anegdotka. Z życia wzięta, rzecz jasna.

Otóż za czasów bytności w Warszawie, ja oraz mój ówczesny chłopak, a obecny Mąż, chadzaliśmy do różnych knajp i knajpeczek. Razu pewnego, w stolicy nadwiślańskiego kraju postanowiła odwiedzić nas moja Mama. Piękna wiosenna pogoda, ciepło, słońce świeci, zieleń w rozkwicie, po co siedzieć w mieszkaniu? Poszliśmy zatem na spacer do pobliskiego parku, a ja – przezornie – kilka dni wcześniej zarezerwowałam miejscówkę w odrobinę fancy, bardzo hipsterskiej restauracji. Zamówiliśmy obiad, którym oczywiście absolutnie się nie nasyciliśmy. Co jednak gorsze, uczta miała długofalowe skutki uboczne. Otóż mój Ukochany postanowił w tejże knajpie spożyć tatara. A mnie, wroginię mięs surowych, jakieś licho, zwane również siłą nieczystą podkusiło, coby skubnąć odrobinkę surowizny. Niemalże naparstek, naparsteczek. Wystarczył jednak, by zasiać spustoszenie w moim organizmie.

Finał historii był taki, że zarówno Ślubny, jak i ja, umieraliśmy kilka dni, ułożeni na kanapie niczym w katafalku. Niezdolni do przyjęcia jakiegokolwiek jadła. Oraz, co gorsze, niezdolni do opuszczenia leżanki i przemieszczania się po mieszkaniu sposobem innym niż ruch dżdżowniczo-posuwisty. A wypełzaliśmy z łóżkowych pieleszy li tylko i jedynie, by udać się w ustronne miejsce, zwane również krainą odosobnienia, lub po prostu łazienką. Mówiąc wprost: struliśmy się tym hipsterskim tatarem za miliony monet i to niemiłosiernie!

Jeśli więc myślicie, że drogo znaczy dobrze jakościowo –  to, w oparciu o powyższą historię, takie założenie jest dalekie od prawdy 😉 .

Na koniec odrobinę o zaletach fancy restauracji. Cóż, jeśli nie macie co zrobić z pieniędzmi, tam na pewno szybko się ich pozbędziecie. Dodatkowo zdobędziecie piękną dokumentację fotograficzną z hasztagiem #foodpron, idealnie nadającą się na Instagram 😉 . Tak czy inaczej – smacznego!

 

Podoba Ci ten wpis? Zgadzasz się z moimi r(el)acjami? Śmiało, częstuj się i posyłaj w świat!

8
Dodaj komentarz

Zostaw po sobie ślad

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Iwona_SzerokąDrogą
Gość

Pełna zgoda! Też raczej nie jadam w takich restauracjach. Generalnie to dużo podróżuję, to najczęściej jadam tam, gdzie jest mi “po drodze” – czy to w trasie, czy w centrum miasta

Katarzyna Hryniewicz
Gość

Uśmiałam się czytając Twój wpis 🙂 może być często drogi i mało intymnie lub przeciwnie głośno. Kiedyś bardzo mi takie miejsca imponowały. Dziś, uwielbiam jeść palcami, zawsze tak było. Dlatego miejsce gdzie mogę zjeść swobodnie pizzę lub zupę to moje miejsce. Wybieram różne miejsca by mieć wybór i stymulować zmysły.

Marcjanna
Gość

Ja ogólnie nie lubię tatara… a drogich knajp unikam 🙂 choć czasem kuszą, po prostu tak, aby wejść 🙂

Olka
Gość

Ja tego typu miejsc unikam, głównie ze względu na cenę i często wydumaną atmosferę, która nie sprzyja relaksowi. 😉

Świat Karinki
Gość

Drogie knajpy Nie są na mój budżet ale lubię czasami odwiedzic nowe miejsce

Jakub
Gość
Jakub

Wszystkie nazwy owych dziwnych rzeczy można znaleźć za pomocą Google (większość tak na prawdę nie jest dziwna, tylko świadczy o nieznajomości tematu), a jak się nie rozumie menu w takich restauracjach, to można iść do zwykłej knajpy z pierogami i schabowym 🙂